Jak wydać pierwszą książkę? Adrian Bednarek o debiucie w Novae Res, współpracy z wydawnictwami i drodze do bestsellerów
Adrian Bednarek to jeden z najpopularniejszych polskich autorów thrillerów psychologicznych, którego książki regularnie trafiają na listy bestsellerów. Debiutował w wydawnictwie Novae Res i przez kolejne lata wspólnie z wydawnictwem budował swoją pozycję na rynku. W tej rozmowie wraca do początków kariery, opowiada o wydaniu pierwszej książki, współpracy z wydawnictwem oraz o tym, co z perspektywy czasu doradziłby dzisiejszym debiutantom.
![]() |
Dlaczego jako debiutant zdecydowałeś się wydać pierwszą książkę właśnie w Novae Res?
Zdecydowałem się na wydanie pierwszej książki w Novae Res, ponieważ było to jedyne wydawnictwo, które wykazało zainteresowanie publikacją „Pamiętnika Diabła”. Decyzja wynikała przede wszystkim z braku alternatyw i mojej irytacji, która rosła przez ciągłe czekanie na odpowiedzi od tzw. dużych wydawnictw. Tak naprawdę nie miałem wyjścia. Mogłem wydać książkę ze współfinansowaniem w Novae Res albo nic nie robić i dalej czekać. Wolę działać, więc podjąłem taką decyzję. Czas pokazał, że była słuszna.
Jak wyglądała twoja współpraca z Novae Res na początku kariery?
Początki, jak to w wielu dziedzinach, były dość trudne. Nie znałem rynku, nie znałem zasad związanych z redagowaniem tekstu i wielu innych rzeczy, które dla doświadczonych autorów są oczywiste. Miałem za to spore oczekiwania. Oczami wyobraźni widziałem bestseller, kontrakt na kolejne książki i szybkie przejście na zawodowstwo. To oczywiście nie nastąpiło przy debiucie. Była ciężka praca u podstaw, różne zgrzyty, nadzieje, rozczarowania oraz spora doza zaufania z obu stron.
Co najbardziej zaskoczyło cię po wydaniu pierwszej książki?
Zdecydowanie mniejsza liczba odbiorców, niż zakładałem. Naprawdę liczyłem, że debiut zmieni moje życie, stanę się popularny dzięki pierwszej książce i moja kariera będzie rozwijać się w zawrotnym tempie. Gdy dziś patrzę na raporty sprzedażowe z tamtego okresu, widzę, że były naprawdę niskie. Zaskoczyło mnie również to, że nikt nie zabiegał o podpisanie umowy na drugą książkę. Sam musiałem się o nią starać i walczyć tak samo jak przy debiucie.
Jakie błędy najczęściej popełniają debiutanci, myśląc o wydaniu książki?
Mogę mówić tylko na swoim przykładzie. Błędów było sporo – choćby brak odpowiedniej redakcji tekstu, słabo przygotowane streszczenie, zbyt mało rzetelnych recenzji przed wysłaniem tekstu do wydawnictwa czy niepochwalenie się, że miałem już sporą grupę odbiorców na Wattpadzie. To właśnie tam publikowałem rozdział po rozdziale „Pamiętnik Diabła”, ale bałem się napisać o tym wydawcy, bo sądziłem, że tekst „wiszący w internecie” przekreśli moje szanse na wydanie książki. Dzisiaj potraktowałbym to jako jeden z atutów.
Czy dziś debiutant bez nazwiska ma realną szansę zaistnieć na rynku książki?
Przyznam szczerze, że nie śledzę już sytuacji debiutantów na obecnym rynku tak bardzo jak kiedyś, ale nadal jest to temat, który mnie interesuje. Sam zaczynałem dwanaście lat temu i od tamtej pory wiele się zmieniło. Myślę jednak, że jeśli nie ma się rozpoznawalnego nazwiska ani odpowiedniego zaplecza w mediach społecznościowych, trudno zaistnieć jedną książką. Na to potrzeba czasu, kolejnych tekstów i konsekwentnego budowania własnej marki.
Jak wyglądała droga od debiutu w Novae Res do bestsellerów?
Droga od debiutu do bestsellerów była długa, pełna przeciwności i zwątpień. Trwała mniej więcej osiem lat. W tym czasie razem z Novae Res budowaliśmy moją markę, próbując różnych rozwiązań. Pojawiały się działania w mediach społecznościowych, wywiady w internecie i prasie, recenzje, reklamy, później promocje półkowe w Empikach, książki trafiły do sieci Biedronka i sklepów na lotniskach. Były billboardy, moja twarz pojawiała się na okładkach magazynów, powstały audiobooki. Na przestrzeni ośmiu lat wydarzyło się naprawdę dużo. Ja w tym czasie pisałem kolejne historie. Bez nich wydawnictwo prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałoby się inwestować w rozwój mojej marki.
