piątek, 27 kwietnia 2012

Krystyna Siesicka – "Zapałka na zakręcie"



„Są jeszcze na świecie dziewczęta, które staną jak wryte przed nie istniejącą zapałką, trzeba tylko znaleźć zakręt i zawołać magiczne zdanko!”



Chyba zauważyliście, że ostatnio powracam do starych książek. I tak jak pisałam we wcześniejszym poście, znalazłam „Zapałkę na zakręcie”, pierwszą książkę Siesickiej, dzięki której rozpoczęła się moja przygoda z autorką. Książka powstała w 1966 r., a więc miało ją w rękach niejedno pokolenie polskich czytelników. Wiele dziewcząt wychowało się na tej powieści. Kiedyś była lekturą w szkole podstawowej. Czy jest nią nadal, wzruszając i bawiąc kolejne pokolenie nastolatków? Tego nie wiem. Nie jestem na czasie.

Głównych bohaterów książki poznajemy w turystycznej miejscowości Osada. Mada z siostrą Alką i swoją matką przyjeżdżają tam, jak co roku na wakacje. Tutaj właśnie bohaterka poznaje Marcina, który przyjechał również z matką na letni odpoczynek. Marcin jest nieufnym i skrytym chłopakiem, otacza go aura tajemnicy z przeszłości. Mada wie jedynie tyle, że nie został dopuszczony do matury i będzie powtarzał rok. Młodzi zakochują się w sobie, mimo braku zaufania. Po powrocie z wakacji, bohaterowie spotykają się w Warszawie, tam ich miłość odżywa na nowo. Jedynie tajemnica Marcina jest w stanie wprowadzić rysę na idealnym uczuciu jakie ich łączy.

„Zapałka na zakręcie” jak większość książek autorki, opowiada historię pierwszej miłości ludzi dopiero co wchodzących w dorosłość. Świetnie wykreowani bohaterowie oddają klimat całej powieści. Książka jest idealnym prezentem dla młodzieży, gdyż wymusza przemyślenie pewnych spraw i wartości jakimi kierujemy się w życiu. Nie oznacza to, że osoba dorosła nie powinna do niej zaglądać. Wręcz przeciwnie. Ja, za każdym razem czytając tę książkę, odkrywam w niej coś nowego, jakąś nową myśl. I to jest właśnie jej magia i czar.

Mało osób wiem, że kontynuacją „Zapałki….” są książki „Pejzaż sentymentalny” (1999 r.) oraz „Zatrzymaj echo” (2009 r.) Nie czytałam ich ale z pewnością do nich zajrzę. Jestem bardzo ciekawa jak potoczyły się dalsze losy bohaterów.
W 1985 r. powstał dwuodcinkowy serial na podstawie książki Siesickiej pt. „Żuraw i czapla”. Serial, bo tak został nazwany trwa 1 h i 46 minut i podzielony jest na dwie części. Rolę Kasi (odwzorowanie Mady z książki) zagrała Katarzyna Chrzanowska, znana obecnie z roli Ewy w telenoweli „Adam i Ewa”, emitowanej ponad dziesięć lat temu. Rola Kasi to był jej debiut na małym ekranie. Marcina zagrał natomiast Dariusz Domarecki. Fabuła serialu jest praktycznie odwzorowaniem książki, pomijając kilka szczegółów. Musze zaznaczyć, że ścieżka dźwiękowa jest rewelacyjna. Znajdziemy w filmie utwory Stanisława Sojki, Urszuli Sipińskiej jak również w początkowej scenie Piotra Fronczewskiego recytującego wiersz „Żuraw i czapla” Jana Brzechwy. Klimat lat 80’ w serialu jest idealnie wyeksponowany. Niecałe dwie godziny filmu ogląda się z przyjemnością. Bardzo, bardzo gorąco polecam.

„Czy to w ogóle była miłość? Chyba tak. Chyba w żadnym innym uczuciu ludzie nie mijają się tak często jak w tym. W gęstwinie słów, gestów, spojrzeń najtrudniej odnaleźć te, które są potrzebne.”


