piątek, 31 lipca 2015

"Norwedzy w przeliczeniu na nasze pieniądze płacą 1 gr za jedną pieluchę (...) U nas najtańsza pielucha kosztuje 71 gr" - Wywiad z Anną Ignatowską








Ta kobieta pozwala uwierzyć, że można. Można wychowywać szóstkę dzieci i nawet mieć czas na czytanie książek. Zapraszam Was dzisiaj na wywiad z Anną Ignatowską, prawdziwą supermanką i moją idolką.


Recenzja "Dziennika pokładowego..." - KLIK







Anna Ignatowska to trzydziestosiedmioletnia szczęśliwa mężatka mieszkająca z rodziną w Warszawie, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania fotograf. Na co dzień jest matką i to niecodzienną, bowiem wychowuje aż szóstkę pociech: Wiktorię, Antoniego, Zuzannę, Franciszka oraz najświeższe latorośle, czyli bliźniaczki Maję i Misię. "Dziennik pokładowy, czyli wielodzietnik codzienny" to jej debiut wydawniczy.  





awiola: Aniu, powiedz jak się mają Twoje najmłodsze latorośle, czyli bliźniaczki Maja i Misia? Czy bardzo rozrabiają?

Anna Ignatowska: M&Msy mają się dobrze, dokazują i przechodzą swój typowy dla tego wieku bunt. Nauczeni życiem znosimy to raz lepiej raz gorzej, w każdym razie na pewno inaczej, bo jako doświadczeni rodzice ;) mamy już wprawę. I choć każde dziecko jest inne, to jednak grupy zachowań zdecydowanie takie same.

awiola: Tak, doświadczenie w Waszym przypadku to niewątpliwy fakt. Co skłoniło Cię do dzielenia się z resztą świata, swoją rodzicielską codziennością na facebooku?

Anna Ignatowska: Z początku nie była to reszta świata :D A najbliżsi Znajomi i Przyjaciele. Do znajomych z reguły nie zapraszam nieznajomych. A wśród nich byłam jedną z nielicznych osób nie tylko wielodzietnych, ale też tzw. multimamą, czyli matką bliźniąt i zwyczajnie pytali się co u nas. W zasadzie nie było końca pytaniom, a odpowiedzi często siłą rzeczy były te same. FB stał się narzędziem w naszych bardzo zapracowanych rękach. Narzędziem, które pomogło nie odpowiadać dzień w dzień wielokrotnie na takie same lub podobne pytania. Czasem "ścianą płaczu", gdy miałam ochotę płakać z bezsilności, albo kogoś udusić np. kiboli wracających nocą z meczu. Nie sposób też nie wspomnieć o moim wsparciu duchowym, którym obdarowała mnie pewna Wspólnota bardzo wierzących osób. Zupełnie mi nie znanych ludzi dobrej woli, którzy przez całą zagrożoną ciążę bliźniaczą pełnili dyżury modlitewne w intencji zdrowia dzieci i bezpiecznego porodu, a później o brak powikłań u skrajnych wtedy wcześniaczków. Ten swego rodzaju krąg modlitewny zorganizowała bliska mi osoba o imieniu Ula. Ula jest niezwykłej wiary kobietą, jest nieustępliwa, świetnie zorganizowana, a jej serce przepełnione jest miłością bliźniego. Jest niezwykle wrażliwa na ludzkie cierpienie, a ja byłam wtedy strzępkiem nerwów, zdrowia i wiary. Nad taką biedą nie mogła przejść obojętnie i za to czeka ją wielka nagroda w niebie :) czego jestem pewna! Ula też przekazywała mi kolejne życzliwe pytania. Reasumując gdyby nie FB chyba musiałabym przestać karmić dzieci, co było wtedy moim podstawowym zajęciem, a zająć się odpisywaniem na maile, czaty i smsy.

awiola: Niesamowita historia. Czy pamiętasz moment, w którym postanowiłaś swój dziennik wydać w formie papierowej?

Anna Ignatowska:  Jasne, był to pomysł/projekt mojej internetowej Przyjaciółki Magdy, która nieustępliwie wraz z kilkoma koleżankami namawiała mnie do wydania zapisków, które bawiły i cieszyły wszystkich czytających.

awiola: Chwała tej Przyjaciółce! Wielodzietność to u nas pojęcie kojarzące się najczęściej z patologią i biedą. Czy nadal spotykasz się z takim odbiorem obrazu swojej rodziny?

