piątek, 31 stycznia 2014

Melchior Medard - "Carska roszada"






"(...) życie, zbrodnie nie kierują się zegarem szachowym, na który, jeśli nacisnąć, czas zamiera do kolejnego ruchu mistrza...".


XIX wieczna Warszawa to miasto pełne kontrastów. Pod zaborem rosyjskim, stało się z jednej strony szybko rozwijającym się przemysłowo terenem, oraz swoistym oknem na świat Cesarstwa Rosyjskiego, a z drugiej, miastem pełnym ubóstwa i skrajnej biedy mieszkańców. Kryminał retro, którego akcja została osadzona w tym właśnie okresie, winien panujące wówczas realia wiernie odwzorowywać. Autor "Carskiej roszady" na szczęście zdawał sobie sprawę z tej zależności i swoją książką zaprasza czytelnika do odwiedzenia Warszawy, jakiej już nie poznacie.

Melchior Mateusz Medard to urodzony w 1964 roku na obczyźnie, a dokładnie w Saint-Vincent-la-Commanderie, syn Marty. Autor po powrocie do Polski, był pracownikiem akademickim. Obecnie zarządza własną francuską knajpą i para się literaturą.

Urzędnik do zadań specjalnych generalnego gubernatora w Moskwie, Estar Pawłowicz Van Houten przyjeżdża incognito do Warszawy, celem zbadania sprawy grasującego w mieście mordercy kobiet. Mordercy, który w brutalny sposób okalecza ciała i zostawia je w różnych miejscach miasta. Agent już na dworcu przekonuje się, że śledztwo nie będzie łatwe, gdyż nieoczekiwanie ginie jego znajomy naczelnik policji kryminalnej. Bohater w toku śledztwa zostaje wplątany w intrygę, która sięga najwyższych szczebli ówczesnej władzy. Okazuje się bowiem, że nic nie jest takie, jakie się początkowo wydaje. 

"Carska roszada" to kryminał retro, z głęboko zarysowanym tłem społeczno – obyczajowym. Czytelnik dzięki niezwykle ekspresyjnym i obrazowym opisom autora, ma możliwość niemalże przeniesienia się do Warszawy, okupowanej przez ówczesne Imperium Rosyjskie. Melchior Medard w sposób niezwykle wyrazisty skonstruował XIX wieczne realia panujące w stolicy, co jest niezaprzeczalnym atutem książki i wyznacznikiem gatunkowym kryminału w stylu retro. Autorowi nie można bowiem zarzucić braku sprawnego pióra w obszernych fragmentach opisujących ówczesne podziały społeczne na dwie sfery: bardzo bogatych i bardzo biednych. Czytelnik dowiaduje się, jakie zwyczaje panowały w tamtych latach, jak żyli mieszkańcy Warszawy, oraz jak prowadzono śledztwa kryminalne w oparciu o ówczesne techniki kryminalistyczne. W wykonaniu autora pojęcie "retro" w tej książce, nabiera pełnego wydźwięku znaczeniowego. Nikt nie powinien zawieść się w tej materii.

Melchior Medard dość niepozornie rozpoczyna skonstruowaną przez siebie intrygę, czym jednocześnie myli tropy czytelnika. Cóż bowiem oryginalnego może być w seryjnym mordercy, który zabija kobiety, okaleczając je w nieludzki sposób. Motyw znany i szeroko wykorzystywany przez różnego rodzaju twórców. Warto jednak w tym aspekcie pokreślić, iż intryga ta posiada drugie dno, o którym czytelnik przekonuje się w końcowych partiach tekstu. Intryga zahaczająca o spisek i wielki świat ówczesnej polityki mocarstw. Bystry odbiorca odnajdzie kilka niuansów historycznych, o jakie z premedytacją zahacza Medard. Autor bardzo dynamicznie poprowadził akcję swojego utworu, szkoda tylko, że początek książki jest dość rozwlekły, co może spowodować chwilowe zniechęcenie odbiorcy utworu. Przez początek trzeba po prostu przebrnąć, by dalej rozkoszować się wartką akcją i ciekawymi opisami. Opisami, wśród których znajdziecie również seks pomiędzy dwoma kobietami, w mojej opinii całkowicie zbędny i nie wnoszący niczego do całej fabuły. Autor z pewnością poprzez wątek romansowy dwóch kobiet, chciał uatrakcyjnić swój utwór, jednak to zabieg niezbyt trafiony.

Ciekawym pomysłem wprowadzonym przez Medarda jest dołączenie do książki aneksu w postaci notatek Estara Pawłowicza. Notatek wskazujących podejrzane osoby, odnoszące się do znanej wszystkim historii Kuby Rozpruwacza. Można również zaryzykować stwierdzenie, że fabuła tegoż kryminału bardzo luźno nawiązuje do historii angielskiego mordercy. Wisienką na torcie jest jedna postać, która przewija się na tej liście, pisarz znany wielu czytelnikom, zachęcam zajrzeć. Spodobać się wam mogą również podtytuły pod rozdziałami, często bardzo dosadne i klarowne.

Wraz z bohaterami "Carskiej roszady" przeniesiecie się do Warszawy, którą próżno szukać w dzisiejszych czasach. Do miasta pełnego ciemnych zaułków i podejrzanych typów, w którym samotny cyklista przemierza drogi stolicy. Będziecie mieli również niewiarygodną szansę zajrzeć do sklepu Wokulskiego. Jeśli więc macie ochotę na dobry kryminał osadzony w klimacie retro, zachęcam do lektury.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydwniaczemu Erica
http://www.strefaksiazki.net/


Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

czwartek, 30 stycznia 2014

"Wydaje mi się, że w pisaniu odnalazłam swoją drogę i wiem, że nic mnie z niej nie zawróci" - Wywiad z Katarzyną Mlek




Trzy utwory, trzy różne gatunki i konstrukcje fabularne. Zapraszam was dzisiaj na rozmowę z Katarzyną Mlek, autorką książek: "Za firewallem", "Zapomnij patrząc na słońce" i wydanej ostatnio "Na wietrze diabeł przyjechał".






