Jak wydać pierwszą książkę? Adrian Bednarek o debiucie w Novae Res, drodze do zawodowego pisarstwa i radach dla debiutantów

 

Kochani,

ten tekst powstał z Waszej inicjatywy. Od lat podczas spotkań autorskich, targów książki, wizyt w bibliotekach i rozmów w mediach społecznościowych wracają te same pytania: „Jak wydałem pierwszą książkę?”, „Czy od początku chciałem zostać zawodowym pisarzem?”, „Kiedy zacząłem utrzymywać się z pisania?”, „I czy z perspektywy czasu podjąłbym te same decyzje jeszcze raz?”.

Zauważyłem, że autorzy rzadko opowiadają o kulisach swojej drogi. Najczęściej widzicie już efekt końcowy: kolejne premiery, spotkania autorskie, kolejki na targach czy wysokie miejsca na listach bestsellerów. Znacznie mniej mówi się o błędach, rozczarowaniach, ryzyku, zwątpieniu i decyzjach, które trzeba było podjąć po drodze.

Dlatego postanowiłem opowiedzieć Wam swoją historię. Historię drogi od anonimowego debiutanta do zawodowego pisarza.

Adrian Bednarek, autor thrillerów


Od wydawnictwa dla debiutantów do miejsca, w którym jestem

Dwadzieścia osiem opublikowanych książek, udział w sześciu antologiach, tłumaczenia na języki czeski i niemiecki, nagrody literackie, między innymi trzy Złote Kościeje, tysiące Czytelników, wielogodzinne kolejki na Targach Książki, dziesiątki spotkań autorskich w bibliotekach w całej Polsce, wysokie oceny na Lubimyczytać, ciągle rosnąca skala rozpoznawalności, bestsellery audiobooków na platformach streamingowych, do tego kilka książek już przygotowanych do wydania. Tak dziś, dwanaście lat po debiucie, wygląda Adrian Bednarek. To moja pisarska rzeczywistość, którą widzi każdy, kto spojrzy na mój profil autora. Jest efektem długiej drogi, podejmowania trudnych i ryzykownych decyzji, wiary w swoje umiejętności, walki z przeciwnościami oraz współpracy z ludźmi, którym postanowiłem zaufać.

Zaczęło się od pomysłu na stworzenie historii o Kubie Sobańskim, seryjnym mordercy z Krakowa. Pisząc pierwsze zdania, nie wiedziałem jeszcze, czy to coś, z czym będę wiązał swoją przyszłość, ale takie myśli krążyły mi po głowie. Miałem dwadzieścia dziewięć lat, praca zawodowa nie dawała mi satysfakcji ani szans na większy rozwój. Szukałem odskoczni, a także nowego sposobu na siebie. Jako czytelnik ze sporym stażem czułem, że mroczna opowieść o czarnym charakterze w roli głównego bohatera może zyskać wielu fanów, a takich książek na rynku brakowało. Postępowałem w myśl zasady „pisz to, co sam chciałbyś przeczytać” i reguła ta nie zmieniła się do dziś.

Od początku nie chciałem „pisać do lustra”. Byłem świadomy, że tylko czytelnicy mogą zweryfikować moje wizje. Szukałem więc odbiorców w sieci. Znalazłem ich na raczkującej wówczas platformie Wattpad. Była prosta w obsłudze, pozwalała wrzucać swoje teksty, kiedy się chce i poddawać je weryfikacji czytelników. Zacząłem publikować tam „Pamiętnik Diabła” rozdział po rozdziale. Kuba Sobański z każdym tygodniem zyskiwał coraz więcej fanów. Ludzie czytali, komentowali, czekali na kolejne rozdziały, co jeszcze bardziej mnie motywowało. W pewnym momencie wrzucenie na platformę rozdziału w każdy piątek urosło do miana rytuału. Z perspektywy czasu uważam, że publikowanie na Wattpad było znakomitym ruchem. Niewielka grupka czytelników dawała mi pewność, że to, co robię, ma sens i naprawdę potrafię pisać, a nie tylko tak mi się wydaje. Publikując tam, czułem się niczym zawodowy pisarz, była to niesamowicie motywująca iluzja.

Po skończeniu „Pamiętnika” i wszystkich interakcjach na Wattpadzie czułem już, że pisanie to coś, z czym chcę związać swoją przyszłość. Życie pisarza jest przecież fajniejsze niż praca w logistyce i udział w nieustannym wyścigu szczurów. Obiecałem sobie, że zostanę zawodowcem albo będę próbował do skutku. Kolejne pomysły przychodziły mi do głowy, a ja nie mogłem oderwać się od pisania. Pisałem w trakcie pracy, nocami, czasami o poranku. Starałem się wykorzystywać każdy dłuższy odcinek wolnego czasu na tworzenie zdań, rozdziałów i zwrotów akcji. Chciałem kreować nowe światy, uciekać z bohaterami od własnych problemów, a przede wszystkim świetnie się bawić. W ten sposób na Wattpadzie pojawił się drugi tom Diabła oraz „Skazany na zło”.

