"Ludzie to nie manekiny, które będą podrygiwały w takt dźwięków granych przez czerwoną orkiestrę". Fragment książki "Larwy"



Filip – główny bohater, człowiek z bogatą przeszłością, która da się usprawiedliwić. Wszak porzucił komunizm na rzecz wolności, zapłacił za to siedząc w wiezieniu, z tej przyczyny przyszło mu udać się na emigrację wewnętrzną i utknąć na prowincji. W jego przeszłości jest też sporo krzywd wyrządzonych tym, którzy go kochali i których – jak mniemał przez chwilę – sam kochał, zarówno mężczyzn (choćby ksiądz Jacenty, też opozycjonista) jak i kobiet (Kalina, czy Anita), wreszcie rodziców, z którymi już nigdy się nie pojednał z powodu politycznego uwikłania. Stanęli bowiem po przeciwnych stronach barykady.

Do lektury tej książki zapraszam was razem z jej autorem Stachem Szulistem. Dziś możecie przeczytać jej fragment:


Siadając naprzeciwko niego – zakładając wcześniej nogę na nogę – poruszałeś szczęką, jakbyś żuł gumę, i jednocześnie co rusz wypuszczałeś z ust powietrze na tyle głośno, by zapraszającemu dać odczuć, iż dusisz się w tym pomieszczeniu. I miałeś przeczucie, że kapitan trafnie odczytywał twoje zachowanie i pewnie sobie myślał: Ależ ten człowiek musi mnie nienawidzić. A może zastanawiał się, w jaki sposób zmienić twoje nastawienie do niego, tego miejsca i takich ludzi jak on. Usiłował uprzyjemnić duszną atmosferę gabinetu sztucznym uśmiechem.
– Z pewnością ciekawi pana, po co go tu wezwałem.
Chwilę milczałeś. To z wielkiego zaskoczenia, bo tak uprzejmego tonu w tym miejscu się nie spodziewałeś. Potem było skinienie głową. Dziwiła cię niespotykana grzeczność oficera. Nie przywykłeś do tego nie tylko w tym miejscu, ale w żadnym urzędzie. Trochę cię tym rozzłościł, gdyż tym samym rozbijał mit – twój mit! – o wrodzonym chamstwie tych z prokuratury.
– Proszę się niczego nie obawiać. Pragnę pomówić z panem po przyjacielsku, choć pewnie dla pana brzmi to nieco absurdalnie. Dokładnie tak brzmiało, co wyraźnie w tym momencie oddawał grymas na twej twarzy.
– Po co to wszystko? – zapytałeś. Kapitan nerwowo szukał czegoś na biurku.
– Proszę – podał ci cukierniczkę wypełnioną cukrem – zastanawiałeś się, czy na pewno z przydziału kartkowego, czy raczej jednego ze sklepów dla uprzywilejowanych. – niech pan słodzi. Słodka kawa podobno poprawia samopoczucie i sprawia, że stajemy się przystępniejsi.
– Bzdura. Nie słodzę, bo w ogóle nie pijam kawy. – Nie kłamałeś, ale też nie starałeś się być wobec niego grzeczny.
– Może jednak dziś uczyni pan wyjątek?
– Hmm… – Uśmiechnąłeś się dyskretnie, jakbyś w tej sytuacji uzmysłowił sobie coś ważnego. Kapitan – od razu wiedziałeś, że nie z tych najgłupszych – z miejsca trafnie ocenił twoje zachowanie i też cię drażnił – przypuszczasz, że celowo – stwierdzeniem:
– Nieźle grasz, potrafisz i chyba lubisz wcielać się w skórę sierotki skrzywdzonej przez los. Przyznaję, że nawet mi to imponuje, bowiem jest w tym coś nieszablonowego, co na obserwatorze zawsze robi pewne wrażenie. Jeśli mam być szczery, lubię – nawet ogromnie! – ludzi nieco oddalonych od powszechnie przyjętych schematów. Chociaż nadmierne przegięcie w stronę ekstrawagancji, ekscentryzmu czy demoniczności napawa mnie lekkim niesmakiem.
Zastanawiałeś się, skąd wtedy wzięła mu się ta iście witkiewiczowska nuta.
– Wie pan – przerwałeś mu – jak pańska propozycja wspólnego wypicia kawy dziwnie dziś brzmi? Jeszcze nie tak dawno rozkazywał mi pan, mógł przywalić w zęby, wdeptać w podłogę, a teraz chce pan pogadać ze mną jak z kompanem od kieliszka czy pokera. Idiotyczna sytuacja. Przynajmniej z mojej perspektywy. Nawet w najśmielszych przypuszczeniach bym tego nie przewidział. Nie ma pan podobnych skojarzeń?