Katarzyna "Kata" Mlek to trzydziestosześcioletnia pisarka o dość rozległych zainteresowaniach artystycznych: malarstwo, fotografia, tworzenie kolaży, pisanie, muzyka, szycie, uprawiany kiedyś zawodowo tenis czy tworzenie poezji. Autorka prowadzi również internetową galerię sztuki. Z wykształcenia ekonomistka, obecnie mieszka w Bielsku-Białej z mężem, synem oraz miniaturowym pinczerem. 










awiola: Po raz pierwszy spotkałam się z Twoja twórczością podczas lektury "Za firewallem". Wtedy oczywiście nie wiedziałam, ze Kata Melk to Katarzyna Mlek. Dlaczego akurat w tym przypadku postanowiłaś użyć pseudonimu literackiego? 

Katarzyna Mlek: Szczerze? Obawiałam się, że ta książka jest słaba i chciałam mieć możliwość umycia rąk. Przed każdą premierą bardzo się boję, ale postanowiłam ostatecznie, że zostanę przy prawdziwym nazwisku. Jako artysta chcę się konfrontować z odbiorcą i dziś jestem już na to gotowa. 
 
awiola: "Za firewallem" przedstawia świat informatyków z lekkim przymrużeniem oka. Jesteś informatykiem z wykształcenia, powiedz jak to jest z tymi informatykami? Czy takie ekstrawaganckie zachowania są domeną tego zawodu?

Katarzyna Mlek: Znane mi środowisko informatyczne takie jest. Wydaje mi się, że opisywane w mojej noweli dziwactwa to reakcja na stres związany z tym zawodem: presję czasu, presję wyników, presję na bezbłędne wykonywanie zadań. Jeżeli dodasz do tego pewną odpowiedzialność za klienta, jaką cechuje się wielu znanych mi informatyków, otrzymujesz dość stresogenną codzienność. Stąd słuchanie Tiamatu, gry i zabawy, dziwne quizy, przesądy i tym podobne. A ubrania z innej epoki to po prostu potrzeba zapewnienia sobie fizycznego komfortu, bo o psychiczny bywa trudno. 

awiola: Ile trwało napisanie i doszlifowanie "Za firewallem"?

Katarzyna Mlek: Dobre pytanie, na które nie umiem już odpowiedzieć. Niestety nie pamiętam. Mogę jedynie szacować. Notatki są w najstarszym notesie, sprzed trzech lat. Książka ukazała się w 2012 roku. Długo dojrzewała jak na tak krótką rzecz, poza tym narracja w liczbie mnogiej dała mi w kość. 

awiola: Mija kilka miesięcy, na rynku pojawia się powieść pt. "Zapomnij patrząc na słońce". Okazuje się, że autorka zabawnego tomu opowiadań o pracy w korporacji, wydaje mocno psychodeliczną książkę. Skąd taki przeskok tematyczny?

Katarzyna Mlek: Wiesz, pomysły mnie prześladują. Mam bardzo bujną wyobraźnię i lubię obserwować ludzi. Czasem po prostu oglądam coś ciekawego w telewizji, czytam gazetę i w głowie nagle pojawia się jakaś nowa koncepcja. W notesach oznaczam je czerwonym opisem "NOWE", często wyklejam zdjęcia, jakieś materiały z Internetu, rysuję coś na boku, piszę kilka dialogów. Przeglądam często te sekcje i próbuję je jakoś przetwarzać, składać wątki, obrazy, zapachy, wiesz, to wszystko, co zgromadziłam. To jest trochę podobne do dużego kosza z tkaninami, nićmi, guzikami, taśmami. Wyciągasz te szmatki i zaczynasz zszywać patchwork.

Podobnie było z "Zapomnij patrząc na słońce". Wszystko zaczęło się od rozmów o powtarzających się snach. O przekraczaniu granicy między jawą a marzeniem, wielokrotnym przechodzeniu z jednej strony na drugą. Do tego dołożyłam moje wspomnienia z blokowiska, nie tyle ludzi, ile uczuć, strachu, poczucia pewnego osaczenia przez sąsiadów, bloki, wąskie korytarze, nie lubię ich, wolę przestrzeń. Poskładałam te elementy w pewną całość, dość długo musiałam je do siebie dopasowywać. Kiedy w końcu na horyzoncie pojawiła się Hanka, moja główna bohaterka i jej przyjaciel – kruk, wiedziałam, że z tych kawałków uda się złożyć ciekawą całość. Potrzebowałam opowiedzieć tę historię, ona jest bardzo ważna, ale musiała być opowiedziana tak, aby ludzie chcieli mnie wysłuchać do końca.

Środek świata
awiola: Czy spodziewałaś się takiego sukcesu swojego drugiego utworu? W pewnej chwili było o tej książce naprawdę głośno.

Katarzyna Mlek: Nie, kompletnie się tego nie spodziewałam. Miałam świadomość, że to literatura niezbyt lekka, trochę drażniąca, nie wiedziałam, jak zareagują czytelnicy: rzucą w kąt czy pokochają. Poza mną w sukcesie "Zapomnij patrząc na słońce" ogromny udział miał mój wydawca – tu mogę wskazać Panią Jolantę Świetliowską, która pokochała książkę i uwierzyła w nią. W wypromowaniu książki pomógł mi natomiast Pan Marcin Pietraszek z agencji Empemedia. Raz jeszcze dziękuję im za zaangażowanie. 

awiola: Muszę przyznać, że w całej historii Hanki najbardziej przerażała mnie kreacja kruka. Dlaczego akurat ten ptak posłużył Ci do konstrukcji świata przedstawionego książki "Zapomnij patrząc na słońce"? 

Katarzyna Mlek: Po pierwsze dlatego, że go znam. Mnie także śnił się kruk, nie tak przerażający, ale widziałam go, potrafiłam opisać, dać mu głos, który słyszałam w swoich snach. Po drugie, ciekawiła mnie niejednoznaczna symbolika kruka. On musiał wystąpić, abym została wysłuchana. Wiesz, że kiedyś godzinami siedziałam i obserwowałam kruki u nas na osiedlu? Najpierw wydawało mi się, że zachowują się bezsensownie, ale później zauważyłam, jak metodycznie zmierzają do postawionych celów. Siedziałam na krawężniku i wpatrywałam się w kruki, a potem one powróciły podczas planowania książki. 
  

awiola: Czy mocno trafiona okładka tej powieści to Twój autorski pomysł?