Krystyna Siesicka

wtorek, 24 kwietnia 2012

Sarah Jio – "Marcowe fiołki"



„Wszystko mogło się jeszcze ułożyć, lecz nie mogliśmy się zgrać w czasie. Nigdy nie mogliśmy się zgrać w czasie.”



Sarah Jio - pisarka oraz dziennikarka. Tworzy artykuły dla magazynów o tematyce zdrowotnej. Jest autorką setek tekstów dotyczących zdrowego żywienia, diet czy odchudzania. Zdziwiło mnie to trochę, gdyż jej książki to całkowicie inna tematyka. Autorka jest też znaną blogerką. Obecnie mieszka w Seattle z mężem oraz trzema synkami.

Emily – bohaterka powieści, nazywana jest pisarką, chociaż jej twórczość to zaledwie jedna wydana książka, która stała się bestsellerem. Bohaterka znajduje się na zakręcie życiowym. Jej kariera pisarska jest na skraju upadku, mąż odchodzi od niej do innej kobiety. Emily postanawia więc wyjechać na miesiąc do dawno nieodwiedzanej ciotki Bee, zamieszkującej uroczą wyspę Bainbridge u brzegów Seattle. W starym domu pełnym historii, w jednym z pokoi niespodziewanie odnajduje pamiętnik w czerwonej oprawie z 1943 r. Dzięki niemu poznaje historię niespełnionej i tragicznej miłości Esther i Elliota, która jak się później okaże będzie miała wielki wpływ na Emily i całą jej rodzinę. Nagle wszystkie elementy układanki zaczną się układać w logiczną całość. Emily spojrzy na swoje życie w zupełnie innym świetle. Pojawi się też tajemniczy mężczyzna, który zawładnie sercem bohaterki, również związany z tragiczną historią sprzed lat.

„Marcowe fiołki” to opowieść przede wszystkim o miłości, która była tragiczna w swoich skutkach i która nawet po sześćdziesięciu latach wpływa na ludzi zamieszkujących wyspę. Połknęłam tę książkę w jeden dzień. Po prostu nie mogłam się od niej oderwać. Fabułą jest tak skonstruowana, że czytelnik nie może się doczekać ciągu dalszego na kolejnych stronach. Autorka znakomicie odzwierciedliła klimat małej wyspy i jej mieszkańców. Postacie, chociażby ciotka Bee – ekstrawagancka starsza pani, która skrywała wielką tajemnicę przez tyle lat czy Jack – tajemniczy artysta, są świetnie wyeksponowane. Dodają kolorytu całej historii. Każda postać czymś się wyróżnia, dzięki temu nie trzeba wracać do wcześniejszych kartek by sprawdzić kto jest kim. I oczywiście cała historia, tak nieprawdopodobna, że aż prawdziwa. Zakończenie zaskakuje i to bardzo.

Powieść „Marcowe fiołki” została uhonorowana nagrodą „Library’s Journal” za najlepszą książkę 2011 r. Sama Jodie Picoult powiedziała: „Co powstanie, gdy połączysz historię miłosną i tajemnicę z przeszłości? Marcowe fiołki, pełna niespodzianek opowieść o tym, że przeszłość zawsze do nas wraca”.

Czy mam was więcej zachęcać?



Sarah Jio

sobota, 21 kwietnia 2012

Luiza Kochańska – "Meksykański romans"



„Cały czas w drodze gdzieś, po coś. Na zakupach, po zakupach, przed zakupami. Przed kinem, w kinie, po kinie. U kosmetyczki, po kosmetyczce. Śniadanie w locie, obiad w biegu, kolacja na stojąco.”



Na temat autorki nie znalazłam żadnej informacji. To samo dotyczy zdjęcia. Luizy Kochańskiej po prostu nie ma w sieci, czym jestem szczerze zdziwiona. Może wy coś wiecie na jej temat?

„Meksykański romans” kupiłam za bardzo śmieszną kwotę na wyprzedaży. Cieniutka książeczka w formacie kieszonkowym.