Mniej więcej w tym samym czasie podjąłem starania o publikację „Pamiętnika”. Wydrukowałem kilkanaście egzemplarzy rękopisu i wysłałem je wszystkim dużym wydawnictwom, które życzą sobie wersje papierowe, pozostałym przesłałem tekst w mailu. Pisałem dalej i czekałem na coś, co wydawało mi się oczywiste. Miałem swoich fanów, kolejne dzieła w szufladzie, następne w „produkcji” i przekonanie, że literacki świat stoi przede mną otworem. Jeszcze nie wiedziałem, że popełniam większość błędów, jakie może popełnić potencjalny debiutant.

Jak wydać pierwszą książkę, gdy nikt nie zna Twojego nazwiska

Anonimowość to główne ograniczenie dla autora starającego się o debiut. Brak głośnego nazwiska, jakiejś medialnej otoczki czy kontaktów sprawia, że tekst ląduje w worku podobnych tekstów pisanych przez ludzi z identycznym przekonaniem. Wtedy myślałem, że skoro moja historia jest świetna, to nikt liczący się na rynku nie przejdzie obok niej obojętnie. Rzeczywistość okazała się nieco bardziej skomplikowana. Mogłem wyróżnić się, wspominając choćby o niedużej grupce czytelników na Wattpadzie. Przemilczałem to z obawy, że żaden wydawca nie zgodzi się opublikować czegoś, co wisi w internecie. Myślałem, że to wada, teraz już wiem, że czytelnicy przed debiutem to zaleta i należało o niej wspomnieć, ale kompletnie nie znałem realiów rynku. Nie zrobiłem też żadnej redakcji „Pamiętnika Diabła”, nawet nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak redakcja. Brak chłodnego oka kogoś doświadczonego sprawił, że tekst był lekko przegadany, zawierał mnóstwo niepotrzebnych rzeczy i tracił przez to na atrakcyjności dla wydawcy.

Zignorowałem błędy ortograficzne i interpunkcyjne, uznałem, że historia Kuby sama obroni się swoją jakością. Przesłałem też tekst kilku zawodowym pisarzom, do których znalazłem kontakt mailowy, żaden nie odpisał. Odezwała się za to Iga Wiśniewska, półamatorska pisarka z kilkoma publikacjami na koncie. Przeczytała „Pamiętnik” i zarzuciła mnie uwagami, co było pierwszym kontaktem z prawdziwie ostrą krytyką. Kilka dni zajęło mi przełknięcie tej krytyki, spojrzenie na nią obiektywnie i naprawa wielu rzeczy w tekście. Ta nauka okazała się przydatna dopiero w przyszłości. Do dziś nie wiem, czy popełnione błędy miały wpływ na brak reakcji dużych wydawców, czy jednak tekst utknął w gąszczu innych propozycji autorskich, ale fakty są takie, że nikt mi nie odpisał. Po dwóch miesiącach byłem tym zirytowany i nie chciałem dłużej czekać. Jestem typem człowieka, który lubi działać. Zacząłem szukać alternatywy.

Coraz śmielej spoglądałem w stronę mniejszych wydawnictw, które nie miały u siebie znanych nazwisk, a opierały się głównie na debiutantach lub słabo znanych autorach i oferowały wydanie książki z tzw. współfinansowaniem. Nie do końca przekonywał mnie taki model współpracy. Uważałem, że pisarz nie musi inwestować w swoje dzieło, a jedynie je stworzyć. To też był ostatecznie jeden z aspektów zachęcających mnie do pisania – chciałem wymyślać nowe historie i nie martwić się całą roboczą czy finansową otoczką. Wciąż nie byłem pewny, co robić. W trakcie starań o debiut jedna rzecz się u mnie nie zmieniała – cały czas pisałem. Mimo braku odpowiedzi od „tych dużych” stworzyłem kolejną książkę. Moje portfolio się rozrastało i budowało wiarę, że jeśli zainwestuję w pierwszą powieść, dalej pójdzie już z górki.

W pewnym momencie moją uwagę przykuło Novae Res. Nie znałem tego wydawnictwa, nie czytałem ich książek, z sieci dowiedziałem się, że publikuje u nich dwóch popularnych zawodowych autorów, ale specjalizują się w debiutach i wydawaniu ze współfinansowaniem. Same opinie o firmie były wtedy bardzo różne, również nieprzychylne. W 2014 roku debiutanci opisywali niską wg nich sprzedaż, mało decyzyjności i wysokie koszty. Liczyli, jak pewnie większość amatorskich pisarzy, że debiut okaże się przepustką do raju. Sam też tak wtedy myślałem.

Impas w odpowiedziach od dużych wydawców trwał, moje rozczarowanie rosło. Sprawdziłem kilka oficyn wydających w takim modelu jak Novae Res. Wszystkie zdawały się oferować mniej możliwości. Mogłem wciąż czekać, ale traciłem wiarę w debiut u któregoś z największych graczy. Jednocześnie nakładałem sobie coraz większą presję na zadebiutowanie. W końcu wysłałem tekst do Novae Res. Po jakimś czasie otrzymałem ofertę publikacji ze współfinansowaniem. Nie miałem żadnej wartościowej alternatywy, bałem się „utopienia” zaoszczędzonych środków, ale ponieważ uważam, że najlepsza inwestycja to ta w samego siebie, postanowiłem zaryzykować.