Katarzyna Mlek: Nie, nie miałam w tym udziału, więc tym bardziej zasługuje na brawa. Idealna synteza książki, doskonała kolorystyka. Wszystko przygotowała w jednym podejściu związana z Oficynką Magdalena Zawadzka, gdybyś potrzebowała dobrej okładki, warto się zgłosić. 

awiola: Jest zabawny zbiór opowiadań, jest mroczna książka o Śląsku i na rynku pojawia się znowu coś zupełnie innego. Opowiadania osadzone z klimacie naszych polskich Beskidów w zbiorze pt. "Na wietrze diabeł przyjechał". Jaka jest geneza powstania tychże krótkich form prozatorskich?

Katarzyna Mlek: Pisałam do Ciebie kiedyś, że co wieczór mam wyzwanie "bajkowe". Dziecko podaje mi zestaw postaci, czasem okoliczności, kilka punktów zwrotnych, a ja mam opowiadać. Właśnie w tych zwariowanych bajeczkach upatruję początku. Z ich powodu poczułam potrzebę "pogawędzenia". A ponieważ wieje tu często i często w "bajkowym wyzwaniu" występował wiatr, zabrałam się za niego. Do tego doszyłam opowieści mojej rodziny - o Lalikach, o górach, o zimie, stawach, nasłuchałam się o tym sporo. W tej książce jest każdego po trochu: są moi rodzice, siostry, teściowie, przyjaciele. Bardzo wiele osób albo podrzucało mi wątki, albo użyczało swojej wiedzy, albo wręcz dało mi w prezencie swoje wypowiedzi, jakieś maniery językowe, gesty. Bardzo dziękuję wszystkim za ten wkład. Wracając do pytania - pisząc o Lalikach chciałam zapewnić, że wszystkie niesamowite historie, które przekazano mi bezinteresownie, nie zaginą. 
  


awiola: Twoje najnowsze dzieło kojarzy mi się ze znanymi z dzieciństwa "Klechdami domowymi". Czy czytałaś te fascynujące historie w dzieciństwie?

Katarzyna Mlek: Oczywiście, miałam egzemplarz w lnianej okładce, z tłoczonym tytułem. Złotym! 

awiola: Jak przygotowywałaś się do napisania tego zbioru? Co stanowiło dla Ciebie źródło bądź inspirację?

Katarzyna Mlek: Opowieści lokalne to był początek. Ale żeby bajać, trzeba być wiarygodnym. Musiałam więc poszukać rzeczowych informacji. Najgorzej było z koniem, ponieważ boję się koni. Na szczęście moja siostra bardzo je lubi, kiedyś trenowała jeździectwo, więc służyła jako pośrednik w kontakcie z tymi zwierzętami. Poza tym ja sporo wędruję, w Lalikach bywam często, o różnych porach roku. To bardzo się przydało. To, i w ogóle Beskidy, jestem nimi przesiąknięta. Wiesz, że teraz nawet jak mówię, mówię gwarą, z lokalnym akcentem? Muszę się pilnować, żeby nie odpowiadać "ja" zamiast "tak". Moi dawni znajomi są tym nieco zniesmaczeni, kiedyś mówiłam poprawnie, elegancko, teraz przeciągam końcówki słów i używam niezrozumiałych dla nich słów. Ten lokalny klimat jakby przeszedł przeze mnie i zmaterializował się jako książka. 

awiola: Jakie są Twoje dalsze plany pisarskie? Czym teraz zaskoczysz swoich czytelników?

Katarzyna Mlek: U wydawcy czeka kolejna moja książka, "Jeden bóg". Nie chcę jeszcze o niej mówić, teraz jest czas Lalików i Zbyszka. Znowu zmieniam formę, biorę się za inny gatunek. Jako pisarz chcę poszukiwać, cały czas pisać coś nowego, a nie – jak to ujęła moja znajoma, bardzo dobra scenarzystka, pisać od nowa tę samą książkę. Zaskoczę pewnie tematyką, brutalnością, jakiej chyba jeszcze u mnie nie było – okrucieństwem w obnażaniu ludzkich słabości. W "Zapomnij patrząc na słońce" poszukiwałam motywów postaci, pochylałam się nad nimi i chciałam zaopiekować się ich strachami. W "Jednym bogu" tego nie będzie. W tej książce nikt nie zasługuje na zrozumienie. 

awiola: Czym jest pisanie dla Katarzyny Mlek?

Katarzyna Mlek: Myślę, myślę… Wiesz, postawię na prostą odpowiedź. To jest moje życie. Bardzo potrzebuję to robić. Wydaje mi się, że w pisaniu odnalazłam swoją drogę i wiem, że nic mnie z niej nie zawróci. Ta pewność dała mi bardzo wiele jako kobiecie, jako człowiekowi, tak życiowo. Teraz najlepsze życzenia, jakie mogę złożyć to "życzę Ci, abyś odnalazła swoją drogę".

Dmuchawiec
awiola: Proza, poezja, malarstwo – czy to dla Ciebie równorzędne pasje?

Katarzyna Mlek: Przez pewien czas tak było, ale obecnie mniej maluję. Chyba dlatego, że w pracowni jest bardzo zimno. I nic nie schnie. Ale na poważnie: nie mogę malować i pisać jednocześnie, natomiast potrzebuję obu tych rzeczy. A najlepiej, jakby ich było jeszcze więcej, lubię robić różne rzeczy. Ostatnio zajęłam się przykładowo krawiectwem – pracuję nad kwiecistą letnią sukienką.
Dziupla

awiola: Nie mogę nie zapytać doświadczonej autorki o rynek wydawniczy w Polsce. Jak go postrzegasz na chwilę obecną?

Katarzyna Mlek: Mam takie spokojne podejście... Każdy rynek rządzi się własnymi prawami, a ten ma specyficzne dla siebie. Można albo z nimi walczyć niczym z wiatrakami, albo się dostosować. Wybieram dostosowanie, bo dla mnie ważniejsze jest, aby mieć dla kogo pisać, na tym się koncentruję. Przykładowo Ty jesteś w grupie, do której piszę. Wiem, że przeczytasz, wiem, że mogę liczyć na uczciwą recenzję. I wiem, że w końcu dostaniesz ode mnie „Jednego boga”, prędzej, później, nieistotne. 

Złe ptaki
awiola: Jakich rad udzieliłabyś początkującym autorom, chcącym wydać swoją pierwszą książkę?