Anna Ignatowska: W moim najbliższym otoczeniu już nie. Wśród Znajomych nigdy. Tak myślę. Ale zdarzają się bardzo nieprzyjazne i sądzę, że dość nieprzemyślane komentarze u osób obcych, wyjątkowo i szczególnie wśród lekarzy. Ostatnio Mama zapisując mnie na operację kręgosłupa usłyszałam masę takich słów. Zażartowałam, że jeśli jeszcze raz ktoś zaatakuje ją pytając "po co komu aż tyle dzieci" ma odpowiedzieć "ktoś musi pracować na takich jak pani/pan". Choć przyznam miałam ochotę nazwać ją pasożytem, ale uznałam, że na taki poziom nie warto jest schodzić, lepiej ugryźć się w język i ofiarować to w intencji przejrzenia na oczy danego człowieka. Zdarzają się teksty w stylu "katolicy czy alkoholicy", ale wypowiadane za plecami po cichu. O ile alkoholik ma się czego wstydzić, o tyle jako katolik nie mam takiego powodu. Często słyszę achy i ochy np.: "o jaka piękna rodzinka". I dziwaczne pytania/określenia w stylu: "ooo jak mąż jest w stanie wyżywić taaaką rodzinę?" Albo "pani to ma przechlapane tyle roboty". Przyznam, że choć czasem padam ze zmęczenia, to jednak to jest mój żywioł i chyba jestem do tego stworzona. A co do wyżywienia jeszcze nigdy nie głodowaliśmy. :) Bogu dzięki!

awiola: Musicie mieć dużą cierpliwość, zarówno do dzieci, jak i ludzi. Jak obecnie wygląda Twój normalny dzień? O której wstajesz?

Anna Ignatowska: Jestem śpiochem, wstaję dopiero z maluchami. Bywa, że między 6-7, a zdarza się, że o 8 mej. Sen jest potrzebny, bo przede mną zazwyczaj dużo pracy. Teraz mamy wakacje, więc większość dnia bywa nieco "leniwa", acz Maluchy wymuszają pewien akord. Mamy od zawsze bardzo rytmiczny plan dnia i dość dokładnie go planujemy. Śniadania, obiady i kolacje są wspólne, w tych samych przedziałach czasowych. Rano koło 10:00 lub gdy wszyscy są po śniadaniu, myciu zębów, pierwsze pranie się pierze, zmywarka zmywa staram się zawsze przygotować obiad i z reguły mi się to udaje ;) Rodzeństwo bawi się razem lub w grupach. Bardzo często Dziewczynki starsze przygotowują drugie śniadanie składające się z samych owoców i karmią nimi też Calineczki. Dzieciaki często robią małe zakupy chleb, warzywa itd. Specjalistą zazwyczaj jest Franek (9 lat) i jeśli zakupy nie są zbyt ciężkie chętnie po nie biega. Jeśli zaś są bierze kogoś ze starszych. Robimy spacer jeśli pogoda na to pozwala lub kąpiel jeśli jest skwar. Całość przedpołudnia zamyka się koło trzynastej. Wtedy podaję zupę wszystkim dzieciom i jem sama. Po zupce koło 13-14 maluchy zawsze śpią i jest to czas ciszy "pomiędzyobiedniej" ;) Śpią od 2-3 godzin. Wtedy wraca Mąż. W tym czasie często chłopcy są na boisku z piłką, a dziewczynki malują, grają w gry, karty lub odpoczywają z książką. Po drzemce jemy obiad i planujemy dalszą część dnia. Tu bywa różnie. Wieczorkiem lubimy spacery lub plac zabaw. W międzyczasie leci druga zmywarka i drugie pranie. Koło 20:00 robimy kolację i dzieci myją się w dowolnej kolejności (chcenia lub zabrudzenia boisko) z tą stałością, że Maluszki idą się myć ostatnie. Testowaliśmy model z kładzeniem ich jako pierwszych, ale efekt zawsze był identyczny starszaki budziły maluchy, a te pospały godzinkę i dokazywały wtedy do trzeciej w nocy. Rodzice kładą się ostatni o ile nie padną z maluchami. Często ostatnia jestem ja, jako nocny marek piszący nocami. Dłużej siedzę w weekendy i dni wolne od pracy Męża. W czasie szkoły godziny funkcjonowania Maluszków nieco się zmieniają. No i dochodzi odrabianie lekcji, pilnowanie zajęć pozalekcyjnych, wczesne pobudki. W leżącej ciąży zmuszona byłam nauczyć ich samoobsługi, dlatego z reguły szykują się sami, sami obsługują, a moja pomoc ogranicza się do pokrojenia chleba, znalezienia buta, sprawdzenia szalików i krzyżyka na czoło przed wyjściem.