Jak wyglądał mój wydawniczy debiut

Proces wydawania pierwszej książki przypominał wejście do ciemnego pokoju. Nie wiedziałem, co czeka w środku, wyobraźnia podpowiadała same piękne rzeczy. Potem nastąpiła weryfikacja. Krok po kroku poznawałem zasady panujące przy pracy nad tekstem. Przeszedłem redakcję, potem korektę, współpracę przy tworzeniu opisu i czytanie egzemplarza sygnalnego. Na okładkę nie chciałem mieć wtedy większego wpływu, bo i kompletnie się na tym nie znałem. Rzucała się w oczy i być może dlatego trafiła potem na półki nieistniejącej już sieci Matras, ale w mojej opinii przypominała wyuzdane porno. Według mnie nie pasowała do thrillera. Wydawca zapewniał, że dobiera okładki według rynkowych doświadczeń, a ja musiałem mu zaufać, bo i tak nie miałem żadnego doświadczenia. Póki co ze spokojem przyjmowałem, co mi dawano.

Po debiucie obiecywałem sobie wiele. Oczami wyobraźni widziałem „Pamiętnik Diabła” na listach bestsellerów, siebie z nagrodami i profesjonalnym kontraktem. Nic takiego nie nastąpiło. Wydawnictwo nie obiecywało złotych gór, jedynie stabilne działania na z góry ustalonym poziomie. Wywiązało się ze zobowiązań, książka pojawiła się w Empikach, choć w niewielkiej liczbie egzemplarzy, było dużo promocji w sieci, sporo recenzji, dało się ją zauważyć w blogosferze. Sam również wysyłałem swoje egzemplarze do blogerów. Działałem na pełnych obrotach, pisałem też kolejne książki. Po debiucie nie publikowałem już na Wattpad. Jedynie zachęcałem tam do kupna „Pamiętnika”.

Moment, w którym myślałem, że początek jest również końcem

Wkrótce po debiucie wybuchła afera związana z Post Meridiem, blogerką, której wydawnictwo wysłało książkę do recenzji. Sama historia Kuby jej się spodobała, co podkreśliła w recenzji. Przeszkadzały natomiast liczne błędy ortograficzne czy stylistyczne, za które odpowiedzialna jest redakcja i korekta. Wypunktowała je, narobiła sporo szumu, a ktoś z wydawnictwa zareagował zbyt impulsywnie i zaczęły się tzw. sytuacje kryzysowe. Każdego dnia pojawiało się coraz więcej hejtu w sieci. Mocno uderzał we mnie i moją książkę, ale jeszcze bardziej w wydawnictwo. Pierwszy raz zetknąłem się wtedy z tak intensywną kumulacją pomyj. Myślałem, że jako autor jestem skończony i nikt już nigdy nie będzie chciał mnie wydawać. Wsparcie żony pomogło mi to przetrwać, dzięki niej każdego wieczoru po pracy wracałem do pisania. Potem, gdy oswoiłem się z tym hejtem, zacząłem wierzyć, że skandal zwiększy sprzedaż. Ostatecznie wydawnictwo zwolniło redaktorkę, która nie wykonała należycie swojej pracy i wydało oświadczenie, aż w końcu wszystko ucichło. Sprzedaż jednak nadal była przeciętna. Może się to wydawać dziwne, ale patrząc z perspektywy czasu uważam, że tamta afera nie miała dla mojej kariery żadnego znaczenia. Ani pozytywnego, ani negatywnego.

Co wydarzyło się po debiucie

Dym po aferze opadł, sprzedaż książki dalej była niewielka. Za to pierwszy raz wziąłem udział w Targach Książki w Krakowie na stoisku Wydawnictwa Novae Res. Miałem swój czas akurat po Agnieszce Lingas-Łoniewskiej, do której w kolejce czekały tłumy. Do mnie przyszły cztery osoby, z czego trójka to znajomi tworzący „sztuczny tłok”. Pół roku po debiucie w szufladzie pojawił się kolejny thriller, a ja utkwiłem w martwym punkcie i musiałem podjąć decyzję, co dalej. Żadne propozycje nie spływały, nikt nie oferował mi umowy na kolejną książkę. Znów należało działać samemu.

Najpierw musiałem podjąć decyzję, którą książkę chciałbym wydać. Pozytywny odbiór „Pamiętnika” stanowił sygnał, że warto dalej obracać się w świecie Kuby Sobańskiego i dążyć do publikacji „Procesu Diabła”. Przekazałem tekst Novae Res, jednocześnie wysyłałem go do dużych wydawców, tak jak w przypadku debiutu. Odpowiedź od dużych nie przychodziła, tymczasem Novae Res zaproponowało kolejną publikację ze współfinansowaniem. Kwota była niższa, a do tego draft umowy zawierał gwarancję dużej promocji półkowej w sieci Matras. Nie uśmiechało mi się dalsze inwestowanie, gdy pierwsza książka nie odrobiła włożonego kapitału, ale stanie w miejscu i nicnierobienie groziło całkowitą porażką. Zgodziłem się.

Gdy detale umowy były dograne i złożyłem na niej podpis, nagle pojawiła się propozycja z wydawnictwa Zysk i spółka. Uznałem ją za to, na co czekałem, ponieważ nie było wymogu współfinansowania. Novae Res przyjęło z szacunkiem tę ofertę i pozwolono mi rozwiązać wcześniejszą umowę bez żadnych konsekwencji. Podpisałem nową i prawie półtora roku po debiucie, we wrześniu 2015 roku na rynku pojawił się drugi tom Kuby Sobańskiego.