Katarzyna Mlek: Myślę, że jest jedna ważna rada: napisz dobrą książkę. Uważam, że dobre dzieło obroni się zawsze i zawsze znajdzie uznanie. Tylko to musi być naprawdę dobra sztuka, nie można iść na kompromisy. Dobre, niech to będzie dobre, perfekcyjne. Wtedy się uda. 

awiola: Co na koniec chciałabyś przekazać czytelnikom mojej strony?

Katarzyna Mlek: Czytajcie!






Nie macie wyjścia, musicie po prostu posłuchać Kasi i czytać!  Dziękuję autorce za wspaniałą rozmowę. Czytaliście którąś z książek Katarzyny Mlek? Jestem bardzo ciekawa jej kolejnego utworu, pewnie znowu nas zaskoczy. Aż strach pomyśleć...



środa, 29 stycznia 2014

Tomasz Szlijan - "Dlaczego"




"Ach! Ten kraj posiada cudowny rząd. Siedzą tam tacy idioci, że gdy ich głupota podczas obrad się skumuluje, to następuje taka ewolucja, że powstaje z tego wszystkiego niesamowita, wręcz boska ustawa".


Prezentacja świata przedstawionego, poprzez zastosowanie takiego zabiegu jakim jest komiczne wyolbrzymienie, wymaga nie lada umiejętności oraz pewnej dozy wyczucia. Komizm sytuacyjny i komizm postaci, potrafią w pełni bowiem ukazać rzeczywistość w krzywym zwierciadle. W debiucie Tomasz Szlijana, nic nie jest takie jakie powinno być. Co więcej, nawet tytuł książki w formie pytajnika, pozostał bez znaku zapytania. Jak się okazuje, nie bez znaczenia.

Tomasz Szlijan to urodzony w 1978 roku pisarz z zamiłowania. Autor obecnie mieszka w Niemczech, gdzie również pracuje zawodowo. "Dlaczego" to jego debiut, wydany w 2013 r. W tym samym roku opublikował również powieść pt. "Rollercoaster". Autor w swojej twórczości używa humoru i satyry, by ukazać przywary ludzi przez pryzmat krzywego zwierciadła.

Uliczny akwizytor zajmujący się wciskaniem ludziom przyrządu do masażu pleców, kawaler, Edward Miodek mieszka w osiedlowych blokach. Jego życie to ciąg nieszczęść, zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. Pewnego dnia niespodziewanie odbiera telefon, w którym nieznajomy informuje bohatera o dacie jego jutrzejszej śmierci. Edward stara się wydedukować kim jest jego potencjalny morderca, czym wywołuje wiele komicznych sytuacji w swoim życiu.

Opis na tylnej okładce książki Tomasza Szlijana sugeruje akcję utworu osadzoną w konwencji kryminału. Jakiż to błędny i mylący tekst, wprowadzający czytelnika na swoistą minę literacką. Otóż utwór "Dlaczego" nie jest żadnym kryminałem, co więcej, nie posiada ani jednej cechy gatunkowej tej odmiany epiki. Wątek pogróżek odnośnie śmierci głównego bohatera i jego dociekanie, kto może być potencjalnym mordercą, służą przedstawieniu przez autora wielu komicznych i śmiesznych zdarzeń, będących kanwą fabularną utworu satyrycznego, jakim niewątpliwie jest jego debiut. Tomasz Szlijan stosuje bowiem w pełnej krasie komizm sytuacyjny i komizm postaci, celem napiętnowania pewnych zjawisk, obyczajów czy stosunków społecznych. Zauważyć można, że jego książka jest satyrą społeczno-obyczajową, ocierającą się o ramy absurdu i groteski. W niektórych fragmentach tekstu, absurd ten został wyolbrzymiony do gigantycznych rozmiarów, rozmijając się z celem, jakim jest ukazanie pewnych zachowań w krzywym zwierciadle. Niech za przykład posłużą kwestie finansowe Edwarda czy zdjęcie z ukochaną mamusią (będącą typową kobietą lekkich obyczajów), która w ramach matczynej miłości wystawiła swojemu synowi środkowy palec. Trzeba przyznać niestety, że proporcja w wyważeniu absurdalnego wydźwięku została mocno zachwiana, na niekorzyść książki.

Uwagę czytelnika z pewnością zwróci postać głównego bohatera i zarazem narratora całej historii. W kreacji Edwarda widać niezwykłą kompilację cech, jakie można odnaleźć w każdym przedstawicielu rasy ludzkiej. Ich uwypuklenie w postaci niesamowitej głupoty czy naiwności, bawi i zarazem zatrważa. Wypadki jakich doświadcza bohater w swoim życiu, noszą znamiona kpiny i żartu. Trudno czytelnikowi polubić głównego bohatera, będącego nieudacznikiem i zaprzeczeniem ideału mądrego Polaka. W książce znajdziecie również szeroką gamę ciekawych, komicznych postaci, od recydywisty kioskarza Pana Czesia do osiedlowego postrachu w postaci napakowanego dresiarza. Oczywiście wśród nich bryluje jeden i niepowtarzalny Edward Miodek, bohater wielce oryginalny, przygłup obok którego trudno przejść obojętnie.

Tomasz Szlijan dzięki prostemu językowi w swoim tekście, zagnieździł wiele ciętych ripost odnośnie stosunków społecznych i obyczajowych. Bystry czytelnik z pewnością je wychwyci. Samo zakończenie utworu jest dość symboliczne.

Wielu czytelnikom nie przypadnie do gustu specyficzny humor autora i nieco wyolbrzymiony komizm. Czytałam o wiele lepsze satyry, jednak utwór "Dlaczego" pomimo kilku niedociągnięć, czyta się w ekspresowym tempie i tu muszę przyznać, z uśmiechem na twarzy. Jeśli lubicie takie specyficzne klimaty, polecam zajrzeć. Zapytacie dlaczego? Na to pytanie niestety odpowiedzi nie znam.
 

Tomasz Szlijan


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi
 
 Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html
 

wtorek, 28 stycznia 2014

Małgorzata Lutowska - "Skarby drzewa"






"W dawnych czasach wiele ważnych w dziejach zdarzeń dokonywało się pod drzewami. Drzewo było zawsze symbolem siły, mądrości, trwania. Czym jest żywot człowieka wobec życia drzewa?"