Nabrał powietrza w płuca. Potem silnym podmuchem wypuścił je nad biurko. Pewnie nie spodziewał się, że będzie nokautowany twoimi słowami, dzikimi spojrzeniami, bowiem przygotowałeś na okoliczność tego spotkania cały teatr mimiki.
– Nie musi pan tego tak szczegółowo wyjaśniać. – Nie mógł się zdecydować, jak ma się do ciebie zwracać, wcześniej próbował na „ty”. – Domyślam się, że mi pan nie wierzy. Staram się to rozumieć. Ale czasy się zmieniły. Nikt nie zamierza robić z pana wroga. – Umilkł na chwilę. Pewnie w nadziei, że powiesz coś w celu rozładowania napięcia. Kiedy postanowiłeś milczeć, nie ułatwiać mu rozmowy, zaczął mówić dalej: – Przynajmniej ja nie mam wobec pana takich zamiarów. Niech pan jednak nie liczy, że padnę na kolana i zacznę błagać o przebaczenie. To jest polityka, której pewnie obaj do końca nie zrozumiemy, przynajmniej jej kulis. Zwyczajnie mówię, że moim zamiarem jest zgoda, i to z każdym. Błędy ludzka rzecz.
– Łatwo powiedzieć – wtrąciłeś i poczułeś wyraźne zdenerwowanie, nawet wkurwienie – gdy się nie kiblowało bez powodu. Gdyby panu tak zasrali papiery, to inaczej by pan piszczał. Ponadto, czy w tym budynku nie zajmujecie się niczym innym oprócz drażnienia ludzi? – Ze złości miałeś ochotę zaryczeć jak ranione zwierzę.
– Niechże się pan nie roztkliwia – ripostował dość zdecydowanie.
Sygnalizował przewagę nad tobą. – Odnoszę wrażenie, że mam przed sobą babę. Nic panu nie da bezustanne wpędzanie się w stany destrukcyjne. Przeszłości się nie zmieni. Pora wziąć się w garść i żyć po nowemu, jak należy.
Nawet nie przypuszczał, jak cię tym rozsierdził.
– Dobre sobie. Co właściwie znaczy, jak należy?
– Tak, jak prawie wszyscy w tym kraju. – Wyrzekł to tonem triumfu, nader wyczuwalnej pewności siebie. Jak mentor. Chciało ci się z niego śmiać. Powstrzymywałeś się resztkami woli.
– Co pan wie o ludziach, nie ruszając się zza biurka? Zwłaszcza o tym, co myślą na temat tego, co w tym kraju się dzieje? Zapewniam, że w takim myśleniu, jak moje, nie jestem odosobniony.
Panu się wydaje, że wszyscy powinni postępować zgodnie z waszymi założeniami. To bzdura. Ludzie to nie manekiny, które będą podrygiwały w takt dźwięków granych przez czerwoną orkiestrę. Kapitan irytował się, zamierzał ci przerwać, ale nie pozwoliłeś.
– Niech mi pan nie przerywa, nie przekonuje, bo to syzyfowa praca. – Po chwili: – Przynajmniej teraz. Chociaż przypuszczam, że już nigdy nie wrócę do tego, co robiłem wcześniej.
 – Właśnie. – Ostatnich słów kapitan uczepił się jak jastrząb gołębia dopadniętego w locie. – Pańska ewolucja ideowa stanowi dla mnie zagadkę nie do rozszyfrowania.
– Tak? Proponuję w ogóle się tym nie zajmować. Po co bez powodu zatruwać sobie umysł takimi rozbitkami jak ja?
– To nie takie proste. Choćby z socjologicznego punktu widzenia. Chodzi właśnie o to, że pański przypadek uważam za jeden ze szczególnie interesujących. Nie mówię tego po to, by urazić czy zdenerwować pana. Nie. Nie będę owijał w bawełnę. Chcę – a nawet proszę o to – ubić z panem interes.
– Naprawdę?! – Aż cię zatkało, bo czego jak czego, ale takiej propozycji się nie spodziewałeś. – Kurczę, po was rzeczywiście wszystkiego można się spodziewać. Ciekawe, co mi pan jeszcze równie bombowego zaproponuje.
– Niech pan porzuci ten arogancki ton. Nie pasuje do pana. Mam na uwadze pańską inteligencję.
Ponownie wyczuwałeś u niego irytację i znów cię to satysfakcjonowało, bo pozwalało choć przez chwilę czuć się zwycięzcą.
– Źle mnie pan odbiera – odparłeś. – Proszę powiedzieć, o co chodzi. – Wypiłeś dwa łyki – niechcianej wcześniej – lurowatej kawy.
Kapitan najwyraźniej uznał, że chyba nadszedł stosowny moment, by przejść do sedna sprawy.