Moje nadzieje związane z tą publikacją były olbrzymie. Wydawał mnie ostatecznie wydawca, który ma wyłączność choćby na „Grę o tron”, więc dysponuje solidnymi środkami na marketing. Tyle że nikt mi tam wielkiego marketingu nie gwarantował. Była za to mniejsza prowizja i dużo mniej korzystna dla mnie umowa niż w Novae Res, co przy braku kosztów własnych wydawało się logiczne. Tym razem w ogóle nie miałem wpływu na okładkę czy działania promocyjne. Dostałem za to redaktora, który sporo mnie nauczył. Książka pojawiła się na rynku i… w zasadzie tyle. Było troszkę promocji w sieci, pojedyncze egzemplarze w kilku Empikach, zostałem zaproszony na pierwszy festiwal kryminału Granda, nawet zwrócono mi za paliwo. Poza tym niewiele się działo.

Sam starałem się promować „Proces Diabła”, zdarzyło mi się nawet zapłacić za recenzje na YouTube czy w innych miejscach internetu. Robiłem wszystko, byle utrzymać zasięg i zainteresowanie czytelników. Wysyłałem kolejne książki do Zysku, do innych dużych wydawnictw, ale nie było odzewu. Pierwszą połowę roku 2016 zapamiętam jako najbardziej dramatyczną w mojej pisarskiej przygodzie. Nikt nie chciał mnie wydać, a dwie książki przynosiły marny dochód. Byłem tak zdesperowany, że zacząłem myśleć o odłożeniu środków na tłumaczenie Pamiętnika Diabła na angielski i szukanie szczęścia na obcym rynku, o którym nie miałem pojęcia. Wsparcie żony pomogło to przetrwać i dalej pisać. Pisanie wciąż było najważniejsze, tworząc kolejne historie trzymałem się myśli, że jedna z nich to wreszcie będzie ten bestseller, który pociągnie następne. Tyle że wciąż byłem w kropce.

Kiedy Novae Res zaproponowało mi zawodowy kontrakt?

Mniej więcej w połowie 2016 roku otrzymałem maila od jednego ze współwłaścicieli Novae Res, Krzysztofa Szymańskiego. To z nim dogrywałem pierwszą umowę i porozumiałem się w sprawie rozwiązania drugiej, gdy dostałem ofertę z Zysku. Później mieliśmy sporadyczny kontakt dzięki mojemu dodatkowemu zajęciu zarobkowemu. Sam mail zawierał zapytanie, jak mi idzie w Zysku. Odpowiedziałem dość dyplomatycznie, nie chcąc przyznawać się do niskiej sprzedaży i podkreśliłem, że mam jeszcze kilka książek, które czekają na twardym dysku. Dwa tygodnie później dostałem z Novae Res prawdziwie profesjonalną ofertę. Ona zmieniła bieg mojej pisarskiej kariery, była też nagrodą za lata wiary w sukces i dalszego pisania, mimo że logika nakazywała dać sobie z tym spokój.

Oferta zawierała propozycję publikacji dziesięciu książek w ciągu pięciu lat. Już bez współfinansowania i z gwarancją porządnej promocji oraz obietnicą dużo lepszej redakcji i korekty niż przy debiucie. Ucieszyłem się, co oczywiste, ale była też wewnętrzna presja, bo jeszcze nigdy nie tworzyłem z obowiązkiem dotrzymania terminu. W pewnym sensie obie strony musiały sobie zaufać. Ja wydawcy, że sytuacje takie jak z Post Meridiem nie będą miały miejsca, wydawca mnie, że podołam wyzwaniu i w razie oferty z dużego wydawnictwa nie spróbuję uciec. Tak zaczęła się droga do zawodowstwa.

Adrian Bednarek, autor thrillerów


Czy można utrzymać się z pisania książek?

Profesjonalny kontrakt, ciągłość publikacji, zaliczki, szansa na rozwój. Wszystko to wyglądało obiecująco. Novae Res wywiązywało się z każdego zobowiązania. Uczyłem się redakcji dzięki pracy z nowym redaktorem. Redaktor Naczelny motywował mnie do rozwijania swojego warsztatu, miałem duży wpływ na okładki, mogłem wypowiadać się o tym, co chcę, żeby zawierały i testować cierpliwość grafików. Pierwsza książka z nowego kontraktu pojawiła się w 2017 roku, było to wznowienie „Pamiętnika Diabła”, po niej wyszły trzy kolejne tomy przygód Kuby Sobańskiego. Wszystkie napisałem jeszcze przed podpisaniem umowy.