awiola: Pełna organizacja i profesjonalna logistyka jak widzę. Jestem ciekawa, czy Wasz sąsiad, który jest częstym bohaterem „Dziennika pokładowego”, nadal „wspiera” Was żywnościowo?

Anna Ignatowska: Nie hahaha już nie, acz ostatnio dostarczył nam torbę wątróbki. Zastanawiałam się czemu tak się działo. To przemiły człowiek i na pewno intencje miał dobre. Myślę, że Bóg (któremu wydawałoby się ufam) uczył mnie brania. Takie swoiste rekolekcje. Zobaczyłam jak jestem zamknięta, że nie umiem szczerze odmówić. I nie umiem nic brać. To wbrew pozorom wcale nie jest dobre. Przychodzi mi to z wielkim trudem i myślę, że to jest złe. Taki dziwny rodzaj dumy, która każe raczej dawać niż brać. A przecież danie komuś zadowolenia, radości z dawania też jest sztuką. Wyobraźmy sobie, że chcemy kogoś ze szczerego serca czymś obdarować, a on ciągle odmawia. Jak się czujemy. Ano źle. No i nigdy nie wiadomo, czy kiedyś nie będziemy zmuszeni by brać coś od innych. Prawda? Wiadomo, że żyje się raz na wozie raz pod wozem, a życie to nie tylko sielanka i dobra pensja. Przyznam szczerze, że jest to coś czego się boję. Utrata pracy, choroba. Wtedy przychodzi bieda. Znam masę ludzi biedujących z jednym, dwójką dzieci, a tu jest sześcioro. Niezwykłą gimnastyką jest planowanie i utrzymanie gromadki mimo iż naprawdę nie mogę narzekać utrzymując się przecież z jednej pensji w dużymi mieście i przy kredycie mieszkaniowym. Czyli bądź co bądź długiem.

awiola: Z pewnością posiadasz szerokie przemyślenia dotyczące rozmiaru pomocy polskiego rządu dla wielodzietnych rodzin. Czy widzisz jakieś konkretne rozwiązania, które mogłyby pomóc takim rodzinom?