Jest to opowieść o trzydziestoletniej bezrobotnej aktorce – Tamarze oraz jej pięćdziesięcioletniej zwolnionej z fabryki chipsów matce – Krystynie. Obydwie kobiety znalazły się na zakręcie życiowym. Córka porzucona przez faceta, matka zdradzona przez męża. Wydaje się, że pech nie opuszcza bohaterek aż tu nagle wygrany los w chipsach, odmienia ich życie. Tamara i Krystyna wyruszają na wycieczkę do Meksyku. Nie spodziewają się, że czeka tam na nie niebezpieczeństwo i duże ryzyko ale również miłość.

Cóż ja mogę o tej książce powiedzieć. Przeczytałam ją w ciągu godziny, i z każdą stroną moje rozczarowanie było większe. Autorka koniecznie chciała aby książka była zabawna. Moim zdaniem przedobrzyła. Akcje toczyła się bardzo szybko, a niespodziewane zbiegi okoliczności, które spotykały bohaterki były mocno przesadzone. Finał tej historii, kompletnie nie trzyma się całości.

Podsumowując nie polecam, moim zdaniem to stracona godzina. A myślałam, że trafiłam na dobrą, babską literaturę w polskim wydaniu.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Nicholas Shakespeare – "Tajemnice morza"



„Przez pierwsze czterdzieści lat człowiek usiłuje uciec od dzieciństwa, przez następne czterdzieści stara się do niego wrócić. Dorastamy tylko po to, żeby znowu stać się dziećmi.”




Nicholas Shakespeare brytyjski dziennikarz i pisarz. Autor kliku książek, dotychczas mi nie znanych. Pracował jako dziennikarz BBC. Pisarz otrzymał kilka prestiżowych nagród literackich.

Małe miasteczko Wellington Point w Tasmanii, to właśnie tutaj rozgrywa się akcja powieści „Tajemnice morza”. Po latach nieobecności powraca do niego Aleks. Wyjechał po śmierci rodziców do Londynu, tam też skończył studia. Aleks powraca do rodzinnych stron aby uporządkować sprawy majątkowe. Podczas pobytu poznaje dziewczynę Merridy, w której się zakochuje. Bohater zmienia swoje plany powrotu do Anglii. Udaje mu się zdobyć ukochaną. Młodzi biorą ślub i zamieszkują na farmie Aleksa, odziedziczonej po jego rodzicach. Bezskutecznie starają się o dziecko, co powoduje coraz większe napięcia między nimi. Ocalenie rozbitka ze statku – nastoletniego Kisha, wprowadza zamęt w ich małżeństwie ale również nadzieję na jego ocalenie. Niespodziewana ciąża Merridy może rozdzielić bohaterów bądź zespolić ich ze sobą jeszcze bardziej.

Powieść obejmuje kilkanaście lat życia Aleksa i Merridy. Nie znajdziemy w niej dynamicznej akcji, wielkich porywów miłości czy łatwo przewidywalnych bohaterów. Wręcz przeciwnie. Fabuła jest tak skonstruowana aby powoli dawkować czytelnikowi wrażenia. Miłość Aleksa i Merridy daleka jest od ideału. Wręcz odbiega od niego w znacznym stopniu. Niemożność posiadania dziecka powoduje u Merridy skłonność do karygodnych czynów jakimi są na przykład zdrada męża i ukrywanie prawdy.

Muszę się wam przyznać, że Merridy to postać, która absolutnie nie przypadła mi do gustu. Nie potrafiła docenić miłości męża, który oddał jej cały swój świat. Aleksa za to było mi po prostu żal. Ale czułam też podziw dla jego osoby. Potrafił wybaczyć. Nie każdego na to stać.

Warto zwrócić uwagę na otoczenie tej historii. Między innymi na malownicze widoki nadmorskiej farmy. Czytelnik poznaje przede wszystkim codzienne życie farmerów w Tasmanii. Powieść uwidacznia specyficzny klimat dla tego zakątka. To na pewno pozytywne strony książki.