Dostałem pierwszą promocję półkową w Empiku, stałem się ważnym autorem dla wydawnictwa, moja rozpoznawalność zaczynała rosnąć, choć nie nazwałbym tego wielkim bumem. Prędzej mozolnym budowaniem marki krok po kroku. Wszystko to przełożyło się na większą sprzedaż, same promocje półkowe generowały więcej dochodu niż dwie książki bez promowania stacjonarnego razem wzięte. Największą różnicę odczułem podczas Targów Książki. Na pierwszych po zawarciu umowy, w Warszawie, podpisywałem swoje książki pół godziny. Drugie, w Krakowie, zaowocowały jeszcze większym zainteresowaniem. Spotkanie trwało godzinę, jedna z czytelniczek nagrała też piosenkę o Kubie Sobańskim. Takie pojedyncze sytuacje pokazywały, że jest rozwój. Najbardziej odczułem go na trzecich Targach, w Warszawie w roku 2018, kiedy kolejka Czytelników mnie zszokowała. Najwytrwalsi czekali ponad półtorej godziny na podpis i wspólne zdjęcie. Wiedziałem już, że dzieje się coś ciekawego. Wciąż jednak daleko było mi do zawodowstwa. Książki stanowiły odskocznię i dodatkowe źródło dochodu, ale o utrzymywaniu się z nich nie było mowy.

Czas płynął, pojawiały się kolejne premiery, różne promocje, dużo działo się też w sieci. Na Targach fani bili kolejne rekordy frekwencji. Dostawałem zaproszenia do udziału w różnych antologiach, moje książki trafiły do sieci Biedronka, zacząłem jeździć na spotkania do bibliotek, docierałem do coraz szerszego grona czytelników i pisałem dalej. W trakcie tego dynamicznego rozwoju zaczęły spływać oferty od wielu dużych wydawnictw, które wcześniej nie zwracały na mnie uwagi. Miałem już dobrze rozwiniętą markę, stałem się atrakcyjnym kąskiem, niektóre propozycje były naprawdę kuszące. Nie skorzystałem. Chciałem dalej pracować z grupą ludzi, która we mnie uwierzyła i ciągle miała swój plan na dalszy rozwój. Kolejny przełom miał nastąpić w roku 2020 przy trylogii z Oskarem Blajerem. Były wykupione promocje półkowe w Empiku, półki w księgarniach na lotniskach oraz wiele innych szeroko zakrojonych działań. Pandemia całkowicie je zablokowała. Mogliśmy sprzedawać praktycznie tylko online, wydawca szukał więc alternatyw i postawił na audiobooki.

Jak audiobooki pomogły dotrzeć do nowych Czytelników?

W roku 2020 polski rynek audiobooków i platform streamingowych dopiero raczkował. Dla mnie był całkowicie obcy, wzbudzał zaciekawienie i nadzieję na częściowe powetowanie blokad stacjonarnych w pandemii. Najważniejszy był wybór lektora. Zarząd Novae Res postawił na Filipa Kosiora i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Audiobooki wyniosły moją markę na wyższy poziom, każda książka wskakiwała na topy większości platform, zyskując statusy bestsellerów.

Każdego roku dochodziły kolejne premiery zarówno w papierze, jak i e-booki oraz audiobooki. Novae Res rozszerzyło imprint swojego wydawnictwa o dwie odrębne marki, AMARE dla tzw. literatury kobiecej i ZACZYTANI dla uznanych autorów z innych gatunków. Byłem pierwszym, którego książka ukazała się właśnie w Zaczytanych. Wraz ze zmianą marki i napędzającymi moją popularność audiobookami pojawiły się kolejne, duże działania marketingowe. Były m.in. billboardy w centrum Warszawy, okładki w magazynie kryminalnym Pocisk, następne zaproszenia do bibliotek, tym razem odpłatne. W międzyczasie za zgodą i w porozumieniu z Novae Res opublikowałem dwie książki w Skarpie Warszawskiej. Był to „Zły człowiek”, historia nastolatków, którzy po latach stają się potężną grupą przestępczą i „Dom Straussów”, książkowa wersja filmowych slasherów. Uznaję to za pozytywną odskocznię, ciekawe spojrzenie, jak wygląda współpraca redakcyjna i promocyjna z innym wydawcą i spróbowanie czegoś nowego. Skarpa również zapewniła mi dobre warunki, książki pojawiały się w Empikach i Biedronce. Była też wersja audio, ale ze słabszym lektorem, na którego wybór nie miałem wpływu.

Wszystkie te działania jeszcze bardziej nakręcały mnie do pracy. Pozwalałem sobie na coraz śmielsze eksperymenty, jak choćby thriller erotyczny „Ona”, wydany pod marką Amare. Wydawnictwo się rozwijało, ja równo z nim. Już nie było takie samo jak podczas mojego debiutu. Pojawiły się znacznie większe możliwości, sam wreszcie poczułem duży komfort. Miałem świadomość, że nie piszę do szuflady i każdy mój tekst prędzej czy później zostanie poddany weryfikacji czytelników. Podpisałem nową umowę na kolejne publikacje, spirala rozpoznawalności wciąż się nakręcała. Przyszedł moment, kiedy coraz częściej dochód z pisania przewyższał pensję w pracy. Warto tu podkreślić, że Novae Res od samego debiutu rozlicza się ze mną w cyklach miesięcznych, co pozwala zachować stabilność finansową. Z własnych doświadczeń wiem, że większość wydawców preferuje rozliczenia kwartalne lub półroczne. Mnie taki system utrudniałby życie. Obecny pozwala planować rzeczywistość z miesiąca na miesiąc jak w każdej normalnej pracy.

Kiedy zacząłem żyć z pisania?