– Wpierw jednak muszę zadać panu jedno pytanie. Czy zechciałby pan stać się bohaterem reportażu? Oczywiście, będzie za to stosowna gratyfikacja pieniężna.
Niekontrolowany grymas wykrzywił ci usta. Miałeś tego świadomość, choć było to niezamierzone. Nawet nie pomyślałeś o pieniądzach. Sama propozycja była takim zaskoczeniem, jak nieoczekiwana wieść o głównej wygranej na loterii pieniężnej. Przez chwilę przemknęło ci nawet przez myśl, że oficer zwyczajnie drwi z ciebie, w końcu wolno im było niemal wszystko.
– Wezwał mnie pan po to, by kpić?
– Nie mam po temu powodu. – W tym momencie wydawał ci się całkiem szczery. – Zresztą to nie w moim stylu. Rozmawiamy zupełnie poważnie. Proszę mi nieco zaufać. Boi się pan ludzi? Obrzuciłeś go nieprzyjaznym spojrzeniem. Nie znosiłeś, gdy ktokolwiek czynił ci podobne uwagi, a już szczególnie on, i do tej pory tego nie cierpisz. Nie dlatego, że nie mogłeś skorzystać z jego propozycji i że nie mogę pojąć jej sensu, ale najgorsze jest to, że ten facet odkrywa wszystkie karty, jakimi próbuję tu grać, i to mnie wkurwia! W niektórych sytuacjach nie znosisz mądrzejszych, sprytniejszych od siebie.
– Czy to może pan zamierza robić ten reportaż?
– Nie. Z taką prośbą zwrócił się do mnie kolega z gazety.
Przyjaciel właściwie. To bardzo dobry i szlachetny człowiek. Przy tym sprawiedliwy i uczciwy.
Już wówczas uznałeś, że nadmiar słodyczy jest równie szkodliwy dla smaku, jak jej brak w ogóle. A uzmysłowiwszy sobie, kto to mówi, tym bardziej nie wierzyłeś w szlachetność kogoś, kogo miałeś dopiero poznać.
– Chciałby z panem pomówić w cztery oczy.
– A potem obsmarować mnie na cały kraj?
– Może niezbyt precyzyjnie się wyraziłem. Niech mi pan wierzy, kolega Burczyk to dobry dziennikarz. Niezręcznie czuję się jako pośrednik w tej sprawie, ale mam nadzieję, że jego prośba nie jest jakimś tam szczeniackim wybrykiem i że mogłoby w związku z tym spotkać pana coś przykrego. Tylko po co teraz o tym myśleć?
– Nie pojmuję tego cyrku. Po co jakiś dziennikarz z gazety – jak mniemam – oficjalnej miałby sobie zawracać głowę takim tematem jak ja? I jeszcze jedno. Czy idzie o to, aby mnie wziąć w obronę, jako ofiarę systemu? Czy też może kompletnie pogrążyć i pokazać innym, jaka to władza jest mocna i jak znakomicie radzi sobie z takimi błądzącymi po omacku? Kapitan rozłożył ręce w geście bezradności.
Jeżeli temu cwaniakowi wydaje się, kalkulowałeś, że mnie tym teatralnym gestem skruszy, to jest w błędzie.
– Pojmuję, że trudno mi będzie pana przekonać. To, co powiedziałem o rozumieniu pańskiego położenia, wcale nie jest tylko takim sobie ględzeniem, mającym na celu usprawiedliwianie siebie, bądź robieniem na panu dobrego wrażenia. Kolejny raz w tej rozmowie wydawał ci się szczery.
– Uważa pan za słuszne jedynie to, co robi i myśli, ale tak przecież nie jest, w każdym razie nie musi być. W ogóle wszystko nam się w ostatnich latach poplątało. W tej sytuacji pana upór szczególnie mnie zdumiewa. Zwłaszcza że przeszedł pan ewolucję – że użyję metafory – od nieba do piekła.
Zadrżałeś. Nie znosiłeś i wciąż nie znosisz, kiedy ktoś usiłuje w twojej obecności określić stan twojej osobowości. Dokonując na dodatek tak kontrastowych porównań i sugerując nazwanie ideologicznym lawirantem, za jakiego bynajmniej się nie uważałeś. Byłeś przekonany, że zmiana, jaka w tobie zaszła, to po prostu jeden z normalnych etapów dojrzewania światopoglądowego. Ponadto problem rozpatrywałeś wyłącznie jako twój, indywidualny, przez pryzmat twojego ówczesnego postrzegania polityki.
Tymczasem kapitan upierał się przy swoim:
– Wy, młodzi, sądzicie, że najważniejsza jest tolerancja, i często się na to hasło powołujecie. Ale w praktyce nie umiecie tego zastosować, ani z faktu jej istnienia wyciągnąć pożytecznych dla ogółu wniosków. Zaczynacie działać i raptem wykrzyczana przez was tolerancja rzucana bywa w kąt, na śmietnik, liczy się tylko twarda walka – z faulowaniem, z mordobiciem, nic nie znaczą ofiary i nawet czyjś trup nie jest w stanie wywrzeć na was szczególnego wrażenia. Gdy już coś takiego wam się przydarzy, to nawet słóweczkiem nie umiecie odnieść się do głoszonych wcześniej haseł o konieczności bycia tolerancyjnym.
– A czy pan – ripostowałeś – ze swojego punktu widzenia i siedzenia może otwarcie powiedzieć, że jest tolerancyjny? Zdaje się, że o pańskich racjach mógłbym powiedzieć tak samo wiele złego, jak pan o racjach mojego pokolenia.
Tę uwagę Powierski skwitował sardonicznym uśmieszkiem.
– Być może, lecz nie wziął pan pod uwagę jednego. Nas jest mnóstwo, a was, ekstremy, jedynie garstka. – Skwitowałeś to sarkastycznym skrzywieniem ust. Kapitan ciągnął wyjaśnienia: – Dobrze. Załóżmy, że rozmawiamy zupełnie szczerze. Niech mi pan powie, panie Filipie, czy naprawdę wierzy pan w sens tego, co robił do tej pory?
Dobiło cię to pytanie. Nie spodziewałeś się go. W pośpiechu szperałeś w myślach, by coś kąśliwego odrzec. Tymczasem – jak na ironię – czułeś w głowie pustkę. Milczałeś i nerwowo zaciągałeś się dymem z papierosa. Wtedy jeszcze bardzo dużo paliłeś. Na szczęście kilkanaście lat temu udało ci się ten nałóg zwalczyć. Poszło ci w pęd ku bieganiu, uległeś tej narodowej manii pędzenia dokądś, ponoć w głąb siebie. Dałeś odpór nałogowi pod wpływem miłości – wyjątkowy chłopak, niestety, wyjechał do Singapuru, bo tam znacznie lepiej płacą informatykom – stawiającej szlaban przy próbie całowania z uwagi na nieświeży oddech po wypaleniu papierosa. Doszedłeś nawet do wniosku, że najlepiej by było, gdybyś przestał rozmawiać z kapitanem natychmiast. Ostatecznie jednak – nie chcąc wyjść na gówniarza – podjąłeś rzuconą rękawicę.
– Jeżeli zdaje się panu, że tą tyradą mnie pan przekonał, to rozczaruję pana. Nic z tego. Nie dryfuję jeszcze i nie lękam się takich jak pan. I kolejna rzecz. Nawet nie mam ochoty, nie widzę zresztą powodu, polemizować z pańskimi rewelacjami dotyczącymi moich racji, obojętnie jakie by one nie były. Podpisałem, co pan chciał, niech więc będzie, że myślę tak, jak podpisałem. Nic więcej już pan ze mnie nie wyciśnie. Aha, jeszcze jedno. Powinni ci pańscy mocodawcy do kosza na śmieci wyrzucić konstytucję.
– Dlaczego?
– Bo tam jest o wolności słowa i wyznania.
– Nie zgadza się pan z tym?
– Nie zgadza? Pragnę tego!
– I pan ma.
– Trele-morele. Bujdy na resorach. Skoro tak, to co tu robiłem?
– Dziwny z pana człowiek.
– Mamy w takim razie o sobie podobne opinie.
Kapitan stukał palcami w blat biurka. Odnosiłeś wrażenie, że coś go niepokoiło, że może zanadto poczuł się poskromiony. Może obawiał się, że nie przystaniesz na jego propozycję, na żaden układ z prokuraturą, że ma pewnie nas wszystkich w nosie. Co zresztą w zaistniałym układzie wydaje się rzeczą całkiem oczywistą. Niewykluczone, że myślał: Po co w ogóle cokolwiek obiecywałem Burczykowi, po jaką cholerę się w to wszystko angażowałem? Wierząc w charyzmę tego chłopaka? Nigdy jeszcze nie spotkałem równie skomplikowanej psychologicznie postaci.
Jakimś wewnętrznym ciepłem napełniała cię próba odczytywania myśli kapitana. I nie rozumiejąc dlaczego, postanowiłeś wyrwać go z zadumy.
– Niech się pan nie zamartwia. Może pan temu swojemu dziennikarzowi powiedzieć, że się zgadzam.
– Dziękuję!
Nigdy wcześniej – ani potem – nie widziałeś w nim tyle wylewności.
– Proszę się tak nie cieszyć. Moja zgoda wcale nie oznacza, że z tego spotkania wyniknie coś pozytywnego.