Każdy człowiek, w niezapomnianych latach swojego dzieciństwa przeżywał okres związany z poszukiwaniem zaginionych skarbów, motywem często wykorzystywanym przez autorów powieści dla dzieci i młodzieży. W erze szybkiego rozwoju technologicznego, terenowe poszukiwania skarbów zostały zastąpione przez komputerowe gry, dające jednak wyłącznie namiastkę prawdziwej przygody. Jak udowadnia autorka "Skarbów drzewa" można jednak połączyć nowoczesną technikę z tradycją, by rozwijać młody, chłonny umysł.

Małgorzata Lutowska to urodzona w Cieplicach przewodniczka sudecka. Absolwentka Akademii Rolniczej we Wrocławiu i Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, pracowała również jako nauczycielka niemieckiego. Autorka obecnie mieszka w Gerlic. "Skarby drzewa" to powieść stanowiąca element projektu "Moja Mała Ojczyzna", organizowanego przez uczniów szkół ponadgimnazjalnych w Jeleniej Górze oraz Książnicy Karkonoskiej.

Rodzeństwo Daria i Marcel, oraz ich kuzyn Kuba, który przyjechał z Opola, czekając na obiecane przez rodziców górskie wędrówki, umilają sobie wolny czas graniem w gry komputerowe. Pewnego dnia, Daria po zakończeniu przez chłopaków gry wciska przypadkową sekwencję klawiszy, która powoduje włączenie się jej nieznanego etapu. Gry, która co dwadzieścia cztery godziny wymusza na gimnazjalistach poszukiwanie odpowiednich haseł na terenie Jeleniej Góry. Bohaterowie pragną bowiem zdobyć upragnioną nagrodę, czyli zaginioną na przełomie wieków Książęcą Szkatułę.

"Skarby drzewa" to bezsprzecznie powieść skierowana w głównej mierze do dzieci i młodzieży, jednakże dorosły czytelnik zostanie również wciągnięty w zabawę, jaką zafundowała odbiorcom swojej książki Małgorzata Lutowska. Trójka bohaterów w celu przejścia kolejnego etapu gry, musi opuścić wirtualną rzeczywistość i wyruszyć w nieznane im do tej pory zakątki Jeleniej Góry. Historia poszukiwania skarbu stała się dla autorki świetnym pretekstem do przybliżenia czytelnikom historii tego miasta. Na uwagę zasługują tutaj liczne opisy ciekawych miejsc Jeleniej Góry i swoista precyzja w odtworzeniu szczegółów życia z zamierzchłej przeszłości. Z uwagi na fakt, że grupą docelową powieści są młodsi czytelnicy, opisy zabytków czy fakty historyczne nie przytłaczają, proporcje te w moim mniemaniu zostały odpowiednio wyważone. Na pewno książki "Skarby drzewa" nie można byłoby nazwać podręcznikiem ani przewodnikiem.

Trzeba przyznać, że konstrukcja fabularna w postaci połączenia tak zgubnego w ostatnich czasach oddziaływania komputerów na tryb życia dzieci, oraz gry terenowej to trafiony pomysł. Myślę, że większość z nas z chęcią zagrałaby w taką oryginalną grę, łączącą przyjemne z pożytecznym. Druga płaszczyzną jaką z pewnością wyczuje starszy i młodszy czytelnik, to swoista zachęta do poznawania historii miejsca, w którym każdy z nas mieszka. Małgorzata Lutowska poprzez kreację głównych bohaterów swojej książki, przedstawia niewiedzę ludzi w temacie historii własnego miasta czy regionu. A jak ukazuje historia Darii, Marcela i Kuby naprawdę jest co odkrywać, tylko nie zdajemy sobie z tego zwyczajnie sprawy.

Niezwykle trafionym pomysłem było dołączenie do książki płyty CD, na której uczniowie jeleniogórskich szkół biorących udział w projekcie, czytają wyróżnione w tekście książki inną czcionką i obramowaniem fragmenty powieści. Książka zawiera również czarno-białe zdjęcia przedstawionych w powieści miejsc. Wiadomym jest, że zdjęcia i dźwięk jeszcze bardziej działają na wyobraźnię niż tylko zwykły, pisany tekst.

Autorka posługuje się prostym językiem, skupiając się bardziej na motywach historycznych niż rozbudowanej kreacji głównych bohaterów, co wydaje się być dość zrozumiałe, biorąc pod uwagę walor edukacyjny utworu. Myślę, że fabuła powieści nie straciłaby na wartości, gdyby Małgorzata Lutowska pominęła wątek dwóch przeciwników bohaterów nazywanych przez nich gangsterem i hipisem, który w moim przekonaniu nie wniósł niczego konstruktywnego do całej historii. Patrząc jednak z drugiej strony, w szczególności z perspektywy młodszego czytelnika, element rywalizacji może być bardzo atrakcyjny.  

"Skarby drzewa" przeczytałam w jeden wieczór. Wieczór, który odmłodził mnie o kilkanaście lat i przeniósł do Jeleniej Góry, w której wraz z nastoletnimi bohaterami poszukiwałam tajemniczej Książęcej Szkatuły. Mogę tylko pogratulować autorce pomysłu na tak wspaniały kolaż i życzyć wszystkim czytelnikom, by więcej właśnie takich utworów powstawało na naszym rynku wydawniczym. Może wtedy właśnie dzieci i młodzież zwiększą wskaźnik czytelnictwa w naszym kraju.

"Widać można, coś oglądać tysiąc razy, a dopiero za tysiąc pierwszym ujrzeć to naprawdę (...)"


Małgorzata Lutowska


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Poligrafia AD REM
http://adrem.jgora.pl/


Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html


poniedziałek, 27 stycznia 2014

Konkurs z "Testamentem Eleonory"



Wraz w Wydawnictwem Oficynka chciałabym was zaprosić do prostego konkursu, w którym macie szansę wygrać książkę Artura Daniela Grabowskiego pt. "Testament Eleonory" - moja recenzja KLIK.




Zasady konkursu:

  • W konkursie mogą wziąć udział wszyscy, bez wyjątku.
  • Konkurs trwa od dzisiaj do 16 lutego 2014 r., do północy.
  • Aby wziąć udział w konkursie należy wyrazić chęć otrzymania powyższej książki w komentarzu pod tym postem, wraz ze swoim adresem e-mail.
  • Będzie mi miło, jeśli zamieścicie baner konkursowy na swoich stronach, nie jest to jednak warunek konieczny.
  • Wśród osób, które podpiszą się pod ogłoszeniem, wylosuję jeden adres e-mail szczęśliwca.
  • Wyniki zostaną ogłoszone następnego dnia. Zwycięzcę powiadomię e-mailowo o wygranej.