Przejście po wielu latach amatorskiego pisania na zawodowstwo oznaczające, że książki stają się moim głównym źródłem dochodu, nie odbyło się jakoś spektakularnie, np. po długich przemyśleniach czy kalkulacjach. Życie samo mnie do tego zmusiło. Wkrótce po premierze powieści „Ona” firma, w której pracowałem od wielu lat, była zmuszona zakończyć działalność. Zostałem bez stałej pracy. Miałem wybór – szukać kolejnej lub postawić na książki. Już wtedy potrafiłem w dużej mierze utrzymywać się dzięki pisaniu, a plany na kolejne publikacje wyglądały obiecująco. W roku 2022, osiem lat po debiucie i piętnastu opublikowanych książkach, zacząłem żyć życiem zawodowego pisarza. Odznaczało się ono dużą elastycznością czasową, możliwością nocnej pracy i zaczynaniu dnia w późniejszych godzinach. Czas był dla mnie kluczowy, ponieważ przygotowywałem się wtedy do największego przedsięwzięcia w karierze, mianowicie kolejnego wznowienia serii z Kubą Sobańskim i napisania piątego tomu.

Jak Novae Res pomogło rozwinąć i wypromować moją najważniejszą serię

Pomysł wznowienia serii wyszedł od mojego redaktora naczelnego. Zarówno on, jak i ja cały czas czuliśmy, że ta seria zasługuje na coś więcej, niż miała do tej pory. Podpisaliśmy na nią osobną umowę. Wydawca gwarantował największą kampanię promocyjną w mojej karierze, ja miałem poprawić wydane już cztery tomy, wykorzystując nabytą wiedzę i napisać piąty. Przez lata pisania dla Novae Res nauczyłem się sporo. Moją bieżącą wiedzę i umiejętności od czasów debiutu dzieli przepaść. Praca z różnymi redaktorami, czytanie swoich tekstów po kilka razy, usuwanie przedakcji, lepszy dostęp do researchu, ostra, lecz merytoryczna krytyka. To wszystko wpłynęło na podniesienie poziomu pisania. Nauczyłem się rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wykorzystałem je, poprawiając moje najpopularniejsze książki. Diabły, oprócz nowych okładek, audiobooków z najlepszym lektorem i potężnej kampanii marketingowej, zyskały również maksimum jakości, jaką mogłem im dać.

Wspomniałem, że rosnąca popularność pomogła mi rozszerzyć również research. Poznałem patologa, szefową centrum medycyny sądowej, psychiatrę sądowego, odezwał się do mnie również prokurator karny, który sam zaproponował pomoc, gdybym jej potrzebował. Zacząłem być traktowany jak poważny pisarz, a nie amator. Zdobyłem kontakty, które do dziś pomagają mi podnosić realizm pisanych książek. Wykorzystałem je również podczas wznowienia serii o Kubie i pisaniu kolejnych tomów. Zgodnie z umową miał być jeden dodatkowy. Wracając do Kuby poczułem się tak dobrze w jego skórze, że obecnie piszę dziesiąty tom serii.

Wznowienie „Diabełków” potwierdziło słuszność poświęcenia się książkom zamiast poszukiwań nowej, stabilnej pracy i oddało zaufanie, jakim obdarzyłem wydawnictwo. Kuba Sobański stał się postacią kultową, marką samą w sobie. Większość tomów tygodniami plasowała się na szczytach list bestsellerów we wszystkich platformach streamingowych z audiobookami. Mimo upływu lat, wciąż cieszy się stałą sprzedażą również w wersji papierowej. Wraz ze wznowieniem pojawiły się nowe współprace reklamowe. Między innymi kampanie w pociągach Pendolino i reklamy w telewizji, stworzone razem z platformą BookBeat. Wszystko zmierzało w dobrym kierunku.

Jak wygląda życie zawodowego pisarza po kilkudziesięciu książkach?

Od tamtej pory minęły trzy lata, doszły kolejne premiery, w tym ważna dla mnie trylogia o Stelli Skalskiej, seryjnej morderczyni. Piszę każdego dnia od poniedziałku do piątku. Wypracowałem rutynę zawodową, rzucam sobie kolejne wyzwania, cieszę się wciąż rosnącą liczbą czytelników i co najważniejsze, „nie przejadłem” się tym stałym, bo oni ciągle chcą czytać moje thrillery. Znalazłem się w punkcie, w którym pisane latami książki wreszcie na mnie pracują, a ja mogę w pełni poświęcić się byciu autorem.

Przy prawie trzydziestu opublikowanych książkach, takiej samej liczbie e-booków oraz audiobooków tworzy się solidna grupa źródeł składających się na dochód autora. Uważam, że bycie pełnoetatowym pisarzem przypomina trochę prowadzenie własnej firmy, tylko bez większości kosztów stałych. Są kryzysy, euforie, stresy, nadzieje, piękne chwile, wściekłość, rozczarowania, miesiące lepsze i gorsze. Każda kolejna premiera nakręca sprzedaż poprzednich książek. Zauważyłem też, że coraz chętniej sięgają po mnie młodsze pokolenia. Nie tak dawno na Targach Książki czytelniczka chwaliła mi się, że pisała o Kubie Sobańskim na maturze. Kiedy ja pisałem pierwszego Diabła, ona była jeszcze dzieckiem, co znaczy, że ta historia potrafi być ponadpokoleniowa.