Kiedy zrozumiałeś, że możesz żyć z pisania?
Zrozumiałem to pod koniec 2021 roku, gdy znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Firma, w której pracowałem od wielu lat, zakończyła działalność i musiałem podjąć ważną decyzję. Mogłem szukać kolejnego etatu albo całkowicie poświęcić się pisaniu. To był czas po wydaniu drugiego tomu „Zapomnianego” i przed premierą powieści „Ona”. Moje książki miały już sporą grupę czytelników, a ja zauważyłem, że przelewy, które otrzymywałem od wydawnictwa, pozwalają mi utrzymać siebie i rodzinę, a czasem również na coś więcej. Wtedy uznałem, że chcę rozwijać się dalej jako zawodowy autor.
Publikowałeś najpierw w Novae Res, a dziś wydajesz książki również w Zaczytanych i Amare. Dlaczego mimo sukcesów nadal współpracujesz z tą samą grupą wydawniczą?
Można powiedzieć, że współpracuję z tą samą grupą wydawniczą właśnie dzięki sukcesom, które wspólnie osiągamy, a nie mimo nich. Najważniejsza jest jednak droga, którą razem przeszliśmy – od debiutu, przez różne przeciwności, aż do miejsca, w którym jestem dziś. Zaufaliśmy sobie nawzajem, gdy Novae Res zaproponowało mi pierwszą profesjonalną umowę na dziesięć książek. Taki kontrakt był dla mnie sygnałem, że wydawnictwo naprawdę wierzy w mój potencjał i chce inwestować w rozwój mojej marki. Od tamtej pory wspólnie planujemy kolejne książki i działania promocyjne. Zyskałem status jednego z najważniejszych autorów w grupie wydawniczej, a to daje mi poczucie stabilności. Wiem, że w trudniejszych momentach mogę liczyć na wsparcie wydawnictwa. Nie mam potrzeby szukania innych wydawców.
Współpracowałeś jednak z większą liczbą wydawców, bo i z wydawnictwem Zysk i S-ka, i ze Skarpą Warszawską, brałeś również udział w antologiach, chociażby wydawnictwa Filia. Jak to się stało i jak oceniasz te współprace?
Każda z tych współprac miała inną genezę. W wydawnictwie Zysk i S-ka opublikowałem „Proces Diabła” i to była moja druga książka w karierze, a jednocześnie pierwsza w pełni finansowana przez wydawnictwo. Liczyłem, że będzie olbrzymia różnica w porównaniu z debiutem, ostatecznie Zysk i S-ka publikował między innymi „Grę o tron” czy „Władcę pierścieni”, ale różnicy nie było żadnej. Nie mam żadnego żalu, bo dostałem to, na co się umawialiśmy, a nikt nie obiecywał mi złotych gór. Po prostu nie było żadnego planu długoterminowego. W Skarpie Warszawskiej z kolei wydałem dwie książki, gdy miałem już podpisany kontrakt długoterminowy z Novae Res i moja marka weszła na wyższy poziom. Odbyło się to za zgodą mojego wydawnictwa. Chciałem zwyczajnie sprawdzić, jak to jest publikować w innej oficynie. Było w porządku, książki trafiły do Biedronki, na lotniska, pojawiły się audiobooki, promocja wyglądała pozytywnie. Ostatecznie wolałem jednak zostać w Novae Res, z którym podpisywałem kolejne umowy. Udział w antologiach to z kolei po prostu efekt rosnącej rozpoznawalności. Wydawnictwa szukały znanych już autorów, którzy wspólnie mieli tworzyć różne projekty. Moim zdaniem faktycznie najciekawszy był projekt „Seryjni mordercy” w Filii, a po nim „Zbrodnia i kara”, również w Filii. Wszystkie te współprace oceniam pozytywnie, bo pozwoliły mi zebrać nowe doświadczenia.
W takim razie jak Novae Res promuje twoje książki, że postanowiłeś się tutaj zadomowić?