Mimo dobrze oddanego klimatu mało znanego zakątka w Australii dla polskich czytelników, mnie ta pozycja nie zachwyciła. Nie rozumiałam kompletnie głównej bohaterki i motywów jej zachowań. Może dlatego w odbiorze książka jest dla mnie zbyt rozwlekła i po prostu nudna. Polecam jedynie dla osób, które lubią niezrozumiałe i skomplikowane historie miłosne z malowniczą scenerią w tle.

Nicholas Shakespeare


Recenzja tygodnia (27.08.2012 r. - 2.09.2012 r.) na portalu

wtorek, 17 kwietnia 2012

Richard Paul Evans – "Szukając Noel"



„Zwykle, zanim życie wręczy nam swoje najwspanialsze prezenty, owija je starannie w największe przeciwności losu."



Richard Paul Evans to znany amerykański pisarz, którego każda wydana książka staje się bestsellerem na liście New York Timesa. Zanim został tak popularnym pisarzem, pracował jako dyrektor reklamy i publicysta. Autor obecnie mieszka w Salt Lake City z żoną i dziećmi.

Czytałam na waszych blogach same dobre recenzje książek tego autora, więc postanowiłam nie być w tyle i zapoznać się z jego twórczością. Poza tym zachęciła mnie okładka książki, jak się okazało zapowiedź ciekawej i wzruszającej lektury.

Marka, głównego bohatera powieści i zarazem narratora poznajemy w chwili, gdy postanawia popełnić samobójstwo. Chłopak wyjechał z rodzinnego domu na studia. Była to jego swoista ucieczka przed ojcem. Niestety nie powiodło mu się. Uczelnia zabrała mu stypendium, dzięki któremu mógł studiować, rzuciła go narzeczona, a do tego klika dni wcześniej zginęła w wypadku jego matka, najbliższa mu osoba. Bohater stwierdza więc, że nie ma po co żyć. Popsucie samochodu powoduje, że udaje się do pobliskiej kawiarni aby skorzystać z telefonu. Tam właśnie poznaje Macy – dziewczynę, która przeżyła koszmar w dzieciństwie. Została oddana do adopcji, gdzie rozdzielono ją z siostrą, której nawet nie pamięta imienia. Przez wiele lat w rodzinie zastępczej była bita i poniżana. Życie Marka w porównaniu do jej życia była usłane różami. Spotkanie ze sobą bohaterów spowoduje, że życie ich obojga zostanie ocalone.

Książka jest napisana lekkim językiem, bez zbędnych ozdobników i wymuszonej treści. Bohaterowie są zwykłymi ludźmi, którzy odnaleźli sens życia spotykając się na tej samej drodze. Ich historie są bardzo wzruszające, na pewno pobudzają emocjonalnie. Polubiłam Marka i Macy, byłam bardzo ciekawa jak zakończy się ich historia. Czy macy odnajdzie utraconą siostrę?

Opowieść przedstawiona przez autora bardzo mnie wzruszyła, co rzadko występuje, gdy czytam jakąkolwiek książkę. Nie jest to na pewno jakieś wybitne dzieło ale bardzo dobre czytadło dla każdego. Można ją przeczytać w jeden wieczór. Zakończenie jest bardzo budujące, daje nadzieję na lepsze jutro. Tak więc nie zawiodłam się na autorze. Na pewno zajrzę do jego kolejnych książek. Polecam z całego serca.

„Miłość jest jak róża: wszyscy skupiają się na jej kwiecie, ale to kolczasta łodyga utrzymuje ja przy życiu.”

Tak na marginesie Macy uwielbiała gorącą czekoladę, ją również…


Richard Paul Evans

niedziela, 15 kwietnia 2012

Krystyna Siesicka – "Chwileczkę, Walerio…"



„Coraz częściej łapie się na tym, że czas mija, a ja wielu rzeczy nie zrobiłam. Odkładałam. Myślałam, zawsze, że zdążę, że jeszcze tyle przede mną, aż tu nagle bach! Za późno.”



Poszłam za ciosem i stwierdziłam, że co jakiś czas będę powracać do moich starych pisarzy z okresu dojrzewania. Udało mi się odnaleźć drugą książkę Siesickiej jaką posiadam, co biorąc pod uwagę moją przeprowadzkę i mnóstwo pudeł, jest nie lada wyczynem.