Pewnie nigdy nie wyzbędę się obaw, czy moje historie kiedyś się nie znudzą. Podobno zmaga się z tym wielu autorów. Wiem natomiast, że najwięcej zależy ode mnie, od pomysłów, jakie wdrożę, a także od chęci wydawcy do dalszego promowania mojej marki. Można się oszukiwać, ale oczywistym jest, że odpowiednie działania marketingowe i inwestycje są niezbędne do budowania i utrzymywania marki pisarza. Jakość książek i promocja muszą się uzupełniać. Mój redaktor naczelny uważa, że choćby zainwestował w książkę olbrzymie środki, to jeśli ona będzie słaba i nie trafi w gusta czytelników, to kolejna się po prostu nie sprzeda. Właśnie tego założenia się trzymam. Nieustannie próbuję rozwijać swój warsztat i poddawać jego wytwory ocenie czytelników. To sedno zawodowstwa.

Co w tej drodze było najtrudniejsze i czego mnie to nauczyło?

Droga od debiutu do zawodowstwa była wyboista i pełna ostrych zakrętów, spotkało mnie na niej kilka bolesnych zderzeń z rzeczywistością. Sama w sobie stanowiła życiową lekcję, która wciąż trwa. Najgorsze momenty związane są z rozczarowaniami. Brak chętnych do publikowania moich książek, pierwszy groszowy dochód, obawy, czy pisząc dam radę pospinać rodzinny budżet i to najgorsze, momenty zwątpienia we własne umiejętności. Długo walczyłem z różnymi demonami, wciąż się z nimi mierzę i uważam, że nie ma nic lepszego niż „wiedzieć, co chce się pisać”. Najważniejsze jest właśnie samo pisanie. Bez setek godzin spędzonych przed laptopem nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Zebrałem wiele cennych lekcji, nauczyłem się odpowiednio redagować swoje teksty, usuwać zbędne rzeczy, obsesyjnie dbać o research, dopieszczać historię niemal do znudzenia. Nie umiałbym tego, gdyby nie zaangażowanie wydawcy i „ciśnięcie” mnie do ciągłego rozwoju. Tu właśnie zadziałała symbioza. Wydawca zainwestował we mnie, ale w zamian wymagał nie tylko pisania. Równie ważne było szlifowanie warsztatu.

Dla kogo debiut ze współfinansowaniem ma sens, a dla kogo nie

Na podstawie zebranych doświadczeń mogę stwierdzić, że debiut w modelu z subsydiacją ma sens dla autorów, którzy poważnie wiążą z pisaniem swoją przyszłość i cały czas tworzą kolejne historie. Jeśli ktoś ma w planach napisanie jednej książki i liczy, że zawojuje nią świat, to moim zdaniem nie powinien inwestować w nią swoich środków. Debiut anonimowego pisarza na rynku przesyconym książkami zwykle przechodzi bez echa i kończy się rozczarowaniem. Dla zbudowania marki potrzeba lat i wielu kolejnych książek. Wydawcy niechętnie inwestują w autorów bez zaplecza z powieściami, które później można łatwo sprzedawać. Droga do zawodowstwa to również nieustanna walka. Każdego dnia trzeba mierzyć się z zewnętrznymi przeciwnościami, własnymi słabościami, być upartym i nie rezygnować, gdy idzie źle. A często idzie źle. Jeśli ktoś jest na to gotów, czuje uzależnienie od pisania i marzy o byciu prawdziwym autorem, to warto podjąć ryzyko. Jeśli ktoś chce opublikować jedną historię dla zabawy lub sprawdzenia się, to jak najbardziej może, ale powinien wiedzieć, że zainwestowane środki zapewne finansowo się nie zwrócą. To zresztą też różni wydawców takich jak Novae Res od wydawnictw vanity. Wiem doskonale, że Novae Res nie obiecuje, nie łechta próżności autorów, tylko mówi wprost, że wydanie to inwestycja w markę pisarza, a nie coś, co się zwróci po pierwszej książce. Nie, nie zwróci, być może nigdy. Nie każdy jest Piotrem C., który debiutując w Novae Res sprzedał 150 tysięcy egzemplarzy „Pokolenia Ikea” i doczekał się ekranizacji. To są wyjątki, a nie reguła, i szanuję swojego wydawcę za to, że wyraźnie to komunikuje.

Moja opinia o debiucie w Novae Res z perspektywy czasu

Jestem częścią rynku książki, który zdążyłem przez lata poznać. Potrafię dostrzec pewne rzeczy. Wiem już na tyle, żeby być pewnym, że wybór dokonany przed laty okazał się słuszny. Mogłem dalej czekać na propozycję z dużego wydawnictwa i nigdy pewnie bym się nie doczekał, a wewnętrzne frustracje narastałyby, zniechęcając mnie do pisania. „Stella”, seria o Oskarze Blajerze, „Zapomniany” czy tak mocno rozbudowana saga o Kubie Sobańskim nigdy by nie powstały. Oferta życia przyszła właśnie z Novae Res, choć debiut absolutnie na to nie wskazywał.

Mój wydawca wykonał kawał ciężkiej, wieloletniej pracy, pomagając mi znaleźć się w bieżącym położeniu. Działaliśmy razem na przekór wielu przeciwnościom. Należą do nich choćby opinie w sieci, dyskredytujące Novae Res w oczach czytelników czy potencjalnych debiutantów. Budzą obawy, które sam miałem przed debiutem. Często niesłusznie zniechęcają czytelników i potencjalnych autorów.