Anna Ignatowska: Tak. Wiele dużych rodzin cierpi ogromne ubóstwo. Rząd można powiedzieć nie robi nic. Ubóstwo tych rodzin często jest dla Państwa niewidoczne. I to mniejsze i to większe. Dopiero skrajne, które również wspierane jest niezauważalnie. Kto sprawdza, czy z tych "dużych" wg. rządu zarobków Ci ludzie są wstanie sobie poradzić na względnym poziomie? Wyliczenia dochodowe nie weryfikują wydatków. Bo co z tego, że przysłowiowy Kowalski zarabia 4 tys. jak tysiąc idzie np. na kredyt, płaci wysoki czynsz, a pięćset na chore dziecko? A to powinno wg. mnie być odliczone i dopiero od pozostałej kwoty liczony być dochód na osobę. Ktoś powie dobra, chcieli mieć dzieci niech je utrzymają sami. OKej, ale przecież mówimy o polityce prorodzinnej, czyli zachęcaniu ludzi by mieli dzieci. Wyludnienie kraju to realne zjwisko, które dzieje się tu i teraz. Dużych rodzin nie tylko się nie wspiera. Mydli im się oczy Kartą Rodzin 3+ która to daje minimalne zniżki na drogie wakacje, garnitury czy restauracje choć wiadomo, że ludzie średniozamożni nie wydadzą po 200 zł za osobę w restauracji jeszcze zapraszając znajomych, a prędzej ugotują coś sami. To jest żałosne i bardzo smutne. A polityka zachęcania bezdzietnych do potomstwa to już totalna kpina. Propozycja dania dodatku od drugiego dziecka ma zachęcić do pierwszego? Prawda, że absurd. Co bym zmieniła. Niewiele i jednocześnie bardzo wiele. Zdjęłabym podatek z ubrań i kosmetyków dla dzieci, dofinansowała pieluchy. Kilka lat zapieluszonego bobasa to kupa pieniędzy. Norwedzy w przeliczeniu na nasze pieniądze płacą 1 gr za jedną pieluchę. A tę informację mam od koleżanki, która ma bliźniaki w tym samym wieku co nasze. U nas najtańsza pielucha kosztuje 71 gr. Te zmiany dały by już ogromną różnicę w wydatkach rodzin. Następnie leki. Polskie leki to totalna porażka. Koleżanka mieszkająca w Szkocji nie płaci za lekarstwa. W rodzinach wielodzietnych bardzo rzadko zdarza się, że dzieci są zdrowe. Przeważnie jedna infekcja rodzi epidemię, a sądzę, że w każdej z tych rodzin jest jakiś odsetek dzieci chorych przewlekle. U nas w rodzinie wszystkie dzieciaki są alergiczne, jedno jest ciężko i przewlekle chore. Wydatki na leki i lekarzy dają bajońskie sumy. Pamiętam jesień, w której nie płaciliśmy czynszu przez trzy miesiące, a każdego miesiąca na leki i lekarza wydałam ponad tysiąc złotych. Wyobraźmy sobie sytuację w której dzieci mają zapalenie gardła, oskrzeli lub grypę. Każde bierze do tego leki na alergię. Każde dziecko dostaje syrop na kaszel (np. Herbapect), rozżedzający (Flawamed) wydzieliny, tabletki do ssania (Tantum Verde), antybiotyk (taki Zinad czy jak teraz na ucho Syn bierze Amotax), krople do nosa z antybiotykiem (Dicortinev), oraz obkurczające śluzówkę (Otrivin). Jedno dziecko przez dziesięć dni leczenia zużyje po butelce dwóch syropów, po dwa opakowania tabletek do ssania, po jednym, dwóch opakowaniach antybiotyku, psikadła do nosa, a gdzie jeszcze lek na gorączkę. Dodajmy wizytę lekarza (mamy prywatnego), wizyta z szóstką dzieci w przychodni to totalna porażka nie ma się jednej wizyty w jednym dniu i za każdym razem zabierasz je wszystkie. Teraz każdy lek należy przemnożyć przez 3,4,6,7 czy więcej dzieci. Przecież to są horrendalne kwoty! Darmowe leki ratują budżet każdej rodziny. Nie tylko wielodzietnej. Darmowe podręczniki powinny obowiązywać we wszystkich szkołach, klasach i dla każdego dziecka. To znowu kosmiczny wydatek, który mimo, że jest raz do roku, bolesny jest przez kolejny kwartał. Jakim problemem byłoby kupienie raz, a dobrze książek do szkół? Pewnie tego się nie dowiemy. Jeszcze jedno rozwiązanie. Lekarz rodzinny domowy. Lekarz przychodzący do domu w ramach NFZtu bez spełniania nie wiadomo jakich wytycznych. Wiadomo, że z ciężko chorym i tak jedzie się już do szpitala, a często wzywa karetkę, jednak wyjście z gromadą dzieci niczym wycieczką szkolną do lekarza z grypą jest niemal niemożliwe.

awiola: Dlaczego politycy nie słuchają takich ludzi jak Ty? Czy okładka Twojego dziennika to Twój autorski projekt?

