"Nie chciałem straszyć, tylko napisać historię, którą się pamięta dłużej niż trwa odkładanie książki na półkę". Wywiad z S.J. Lorencem

 

"Szmelc" to książka, która was z pewnością zaskoczy i wywoła sporę dozę konsternacji. Jej autor. S. J. Lorenc zgodził się odpowiedzieć na kilka moich pytań odnośnie tej nietuzinkowej powieści, więc zapraszam was dzisiaj do przeczytania naszej rozmowy 😀



S.j. Lorenc - z wykształcenia biolog, z zawodu osoba zarządzająca ośrodkami wykonującymi badania kliniczne, z zamiłowania fotograf, skupiony na muzyce rockowej, niejednokrotnie opłacany za swoje zdjęcia sprzętem muzycznym. Autor wystawy fotografii koncertowej oraz szeregu publikacji w prasie branżowej. Określa się jako wyznawca religii dystansu do siebie oraz świętego spokoju. Uwielbia Stephena Kinga, Deana Koontza oraz horrory z lat osiemdziesiątych. Na co dzień pisze opowiadania grozy i horrory oraz użera się z trójką dzieci i dwoma kotami. Mieszka i pracuje na warszawskim Żoliborzu.

Źródło - Wydawnictwo Mięta



Wioleta Sadowska: Wierzy Pan w jakieś foto przesądy? 

S.J. Lorenc: Foto przesądy takie jak zakaz fotografowania śpiących ludzi, luster, zdjęć ślubnych przez próg itd. chyba mnie nie ruszają, bo raczej nie jestem przesądny. Jednak z drugiej strony, gdy czarny kot przebiegnie mi drogę, to szukam innej ścieżki. Nie przechodzę pod drabiną, w pewnych sytuacjach spluwam trzykrotnie przez lewe ramię… Myślę, że w tej dziedzinie, przede mną, jeszcze wiele do odkrycia. 

Wioleta Sadowska: Mnie przeraził ten wymieniony w Pana książce mówiący o tym, że zrobienie komuś zdjęcia kradnie mu duszę... Czy pomysł na napisanie powieści „Szmelc” to w jakiejś mierze wynikowa Pana zamiłowania do fotografii?

S.J. Lorenc: Oczywiście, że tak. Wydaje mi się, że dużo łatwiej jest pisać historie, które dzieją się w znanym, chociaż trochę, świecie. Nigdy nie porwałbym się na tworzenie powieści takiej jak na przykład „Problem trzech ciał”. Nie mam pojęcia o fizyce, falach grawitacyjnych czy zakrzywieniach czasoprzestrzeni.

Wioleta Sadowska: W fabule Pana książki spotkamy się z aparatem Polaroid, z małym Swingerem, z Instaxem Wide 300, czy też aparatem Fuji, a także z ciekawostkami z dziedziny fotografii. Jestem więc ciekawa, jak wyglądał research do tej warstwy fabularnej?

S.J. Lorenc: W przypadku tej książki był to nietypowy research. Pierwszy własny aparat miałem jako ośmiolatek. Był to Ami 66 z jednym guzikiem. Niedługo potem, razem z moim kolegą, wywoływaliśmy zdjęcia i robiliśmy odbitki w jego uszczelnionej łazience. Kilka lat temu skończyłem Akademię fotografii, miałem wystawę i kilka publikacji w pismach branżowych o muzyce rockowej. Pracowałem również jako „świeżak od ustawiania lamp” w studio fotograficznym, w dużym wydawnictwie a przez krótką chwilę w „prawdziwej” agencji fotograficznej. Kilka z wymienionych, w „Szmelcu” aparatów mam u siebie w domu a historią fotografii interesuję się od szeregu lat. Research nie był, w tej sytuacji, poszukiwaniem informacji tylko raczej korektą i wyborem z tych już posiadanych. Tak, poszedłem na łatwiznę. 

Wioleta Sadowska: I to była dobra droga. Początek końca fotografii analogowej przypada na 2009 rok. Dzisiaj już nikt nie potrzebuje analogowej fotografii?