Zachęcam do zabawy!

niedziela, 26 stycznia 2014

Ewa Gudrymowicz-Schiller - "Zatoka Czarnej Perły"





"Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że więcej niż nasze słowa, mówi nasze zachowanie. Gest, mimika, bezwiedny odruch. Poza tym nie można całe życie grać i udawać. Życie to nie scena i nie da się powtórzyć aktu".


Czy bylibyście w stanie opowiedzieć największe tajemnice waszego życia kompletnie nieznanym osobom? Tajemnice, które ukrywacie od lat, a które wpływają na wasze życie doczesne. Czy alternatywna forma terapii, w postaci powierzenia najgłębszych myśli zupełnie obcym osobom, które spojrzą na wasze problemy obiektywnie i z dystansem, przekonałaby was? Jak pokazuje fabuła książki "Zatoka Czarnej Perły", czasami alternatywne pomysły przynoszą pozytywny skutek.

Ewa Gudrymowicz-Schiller to urodzona Warszawianka, a od połowy lat osiemdziesiątych mieszkanka Kanady. Od dziecka związana z książkami, przez dłuższy okres pracowała w "Składnicy Księgarskiej". Po wyjeździe na drugą półkulę naszego globu, pracowała w służbie zdrowia i zarazem pisała swoją pierwszą książkę. Autorka kocha zwierzęta, od pięciu lat mieszka wraz z mężem i swoimi zwierzakami w London, w prowincji Ontario. Jest matką dwójki dzieci. 

Ekskluzywny kurort na wyspie Bora-Bora, umiejscowionej na Oceanie Spokojnym to miejsce, które spokojnie można byłoby nazwać edenem. Cztery, zamożne i zupełnie obce sobie kobiety, którym pozornie nic nie brakuje do szczęścia, spotykają się w ośrodku. Oliwia, Victoria, Alex i Nina to kobiety skrywające tajemnice, kładące się cieniem na ich doczesne życie. Propozycja Guru, by bohaterki w ramach terapii opowiedziały sobie wzajemnie swoje historie, staje się trafionym pomysłem. Jak się bowiem okazuje, kurort na wyspie zapewnia im nie tylko odnowę biologiczną, ale również tę ważniejszą - odnowę duszy. 

"Zatoka Czarnej Perły" zaczyna się bardzo niepozornie i tak naprawdę nic nie zapowiada treści, jaką czytelnik w konsekwencji otrzymuje. Otóż konstrukcja fabularna najnowszej powieści Ewy Gudrymowicz-Schiller odpowiada szczególnemu typowi powieści, jaką jest powieść szkatułkowa. Cztery bohaterki opowiadają swoje historie i w taki oto sposób treść utworu składa się z czterech (a nawet pięciu), całkiem odrębnych opowiadań, które połączone razem, tworzą spójną fabułę całej książki. Przy kreowaniu takiej właśnie konstrukcji, należy uważać by wszystkie elementy ze sobą dobrze współgrały i tworzyły klarowną całość. Autorce zabieg ten z pewnością się udał, gdyż przejścia od historii do historii i w konsekwencji do współczesności na wyspie, wypadają bardzo naturalnie.

Autorka obdarzyła każdą z czterech bohaterek niesamowitą historią, którą czytelnik poznaje zagłębiając się podczas lektury. Historie te można byłoby podzielić na dwa rodzaje -  te dość banalne i inne, wręcz niesamowite, wychodzące poza ramy ludzkiego rozumu. Autorka rozpoczyna ten maraton chyba najmocniejszym akcentem, bowiem pierwsza historia dziwnej ciąży dosłownie wbija czytelnika w fotel. Historia ta skłoniła mnie do poszukiwania informacji, czy tak nieprawdopodobny przypadek miał kiedykolwiek miejsce w rzeczywistości. Za tak poprowadzony wątek należy wyłącznie pogratulować autorce wyobraźni. Dwa następne opowiadania dotyczące Niny i Victorii nie wyróżniają się niczym specjalnym, znajdziecie w nich motyw adopcji, śmierci własnego dziecka czy nieokiełznanej matczynej miłości. Motywy znane z wielu innych książek, często powielane. Ostatnia historia Oliwii zasługuje również na jej szersze przedstawienie, gdyż autorka w tym przypadku pokusiła się o jeszcze większe zaplątanie konstrukcji szkatułkowej, gdyż oprócz przedstawienia dwóch planów czasowych w postaci współczesności i przeszłości bohaterki, zahacza również o bardzo odległe czasy. Czasy będące poprzednim wcieleniem Oliwii. Wątek ten został znakomicie poprowadzony, budując swoiste napięcie i pewną dozę tajemnicy. Wszystkie opowiadania mają również ze sobą coś wspólnego, ale aby nie zdradzać fabuły, odkrycie tej rzeczy pozostawię czytelnikom. Trzeba przyznać, że koncepcja fabularna na tak zróżnicowane historie, które równocześnie odnajdują wspólny mianownik, okazała się trafionym pomysłem. 

Ewa Gudrymowicz-Schiller operuje bogatym językowo słowem, nacechowanym różnorodnością emocjonalną. Podczas lektury czytelnik zmuszony jest identyfikować się z bohaterkami, i razem z nimi przeżywać wiele przeróżnych uczuć. Myślę, że emocjonalizm to cecha charakterystyczna warsztatu językowego autorki.  

"Zatoka Czarnej Perły" to książka napisana przez kobietę, dla kobiet. To książka, która pomimo tego, że zakończenie nie przebiegło po mojej myśli, zawładnęła mną na kilka godzin. Razem z Oliwią, Victorią, Niną i Alex przeżywałam wiele różnorodnych uczuć. Wraz z bohaterkami kochałam i nienawidziłam, walczyłam i wygrywałam. Jeśli macie więc ochotę na niezobowiązującą lekturę, które przeniesie was na bajeczną wyspę, zapraszam do lektury.
 
Ewa Gudrymowicz-Schiller
  
Za możliwość przeczytania e-booka dziękuję autorce 


Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html


sobota, 25 stycznia 2014

Najnowsze zdobycze książkowe



Ostatni miesiąc upłynął pod znakiem wielu nowych zdobyczy książkowych, które radują nieustannie moją duszę. Muszę podzielić się z wami najnowszymi tytułami, gdyż takich skarbów nie sposób po prostu nie pokazać. Zobaczcie więc, o jakie książki powiększyła się moja rozrastająca się biblioteczka.