Już niebawem poznacie moje wrażenia z lektury tej książki. Jesteście zainteresowani jej przeczytaniem?


Wpis powstał w ramach współpracy z autorem

18 komentarzy:

  1. Nie wiem czy skusze się na książkę, ale podoba mi się styl pisania autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z niecierpliwością czekam na recenzję. 😊

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na recenzję, ale wiele Wiolu książek przede mną . Wpadnij też na Historycznie Blogspot. Zdrowej Wielkiej Nocy !

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam wcześniej na nią chrapkę, ale nienawidzę narracji, w której autor zwraca się bezpośrednio do mnie. Trochę mnie to przeraża, szczerze mówiąc...

    OdpowiedzUsuń
  5. Interesante. Espero para saber tus impresiones sobre él.
    Besos.

    OdpowiedzUsuń
  6. Czekam zatem na Twoją opinię, bo całkiem nieźle się zapowiada. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. I okładka tak bardzo przyciągająca uwagę...

    OdpowiedzUsuń
  8. Okładka bardzo ciekawa a i treść wydaje się zachęcająca :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Czekam więc na Twoje odczucia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Uważam, że mogłaby mi się spodobać ta książka. Dialogi mnie wciągają.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję wszystkim za ślad, który tutaj zostawiacie :)

Copyright © 2016 Subiektywnie o książkach , Blogger