S.J. Lorenc: Myślę, że obecnie nikt nie wie, czy potrzebuje fotografii analogowej. Zrobiło się z tego bardzo drogie i wymagające hobby. Odpowiednie materiały można kupić tylko w specjalnych sklepach a wywołanie rolki wymaga szukania miejsca, w którym można to zrobić. I naprawdę, gdy zamierzamy wykorzystać więcej niż jeden film, okazuje się to bardzo drogie. Paradoksalnie najtańszy jest wtedy porządny, analogowy aparat z przyzwoitym obiektywem. Ale! Fotografia analogowa różni się tym od „cyfrowej”, że wymaga od nas zupełnie innego podejścia do robienia zdjęcia. Mamy do dyspozycji, w najlepszym razie, trzydzieści sześć klatek i nie można ich bezmyślnie wystrzelać. Trzeba wybrać temat, kadr, ustawić warunki... To jest coś zupełnie innego niż kilkadziesiąt cyfrowych fotek tego samego, z których jedna może będzie dobra. Nawet niedoświetlenie nie jest problemem, bo pliki RAW zawierają tyle informacji, że można bez problemu to poprawić. Kiedyś czytałem o aparacie, który umożliwiał nieprzejmowanie się również ostrością, bo po fakcie, była możliwość jej korekty. Z takim nowoczesnym sprzętem, prawie nikt nie myśli o tym, żeby ustawić modela gdzie indziej, czy poczekać aż zajdzie lub wyjdzie na chwilę słońce. Uważam, że każdy, kto na poważnie myśli o robieniu zdjęć, powinien przejść przez etap analogowy. Nie wiem, czy to dobre słowo, ale chwila z analogiem, to jedyna opcja, żeby nauczyć się „kultury” robienia zdjęć.


Wioleta Sadowska: Coś chyba w tym rzeczywiście jest. Dlaczego fotografia od dawna nie jest już postrzegana jako sztuka?

S.J. Lorenc: Witkacy w swojej „O czystej formie i innych pismach o sztuce” w ogóle pomija fotografię, jako dziedzinę sztuki, a zdjęcia ma fantastyczne. Chyba nie zgodzę się z tym stwierdzeniem, że fotografia nie jest postrzegana jako sztuka. Wystaw jest mnóstwo i zawsze jest pełno ludzi. W każdym jej rodzaju odnajdzie się szereg artystów, których zdjęcia są niezaprzeczalnie wyjątkowe i niepowtarzalne. Żeby nie wchodzić bardziej w ten temat, spójrzmy choćby na zdjęcia Bownika. Ten polski fotograf jest autorem szeregu niesamowitych projektów. Zarówno, jeśli chodzi o koncepcję jak i realizację. Ja bardzo lubię cykl Disassembly, gdzie autor rozbiera na czynniki pierwsze różne rośliny, a potem je z powrotem składa przy pomocy zwykłych materiałów biurowych. Plasterków, spinaczy itd. Zdjęcia są robione analogowym aparatem wielkoformatowym i drukowane w ogromnym rozmiarze. Nie podejmuję się definiowania „sztuki” ale trudno przejść obojętnie obok tych fotografii. I mam na myśli autorskie wydruki, a nie miniaturki w Internecie. 

Wioleta Sadowska: To na pewno temat na dłuższą dyskusję, która może pojawić się także w obliczu symboliki tytułu Pana najnowszej powieści. Celowo jest on przewrotny?

S.J. Lorenc: Tytuł dobrałem tak, aby ułatwić pracę potencjalnym recenzentom. Ponadto fascynuje mnie jak szybko i bardzo zmienia się język, którym się posługujemy. Mój, ponad osiemdziesięcioletni, ojciec, dość często zaskakuje mnie jakimś słowem, którego już prawie nikt nie używa. Doszedłem do wniosku, że „Szmelc” będzie lepszym tytułem niż „Stary aparat do fotografii natychmiastowej”.

Wioleta Sadowska: Jaki jest Lucjan „Lucy” Stanisławski i co było dla Pana największym wyzwaniem w kreacji tego protagonisty?