Anna Ignatowska: Z okładką wiąże się bardzo długa historia. Pokrótce, żeby nie przeciągać wywiadu do rozmiarów wywiadu rzeki :D okładkę projektowała moja grupa Znajomych, Fanów Dziennika. Założyłam grupę, w której omawialiśmy każdy szczegół od okładki, przez ilustracje po nazwę książki. Robiliśmy głosowania i wszystko było wspólną zabawą i pracą. Ostateczne pomysły/projekty dyskutowane kolejno podrzucała bardzo utalentowana Koleżanka Dorota. Na sam koniec zatrudniłam profesjonalnego grafika Panią Sylwię, która dysponowała odpowiednimi narzędziami (programami), zebrała do kupy nasze pomysły i projekty, i krok po kroku zmieniała wzory, kolory, aż nam się spodobało na tyle by zostać jako wersja ostateczna. Ostatnim krokiem było głosowanie rodzinne. Ta przeszła największą liczbą głosów. W taki sam sposób wybieraliśmy razem ilustracje i planowaliśmy tytuł. A pomysłów były dziesiątki. To było naprawdę genialne. W końcu Dziennik był i jest Ich, nie mój. Dla Nich pisany, no i dla dzieci taki rodzaj pamiątki i oczywiście ostatecznie jest dla Czytelników, nie dla mnie. Musi być jak się patrzy :)

awiola: Tak, rodzina musiała zaakceptować, to jasne. Czy chciałabyś mieć jeszcze jedno dziecko?

Anna Ignatowska: Ojej ale pytanie! Hmmm cóż mam czasem takie zakusy. Jak mawia część moich Znajomych mam jakiś rodzaj "dzieciopierdolca" ;) Jednak wiek już późny (mam już 38 lat, Mąż skończył 40), dziecko miało by naprawdę starych rodziców, zmęczenie materiału znaczne, a i finanse nie są bez znaczenia. Z drugiej zaś strony uwielbiam dzieciaki… no i Bóg wie co robi dając rodzinie pod opiekę swoje ukochane Stworzenie, zna najlepszy na to czas i miejsce, chciałabym całkowicie Mu się poddać, dać poprowadzić. Zawsze jest taki lęk, gdzieś z "tyłu głowy", że sobie nie dam rady, że to, że śmo. W praktyce rzeczywiście życie zmienia się z każdym dzieckiem, praca i warunki również. Jeśli się chce, dokłada starań, to prawda, że jak Bóg da dziecko to i da NA dziecko. Mieszkanie mamy duże. Hahaha łóżko się zmieści. Pozostawiam to Bożej Opatrzności. Jakkolwiek innym może się to wydać dziwne czy nieodpowiedzialne.

awiola: Przyznam, że zdziwiłaby mnie inna odpowiedź. Czy planujesz za jakiś czas wydać drugi tom swoich wspomnień?

Anna Ignatowska: Cały czas piszę. Jeśli ten okazałby się sukcesem wydawniczym to czemu nie, jestem otwarta. Dzieciakom pomysł bardzo przypadł do gustu, a Czytelnicy dopytują czy będzie ciąg dalszy. Jak sądzisz, czy to dobry pomysł?

awiola: Powiem tak, nie wyobrażam sobie innego scenariusza. Czy w trakcie wychowywania dzieci znajdujesz czas na czytanie książek?

Anna Ignatowska: Nie tyle znajduję, co organizuję. Czytam jak maluchy śpią, wieczorami. Oczywiście nie zawsze jest taki czas. Często padam albo piszę. Mam raczej takie maratony, można by je porównać do czytania na raty. W domu w wielu miejscach są książki, które da się czytać w ten sposób jak np. "Dzienniczek Siostry Faustyny", a to co chciałabym "połknąć" w całości stoi na półce i czeka na "lepszy czas". Następnie robię maraton i tydzień chodzę niewyspana, ale pożeram 45 i czuję się troszkę "zaspokojona". Z lekką nutą niedosytu. Mam spore problemy z pamięcią i przyznaję bez bicia, że po tygodniu od lektury niektóre z fabuł zaczynają mi się mieszać, zacierać by w końcu pokićkać zupełnie. Ostatnio zaczytuję się w literaturze dość lekkiej. Lubię też wywiady. Nieco odcinkowo czytałam ostatnio "Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość" Ks. Jana Kaczkowskiego i Piotra Żyłki, "Rękopis z czyśćca", bez reszty wciągnęła mnie powieść dodana do Gazety "Tajemnica wierzby" nazwiska autorki zupełnie nie pamiętam, wróciłam ponownie do dwóch książek mojej Sąsiadki Katarzyny Michalik Jaworskiej "Pomyślę o tym jutro" i "Blizny", które czytałam gdzieś z pół roku temu i tu moja słaba pamięć działa na moją korzyść, nie pamiętając co i jak czyta się jakby lektura była zupełnie nowa hahaha. Czytam kolejno serie Katarzyny Michalak. Lubię ją mimo jej cukierkowości i przewidywalności. ;) Sięgam po Biblię. Lubię czytać.