Należy pamiętać, o czym już była mowa, że ja obecnie wydaję w innym imprincie grupy, mianowicie w wydawnictwie Zaczytani. Niemniej na przestrzeni lat zarówno Novae Res, jak i Zaczytani wykorzystywały wiele różnych form promocji moich książek. Były promocje półkowe, działania w mediach społecznościowych, billboardy, wejścia do sieci Biedronka, duże inwestycje w audiobooki, spotkania podczas Targów Książki oraz organizacja wydarzeń autorskich w bibliotekach w całej Polsce. Tak naprawdę cały czas pojawiają się nowe pomysły. Co ważne, wydawnictwo jest również otwarte na moje własne propozycje. Mogę przedstawiać swoje pomysły, a jeśli zostaną uznane za wartościowe, są realizowane i finansowane przez wydawnictwo. Myślę, że właśnie ta otwartość i elastyczność są jednymi z największych atutów Grupy Zaczytani.
Czy uważasz, że bez decyzji o współfinansowaniu i debiucie w Novae Res udałoby ci się zostać zawodowym pisarzem?
Myślę, że byłoby mi bardzo trudno zostać zawodowym pisarzem bez tej ryzykownej decyzji sprzed ponad dekady. Nie sądzę, żebym szybko znalazł wydawcę gotowego od początku inwestować we mnie własne środki. Obserwuję rynek i widzę, jak trudno zdobyć status autora, na którego wydawnictwo naprawdę stawia. Z perspektywy czasu uważam, że zaufanie Novae Res było jedną z najlepszych decyzji w mojej karierze. Środki zainwestowane w debiut zwróciły się już wielokrotnie, ale przede wszystkim pozwoliły mi wypracować zawód, z którego dziś żyję.
Skoro mowa o współczesności, to jaką masz dziś opinię o Novae Res i współfinansowaniu książek?
Przez lata przeczytałem wiele opinii o Novae Res i o współfinansowaniu książek. Mam wrażenie, że w Polsce bardzo często wrzuca się do jednego worka wszystkie wydawnictwa, które oczekują od autora udziału finansowego w wydaniu książki. To, moim zdaniem, strategiczny błąd w myśleniu, bo poszczególne wydawnictwa działają w zupełnie różny sposób. Często słyszę opinię, że „prawdziwy wydawca powinien zapłacić autorowi”. Tylko że w praktyce ci sami wydawcy bardzo często nie są zainteresowani debiutantami i odrzucają większość nadesłanych tekstów. Sam doskonale to pamiętam. W moim przypadku alternatywą dla współpracy z Novae Res nie była umowa z dużym wydawcą, tylko kolejne miesiące, a może nawet lata czekania na odpowiedź albo kolejne odmowy. Nie chcę jednak prowadzić teoretycznych dyskusji o modelach wydawniczych. Wolę mówić o tym, co sam przeżyłem. Znam Novae Res od ponad dekady i mogę powiedzieć, że większość negatywnych opinii na jego temat jest mocno przesadzona. Zwykle wynika z braku wiedzy, braku własnych doświadczeń i powielania cudzych opinii. Jednocześnie rzadko mówi się o tym, ilu autorom Novae Res pomogło zbudować zawodową karierę. Ja jestem jednym z nich. Gdyby nie Novae Res, prawdopodobnie nie byłbym dziś pisarzem, pracowałbym w zupełnie innej branży, a wiele książek, które dziś dają rozrywkę tysiącom czytelników, nigdy by nie powstało.
Co powiedziałbyś dziś osobie, która zastanawia się, gdzie wydać swoją pierwszą książkę?
Przede wszystkim poradziłbym odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki cel ma spełnić pierwsza książka. Jeśli ma być jednorazowym projektem realizującym marzenie o debiucie, warto dokładnie przeanalizować wszystkie dostępne możliwości wydania i świadomie ocenić ich koszty, zalety oraz wady. Jeśli natomiast ktoś myśli o karierze pisarskiej, planuje pisać kolejne książki i konsekwentnie budować swoją markę, powinien szukać wydawnictwa, które chce rozwijać autora, wiąże z nim przyszłość, ma długoterminową strategię współpracy i przede wszystkim potrafi profesjonalnie wprowadzić go na rynek wydawniczy. To właśnie takie wydawnictwo daje, moim zdaniem, największą szansę na zbudowanie długofalowej kariery pisarskiej.
Jaką jedną radę dałbyś sobie z czasów debiutu, gdybyś mógł cofnąć się do początku swojej kariery?
Powiedziałbym sobie, żeby jeszcze przed wysłaniem książki do wydawców zlecić profesjonalną redakcję tekstu. To jedna z najlepszych inwestycji, jakie może zrobić początkujący autor.


Może się przydać :-) .
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawa rozmowa, pokazująca, że napisanie książki, nawet jeżeli jest dobra, to dopiero początek żmudnej drogi do sławy. Całe szczęście, że pan Bednarek nie poddał się i teraz możemy cieszyć się jego twórczością.
OdpowiedzUsuń