S.J. Lorenc: Gdy pisałem swoją pierwszą książkę, „Koniec mapy”, miałem taki pomysł, żeby całą ośmioosobową grupę, która jest tam głównym bohaterem, skonstruować tak, żeby nikogo nie dało się polubić. Jednak w trakcie pisania zrobiło mi się ich szkoda, bo zimno, mokro i przerąbane i finał był taki, że musiałem przepisać połowę książki. W „Szmelcu” pilnowałem się już znacznie bardziej. Lubię obserwować ludzi i dość często trafiam na sytuacje, gdy zupełnie nie jestem w stanie pojąć czym ktoś się kieruje i co go motywuje bądź usprawiedliwia. Tak jak, gdy Lucy budzi się w obcym mieszkaniu i kradnie pieniądze, bo potrzebuje na taksówkę. Potrzebuje to bierze. No i mój protagonista dostał właśnie taki wredny zestaw. Jest bezczelnym, aroganckim i chamskim typem, ale dzięki temu jest autentyczny. A największym wyzwaniem było oczywiście, żeby nie przedobrzyć. 

Wioleta Sadowska: Zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że „Szmelc” to horror egzystencjalny?

S.J. Lorenc: Coraz trudniejsze te pytania… Absurd, izolacja, nieistotność i kruchość ludzkiego życia. Na pewno trochę tak, chociaż nie był to naczelny cel i wątek. Pisanie tej książki wypadło w trudnym dla mnie okresie i pewnie dlatego jest „mniej radosna”. Chociaż w poprzedniej i zbliżającej się, też nie ma okazji do zrywania boków ze śmiechu… 

Wioleta Sadowska: Czy „Szmelc” oferuje czytelnikom bezpieczny strach?

S.J. Lorenc: Strach to mechanizm obronny, który ma prowadzić do zachowania bezpieczeństwa. Ja nikogo nie chciałem straszyć, tylko napisać historię, którą się pamięta dłużej niż trwa odkładanie książki na półkę. Tak, „Szmelc” zdecydowanie nie gryzie.


Wioleta Sadowska: Każdy z nas nosi w sobie własny szmelc?

S.J. Lorenc: To pytanie jest już po bandzie. Nie wiem jak inni, ale ja na pewno tak. Mam dużo wspomnień, które niekoniecznie chciałbym pamiętać, za często patrzę w przeszłość a za rzadko w teraźniejszość. A już zupełnym „szmelcem” są niepotrzebne informacje, których nijak nie da się wyrzucić z głowy. Na przykład do dziś pamiętam sześciocyfrowe numery telefonów moich kolegów ze szkoły podstawowej, czy kod do domofonu mieszkania, które sprzedałem piętnaście lat temu.

Wioleta Sadowska: Co na koniec naszej rozmowy chciałby Pan przekazać czytelnikom Subiektywnie o książkach?

S.J. Lorenc: Ojciec mojego przyjaciela mawiał, że czyta tylko to, co zna i lubi, bo szkoda mu czasu na ewentualnie, kiepskie książki. Takie podejście do tematu jest pewną gwarancją jakości, ale mimo wszystko, gorąco namawiam do zaryzykowania i sięgnięcia po moje powieści. Tak, przeklinają, ale wszyscy mówią w ten sposób, tylko niektórzy to ukrywają. Tak są brutalne sceny, ale takie jest życie. Tak, nie da się lubić większości bohaterów, ale ludzie są zazwyczaj wredni i zawistni a tylko nieliczni potrafią nad tym panować. Proszę mi wierzyć, że ja, w swoje pisanie wkładam całe serce i duszę. Tak jak już wspomniałem, staram się pisać takie pozycje, które sam bym chciał przeczytać. I jeżeli się uda, to mam nadzieję, że nie będę swoim jedynym czytelnikiem.


Najnowsza książka S. J. Lorenca pt. "Szmelc" to historia o poszukiwaniu prawdy, mierzeniu się z własnymi demonami i o tym, jak łatwo stać się częścią gry, której reguły dyktuje ktoś inny. Koniecznie do niej zajrzyjcie!

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Mięta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję wszystkim za ślad, który tutaj zostawiacie :)

Copyright © 2016 Subiektywnie o książkach , Blogger