Na co dzień czytam wszelakie artykuły w dziennikach (internetowych) nie tylko co na świecie, głoszenie Papieża Franciszka, ale też o wychowaniu i nowości naukowe, i oczywiście przepisy kulinarne. Literaturę związaną z Bogiem i duchowością kocham i zaczytuję się. Każdą książkę o niebie. Czy to "Chłopiec, który wrócił z nieba", czy to "Niebo istnieje naprawdę". A wiecie, że chłopiec, który wrócił z nieba przyznał się do oszustwa? Aż nie chce się wierzyć, po tym jak czytało się napisaną przez jego ojca książkę! Teraz mam pod ręką treści poprzednich rekolekcji Ks. Bashabory zebrane w zwartą książkę i o objawieniach Maryjnych, które najchętniej badałabym osobiście. Jako bądź co bądź dusza dziennikarska.

awiola: Jaką życiową radę podarowałabyś swoim dzieciom wkraczającym w dorosłe życie?

Anna Ignatowska: Ojej, tego by było dużo. Na pewno, że najważniejsza jest miłość. W każdym z możliwych wymiarów i że nią właśnie powinniśmy się kierować, że jesteśmy częścią wielkiego planu, a nasze talenty nie mogą się zmarnować, że każdy dzień w życiu ma wartość, jest cenny. Jest darem. Że to gdzie się znajdujemy, to jakich ludzi spotykamy ma sens, życie ma sens. Żeby nie poddawali się jeśli o coś walczą, ale nie robili tego po trupach. Żeby szanowali siębie i innych, swoje dzieci. Że zawsze warto rozmawiać. Że, człowiek zawsze jest ważniejszy od tego co o nim myślimy, że powinni przebudowywać swoje myślenie, szukać w każdym dobra. I, że rodzina jest bardzo ważna, powinna się wspierać, dawać sobie poczucie bezpieczeństwa, gniazda do którego zawsze można powrócić licząc na pocieszenie i pomoc. No i, że zupa jest ważnym posiłkiem, zwłaszcza jedzona razem przy jednym stole. I chyba najważniejsze, żeby zawsze trzymali się Boga, prosili o wiarę i każdego dnia nawracali się na nowo i na nowo. Ta praca duchowa jest bardzo ważna. Chciałabym, żeby żyli z radością. Sama muszę się tego wciąż nauczyć.

awiola: Co powiedziałabyś rodzicom, którzy właśnie dowiedzieli się, że będą mieli bliźniaki?

Anna Ignatowska: Hahah, że to jedno z najwspanialszych przeżyć w życiu, wielki dar, wielkie zadanie i ciężka praca, w którą włożony trud procentuje i jak najbardziej się opłaca. Jest to naprawdę "podwójne szczęście"! Powiedziałabym, że mimo tego trudu dadzą sobie radę! I, że bliźnięta da się wykarmić piersią, a jeśli się nie da, to świat się nie zawali zawsze dadzą sobie radę! No i nie mieszkamy na pustyni, zawsze znajdzie się ktoś życzliwy, który poda dłoń lub poklepie po ramieniu, gdy będą "padać na pysk". ;) Powiedziałabym "uszy do góry, to tylko bliźniaki!" Podwójny uśmiech, śpiew, uściski i pocałunki, wzruszenia i laurki. Jazda bez trzymanki dająca kupę radochy.

awiola: Co na koniec chciałabyś przekazać czytelnikom mojej strony?

Anna Ignatowska: I to jest chyba najtrudniejsze pytanie. Strona jest świetna i to już wiedzą. Podobno książka też, co Sama już napisałaś. :) Naprawdę nie wiem. Może… Życzę Państwu naprawdę przyjemnej lektury i dużo śmiechu, "bo śmiech to zdrowie", a "zdrowie [podobno] jest najważniejsze"! Dziękuję za uwagę i przebrnięcie przez tak długi wywiad :) :) :) Pozdrawiam serdecznie :)




Chyba nie mam więcej nic do dodania. Anna jest po prostu boska! Wraz z autorką mamy dla Was trzy egzemplarze jej dziennika. Wypatrujcie zatem już niebawem konkursu!