Na marginesie niech mi wolno dodać, że, bogatszy o doświadczenia, opinie te uważam często za wyjęte z kontekstu, skrajnie uproszczone, pozbawione głębszej analizy. Takie treści sprawiają, że wielu pisarzy może zwyczajnie zrezygnować ze swojej pasji, kiedy te duże, tradycyjne wydawnictwa milczą.

Jakie jest obecnie najlepsze wydawnictwo dla debiutantów, czyli czy dziś wydałbym debiut w Novae Res?

Nawet nie wiecie, ile razy w roku słyszę to pytanie, więc odpowiadam wprost. Nie istnieje jedno wydawnictwo idealne dla każdego autora. Mogę jednak powiedzieć, że ja osobiście, gdybym dziś znów miał 29 lat, gotowy debiut i brak nazwiska, ponownie zdecydowałbym się na Novae Res. Nie dlatego, że jest to droga łatwa lub gwarantująca sukces. Pisarstwo to ciężki kawałek chleba bez względu na miejsce debiutu, ale dzięki tej decyzji poznałem ludzi, z którymi pracuję do dzisiaj i z którymi zrobiliśmy wspólnie wiele rzeczy, z których jestem dumny.

Z perspektywy czasu wiem, że to właśnie dzięki tej decyzji zaistniałem na rynku, zdobyłem pierwszych czytelników, a potem zacząłem utrzymywać się z pisania. Dziś, po kilkudziesięciu książkach, nadal uważam tę decyzję za jedną z najważniejszych w swojej karierze.

Po latach obserwacji rynku książki z mojej perspektywy Novae Res jest najlepszym realnie dostępnym wydawnictwem dla debiutantów. Podkreślam słowo „debiutantów”, ponieważ właśnie w tym obszarze specjalizuje się od lat i jako takie powinno być oceniane. Jeśli ktoś pyta mnie, jakie wydawnictwo wybrać na debiut, Novae Res jest moją pierwszą odpowiedzią.

Tradycyjne wydawnictwa mają swoje oczywiste zalety, ale koncentrują się głównie na autorach już rozpoznawalnych lub projektach o największym potencjale komercyjnym. Selfpublishing z kolei w beletrystyce jest znacznie trudniejszą drogą i wymaga własnej społeczności, rozpoznawalności oraz umiejętności samodzielnego prowadzenia procesu edytorskiego, sprzedaży i promocji. Nie bez powodu najbardziej znani polscy pisarze beletrystyki, mimo swojej rozpoznawalności, wydają z wydawcami, a nie w formule selfpublishingu. Novae Res moim zdaniem stanowi pomost między tymi światami – między światem debiutantów a profesjonalnym rynkiem wydawniczym. Od lat pracuje z autorami, którzy dopiero zaczynają swoją drogę i daje im realną szansę zaistnienia na rynku.

Moja opinia o Novae Res wynika oczywiście z własnych doświadczeń. To tutaj zadebiutowałem, zdobyłem pierwszych czytelników, nauczyłem się rynku książki i otrzymałem później ofertę zawodowego kontraktu. Sam jestem przykładem, że debiut w Novae Res może być początkiem długiej i profesjonalnej kariery pisarskiej, ale doskonale rozumiem, że wcale tak być nie musi. Ostatecznie przecież wydawcy się zmieniają, a autor zostaje ze swoją marką na zawsze, więc dobry wybór na starcie może zdecydować, czy ta marka w ogóle dostanie szansę zaistnieć.

Dokąd zmierzam jako autor?

Miejsca, w którym jestem, w żadnym razie nie traktuję jako mety. Raczej jak kolejny etap. Mam przed sobą następne książki, kolejne historie i ambicję, żeby dalej rozwijać swoją markę, a nie tylko utrzymywać to, co już udało się zbudować.

Chcę pisać lepiej, odważniej i docierać do coraz większej liczby czytelników. Marzę też o tym, żeby któraś z moich historii trafiła na ekran, bo Kuba Sobański i inni bohaterowie, których stworzyłem, od dawna żyją w mojej głowie jak postacie filmowe.

Dwanaście lat temu chciałem tylko sprawdzić, czy potrafię opowiedzieć historię, która zainteresuje czytelników. Dziś wiem, że pisanie stało się moją pracą, pasją i sposobem na życie. A skoro tak, to najlepsze rzeczy wciąż mogą być przede mną.

Adrian Bednarek

P.S. Jeśli zainteresowała Cię moja historia, śmiało przekaż ją dalej komuś, kto marzy o napisaniu lub wydaniu własnej książki. Sam wiem, jak wiele pytań i wątpliwości pojawia się na początku tej drogi.

Jeżeli pracujesz w bibliotece, domu kultury, szkole lub organizujesz wydarzenia literackie i chciałbyś spotkać się ze mną osobiście, poproś swoją instytucję o kontakt. Od lat jeżdżę po całej Polsce i chętnie rozmawiam z czytelnikami o książkach, pisaniu i kulisach pracy autora.

Do zobaczenia na kolejnych targach, festiwalach i spotkaniach autorskich.

Adrian

1 komentarz:

Dziękuję wszystkim za ślad, który tutaj zostawiacie :)

Copyright © 2016 Subiektywnie o książkach , Blogger