Wydawnictwo Erica:
  • Melchior Medard - "Carska roszada"
  • Małgorzata Kochanowicz - "Poszukiwana"
  • Agnieszka Chodkowska-Gyurics, Tomasz Bochiński - "Pan Wicher w Warszawie"
  • Lena Najdecka - "Układ"
  • Lena Najdecka - "Wspólnik"





Wydawnictwo 2 Piętro:
  • Agnieszka Walczak-Chojecka - "Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia" (recenzja KLIK)
  • Arkadiusz Siedlecki - "Kokaina"
  • Teresa Monika Rudzka - "Kuzyneczki"

Wydawnictwo Szara Godzina:
  • Elżbieta Jodko-Kula - "Zdrady i powroty"

Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne:
  • Martin Abram - "Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie"

Wydawnictwo Fronda:
  • Kwartalnik "Fronda"
  • Laboratorium miłości. Tom I: Przed ślubem
  • Jarosław Wróblewski - "Zośkowiec"


A tutaj widzicie trzy książki Agaty Wasilenko, jakie otrzymałam od samej autorki:
  • "Leksykon perfum"
  • "Świat perfum"
  • "Wróżby na każdy dzień"
Oprócz wspaniałych książek, Pani Agata obdarowała mnie również pachnącą lawendą, którą widać na zdjęciu. Woreczki już umieściłam w strategicznych miejscach w swoim domu.



Cudowne wydanie Pisma Świętego od Wydawnictwa M


Black Publishing:
  • Julia Alvarez - "Czas motyli"
  • Anna Jean Mayhew - "Sucha sierpniowa trawa"
Wydawnictwo Dreams:
  • Janusz Koryl - "Ceremonia"
  • Janusz Koryl - "Urojenie"
Grupa Wydawnicza Publicat:
  • Krystyna Kuhn - "Podpis mordercy"
  • Robert Galbraith - "Wołanie kukułki"


I na koniec dwie wspaniałe zakładki jakie otrzymałam od cudownej autorki "Niewolnicy".  

Mroźne wieczory i noce spędzam z książkami, jak z najlepszymi przyjaciółmi. Polecacie coś z przedstawionych przeze mnie książek? A może wręcz odradzacie jakiś tytuł?


piątek, 24 stycznia 2014

Agnieszka Walczak-Chojecka - "Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia"











"W życiu trzeba gonić swojego króliczka i czasem warto go złapać (...)".



Pracujemy po to, by żyć? Czy żyjemy po to, by pracować? Myślę, że wielu pracowników korporacji po zadaniu sobie tego pytania, może mieć kłopot z natychmiastową odpowiedzią. Praca, która stała się celem samym w sobie i jej nagła utrata może nieźle namieszać w głowie. Przekonała się o tym dobitnie bohaterka powieści, o której dzisiaj wam opowiem. Czasami bowiem, zmiany w naszym życiu przychodzą całkiem nieproszone.

Agnieszka Walczak-Chojecka posiada bardzo bogaty życiorys. Swoją przygodę z literaturą rozpoczęła już w wieku pięciu lat, publikowała swoje wiersze w "Poezji" i "Nowym wyrazie", pisała również słowa piosenek m. in. dla Piotra Rubika. Autorka zagrała jedną z głównych ról w filmie "Grzechy dzieciństwa". Zajmowała się również tłumaczeniami, przekładami słuchowisk, współpracą z radiem czy działalnością biznesową. W 2012 roku porzuciła pracę w korporacji, dzięki czemu powstała jej debiutancka powieść "Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia".

Joanna, trzydziestoczteroletnia pracownica korporacji cieszy się względnie poukładanym życiem na wysokim poziomie. Dobrze płatne stanowisko w międzynarodowej firmie, prestiż i spełnienie zawodowe, to jej codzienność. Pewnego dnia jednak, tak pozornie idealny świat pryska jak bańka mydlana i ukazuje swoją prawdziwą, brutalną twarz. Bohaterka zostaje bowiem zwolniona z pracy, a wraz z jej utratą traci podstawy swojej egzystencji. Niespodziewana podróż do Tajlandii oraz pewna kamienna rzeźba zmienia całkowicie jej życiowe priorytety, którymi do tej pory się kierowała.

Debiut Agnieszki Walczak-Chojeckiej pozornie przedstawia fabułę dobrze znaną czytelnikom innych, współcześnie modnych czytadeł dotyczących porzucenia wyniszczającego wyścigu szczurów i wyruszenia w podróż do jednego z wielu egzotycznych krajów. Pewne elementy konstrukcyjne fabuły są rzeczywiście powieleniem wskazanych wyżej schematów, jednakowoż historia Joanny zawiera wiele wątków i motywów wyróżniających tę historię na tle innych. Po pierwsze, bohaterka nie kupuje żadnej nieruchomości na prowincji, nie zakłada żadnego domowego biznesu ani co ważne, nie charakteryzuje się irytującą naiwnością. Podróż do Tajlandii, a następnie odwiedzenie miasta Ajutthai, w której znajduje się tajemnicza rzeźba są ważnym zwrotem w życiu Joanny, o mocy którego uświadamia sobie dopiero jakiś czas później. Autorka w tym temacie potrafiła zbudować napięcie, gdyż dość długo udaje się jej utrzymać czytelnika w niepewności w kwestii symboliki rzeźby.

Powieść przedstawia ciekawy przekrój osobowościowy dzisiejszego pokolenia młodych ludzi. W książce znajdziecie bowiem przedstawicieli mniejszości seksualnych w postaci dwóch gejów (wykreowanych w bardzo pozytywny sposób), typowej "matki Polki", która próbuje wyrwać się spod wpływu toksycznego męża, karierowiczkę zdolną do wszystkiego, czy zdradzającego męża. Autorka bardzo trafnie nakreśliła ich portrety psychologiczne, ukazując dylematy moralne, jakie targają współczesnym pokoleniem. Udział w wyścigu szczurów, kariera za wszelką cenę, lojalność czy poczucie bezpieczeństwa, to tylko niektóre problemy z jakimi czytelnik wraz z bohaterami będzie musiał się zmierzyć podczas lektury książki.