22 komentarze:

  1. rozumiem, a moze masz jakas ksiazke z bajkami bez dedykacji:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy wywiad! :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pani Ania wydaje się bardzo wesołą i otwartą osobą! Podziwiam za to, że mając szóstkę dzieci znajduje czas na inne zajęcia. Z drugiej strony patrząc, przychodzi mi na myśl tylko jedna rzecz "Jak się tylko chce to można wszystko", a duża rodzina czy wiele pracy i obowiązków to tylko wymówki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo interesujący wywiad :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też bardzo lubię powieści Katarzyny Michalak. Wywiad przeczytałam z przyjemnością. Sama mam siostrę bliźniaczkę, rodzice mieli po 38 lat, więc nie ma rzeczy niemożliwych, a bez Pauliny nie wyobrażam sobie życia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo wesoła, rozgadana i pozytywnie zakręcona kobieta!

    OdpowiedzUsuń
  7. wow, szóstka dzieci, to dopiero wyzwanie

    OdpowiedzUsuń
  8. to ja juz nie mam wytłumaczenia mam tylko 2 i nie mam czasu czytac ......hmmm

    OdpowiedzUsuń
  9. Szóstka dzieci, chylę czoła... :) A ja mam jedno i narzekam na notoryczny brak czasu? Aż mi wstyd :) Po książkę chętnie sięgnę! Świetny wywiad Wiolu, jak zawsze :) A i przed Tobą chylę czoła, kiedy Ty na to wszystko znajdujesz czas... podziwiam Twoją systematyczność, ogromną pracę i wkład, aż miło tu zaglądać :) Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo ciekawy artykuł. Uśmiechnęłam się czytając, że 38 lat to już tyle. Ja mam niewiele mniej i dopiero myślę o tym....

    W sprawie kosztów na dzieci to zgadzam się z panią Ignatowską: pomoc rodzicom ma być realna i obejmować wszystkie dzieci, czyli tańsze pieluchy, bezpłatne podręczniki, refundowane przedszkola. Ja jeszcze pamiętam te podręczniki, które dostawaliśmy ze szkoły. A co się okazało z Elementarzami? Że dzieci porwały. A porwały, bo przez dziecięciolecie kazano im pisać długopisem po podręcznikach. To się tak nauczyły.
    Kusi się ludzi zasiłkami. Ale nie może być tak, że rodzic, który zarabia na swoje dzieci będzie traktowany gorzej. A tak się w Polsce dzieje.
    To jest mentalność Janosika.
    Trzeba tanich sklepów z ubrankami, z pieluchami, refundowanych przedszkoli. To jest realna pomoc.
    Pozdrawiam wszystkich rodziców.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ciekawy wywiad, w którym wiele prawdy.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem pod wrażeniem jak pani Anna radzi sobie ze wszystkim, organizuje czas itd. Podziwiam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Pani Ania przekazała tak wiele informacji. Świetny wywiad :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Świetna rozmowa. Jestem pod wrażeniem organizacji autorki:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie słyszałam wcześniej o Multimamie :) wywiad świetny i pani mama też wydaje się być cudowną kobietą :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Super wywiad! Ogromny szacunek dla matki 6-stki dzieci za taką organizację :D
    http://loveecosmetics.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  17. Świetny wywiad.

    Pozdrawiam:*
    http://klaudiaczytarecenzuje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  18. Podziwiam za organizację, szóstka dzieci - kurcze :)

    OdpowiedzUsuń
  19. No masz, faktycznie szóstka dzieci i jeszcze mieć czas na co innego... ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Świetna rozmowa. Ps. przypomniał mi się cykl, nie pamiętam na którym kanale o wielodzietnych rodzinach: Justyna Steczkowska (jakby nie było, znawczyni tematu :)) jeździła w odwiedziny i rozmawiała o życiu, organizacji itepe. Bardzo był fajny, polecam.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję wszystkim za ślad, który tutaj zostawiacie :)