Autorka posługuje się bardzo lekkim stylem, dzięki czemu powieść czyta się w błyskawicznym tempie. Od powieści obyczajowych nie powinno się przecież wymagać zbyt zawiłego języka, gdyż to fabuła i jej poprowadzenie winny mieć wysoki poziom warsztatowy. Podczas lektury zwracają uwagę żywe i realistyczne dialogi, które wpływają na pozytywny odbiór powieści.

"Dziewczynę z Ajutthai" i jej niezbyt grzeczną historię czyta się bardzo przyjemnie. Podczas lektury nasunie się wam kilka refleksji, kilka razy uśmiechniecie się z przymrużeniem oka, a nawet poczujcie przypływ pozytywnej energii. Myślę, że debiut Agnieszki Walczak-Chojeckiej spełnił swoją rolę. Polecam na pochmurny dzień, ku pokrzepieniu waszych serc.

"Bywają opowieści, które zaczynają się dopiero tam, gdzie się kończą".
Agnieszka Walczak-Chojecka


 Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce i Wydawnictwu 2 Piętro
http://www.2-pietro.pl/

Recenzja tygodnia (25.07.2016 r. -31.07.2016 r.) na portalu

Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

czwartek, 23 stycznia 2014

Alan Bielecki - "Rówieśnik komputera"




"Wszędzie słyszał, że to coś pięknego, ale on sobie z tym nie radził. Zastanawiał się, czy może być w tym coś złego i szybko odrzucał taką ewentualność".



Nietolerancja i brak zrozumienia dla osób o odmiennych preferencjach seksualnych to temat, który co jakiś czas wypływa w różnorakich publicznych debatach. Często jednak nie zdajemy sobie sprawy, że obecne czasy dzięki różnorodnym środkom przekazu i akcjom medialnym, obudziły w wielu ludziach duże pokłady tolerancji. Skąd to twierdzenie? Przenieśmy się do czasów PRL-u i wymiaru homoseksualizmu w tamtych czasach.

Alan Bielecki to pseudonim artystyczny pasjonata pisania i romantyka z fantazją. Autor pisze opowiadania, powieści science-fiction, teksy piosenek oraz programy komputerowe. Kocha muzykę i Formułę 1, lubi wypoczynek nad wodą, marzy o sportowym samochodzie elektrycznym. Na pytanie dotyczące jego preferencji seksualnych, odpowiedział, że od lat wierny jest tylko jednej osobie i aby jej nie stracić, nie użył prawdziwego imienia i nazwiska.

Wczesny PRL, przełom lat 60 i 70 XX wieku. Władysław jako młody mężczyzna, wyjeżdża ze wsi do Poznania, by układać sobie przyszłość w zawodzie radiotechnika. Małżeństwo z Małgosią i urodziny pierworodnego syna Mirka, stanowią dla niego swoisty azyl przed prześladowaniem ówczesnych Służb Bezpieczeństwa. Mirek, jego ukochany syn od dziecka wykazuje homoseksualne skłonności, które coraz bardziej niepokoją ojca. Relacja pomiędzy Władysławem i Mirkiem jest coraz bardziej napięta i w konsekwencji prowadzi do tragedii.

Książka Alana Bieleckiego to dramatyczna historia nastolatka poszukującego swojej tożsamości płciowej, składająca się z dwóch warstw. Pierwsza płaszczyzna to ukazany przez autora stosunek środowiska, czy inaczej społeczeństwa PRL-u do homoseksualizmu, traktowanego w tamtych czasach jako choroba, którą należy u ludzi zwalczać. Bielecki wprowadził do fabuły swojej powieści i ukazał odnoszącą się do innej preferencji seksualnej postawę nauczycieli, rówieśników i rodziców. Na tych przykładach bardzo klarownie widać, jak postrzegany był homoseksualizm i na jakie homofobiczne reakcje mogła być narażona osoba "kochająca inaczej". W płaszczyźnie tej na pierwszy plan wysuwa się ojciec Mirka, którego portret psychologiczny nie został przez autora do końca dopracowany. Czytelnik nie ma możliwości zagłębienia się w umysł Władysława, aby dowiedzieć się dlaczego homoseksualne preferencje jego syna, popchnęły go do tak karygodnego czynu. Myślę, że autor mógł w tym aspekcie jeszcze więcej uwagi poświęcić tej postaci tak, by jej kreacja nie była zbyt powierzchowna. Druga warstwa powieści, którą autor bardzo zgrabnie nakreślił to ukazanie sylwetki młodego homoseksualisty, który sam nie potrafi odnaleźć się ze swoją odmiennością. Czasy w których żyje bohater nie ułatwiają mu tego, a przecież Mirek chce być tylko sobą. Tutaj, w odróżnieniu do ojca, Alanowi Bieleckiemu udało się w trafny sposób nakreślić portret psychologiczny jego syna.

Dobrym zabiegiem było podzielenie książki na trzy części, które utożsamiają etapy z życia bohaterów. I tutaj właśnie można zadać sobie pytanie. Kto jest głównym bohaterem "Rówieśnika komputera"? Ojciec czy syn? I czy w ogóle takie rozgraniczenie ma jakikolwiek sens? W mojej opinii zarówno Władysław jak i Mirek, tak podobni do siebie i również tak inni, są bohaterami równorzędnymi. Tragiczne zakończenie jest ich wspólną tragedią, każdą jednak ukazaną w innym wymiarze, zarówno tym etycznym i moralnym.

Język jakim posługuje się autor to prosty język narracyjny, w której większą część tekstu stanowią dialogi. W książce nie znajdziecie więc rozbudowanych opisów. Ciekawostką natomiast mogą być fragmenty dotyczące ówczesnych urządzeń technicznych, które wynikają z pasji ojca i syna radiotechniką. Interesujący wydźwięk tamtych czasów. 

Niezbyt trafiony tytuł powieści, który mógłby sugerować fabułę związaną z komputerami, przedstawia smutny obraz homofobii w latach PRL-u. To książka, którą przeczytacie w jeden wieczór i która z pewnością zostawi was z wieloma pytaniami natury etycznej. Historia stworzona przez Alana Bieleckiego wymusza bowiem na czytelniku postawienie się więc w roli jednego z bohaterów, i to chyba jej główna zaleta. Zachęcam.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Labiryntus
http://labiryntus.pl/


Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html