„Chwileczkę, Walerio…” to pozycja nietypowa, nie dająca się objąć w żadne ramy czy schematy. Narratorem jest sama autorka, która przyjeżdża w góry aby napisać książkę. Niespodziewanie pojawia się postać Walerii. Postać wymyślona do książki ale równocześnie jakby prawdziwa. Waleria towarzyszy pisarce, jednocześnie wplatając swoją historię. Historię, która nie jest wesoła, a dotyczy brata Aleksandra - narkomana, który uciekł z domu. W tle pojawia się również pierwsza miłość.

To co na pewno zwraca uwagę, to kartki Walerii, znajdujące się na końcu każdego z rozdziałów. Znajdują się w nich jej ulubione wiersze, wypowiedzi ale również kartka przeznaczona dla czytelnika, w której postawione są pytanie i wolne miejsce na odpowiedź. To z pewnością bardzo oryginalny pomysł.

Tak do końca sama nie wiem, czy Waleria była tylko wytworem wyobraźni czy istniała naprawdę. Skłaniam się jednak ku pierwszej możliwości. W 1993 r. pozycja ta otrzymała nagrodę IBBY za książkę roku. Ciekawią mnie dalsze losy bohaterki, które można przeczytać w powieści "Wróć, Aleksandrze". Na pewno przeczytam w przyszłości.

Udało mi się także odnaleźć „Zapałkę na zakręcie”. Niedługo i o tej książce napiszę parę zdań.

Krystyna Siesicka

czwartek, 12 kwietnia 2012

Veronika Peters – "Co się mieści w dwóch walizkach"



„Dwie trzecie przyjaciół, jedna trzecia wrogów, można z tym żyć, chociaż trochę szkoda.”



Veronika Peters w 2007 r. zadebiutowała powieścią autobiograficzną „Co się mieści w dwóch walizkach”. Książka ta była wówczas szeroko komentowana w Niemczech i znalazła się na liście bestsellerów literatury faktu. Autorka zanim wstąpiła do klasztoru była nauczycielką trudnej młodzieży. Po sukcesie debiutu napisała jeszcze dwie książki.

Veronika w wieku 21 lat, zostawiając pracę, mieszkanie i przyjaciół, wstępuję do zakonu Benedektynek. Jej decyzja nie jest podyktowana nagłym impulsem czy jakimś nadzwyczaj przykrym zdarzeniem, powodującym chęć odizolowania się od świata zewnętrznego. Przez dwa lata przed wstąpieniem do klasztoru, autorka odwiedza siostry zakonne, podświadomie dojrzewając do tej decyzji. Przyjaciele kompletnie nie rozumieją tego kroku. Co może skłonić młodą, śliczną, wchodzącą w życie dziewczynę do takiej ostateczności.

Bohaterka spędza w klasztorze 11 długich lat. Jest to okres, który dzieli się na pewne etapy. Najpierw jako nowicjuszka, musi udowodnić pozostałym siostrom, że nadaje się do życie we wspólnocie oraz, że chce budować tą społeczność. Nie jest to łatwe zadanie. Następnie, po okresie próby i złożeniu przysięgi zaczyna się nowy etap bycia pełnoprawną Benedyktynką. I następujące po sobie studia teologiczne i praca w księgarni przyklasztornej. I ten trzeci, moim zdaniem kluczowy etap w jej historii, porzucenie sióstr i powrót do świata zwykłych ludzi.

Do tej pory nie wiem co tak naprawdę kierowało autorką do zostania zakonnicą. Na pewno nie była to wiara. Raczej chęć udowodnienia sobie swojej wytrzymałości i silnej woli oraz zrobienie na złość ludziom, którzy ją otaczali. Czemu – tego nie wiem. A chyba nie to powinno być motywem wstąpienia do klasztoru. Poza tym nie podobało mi się jej odejście ze wspólnoty, bardzo tchórzliwe i niegodne. Podsumowując bohaterka była mi bardzo daleka, kompletnie nie rozumiałam jej motywów działania.

Język książki jest elastyczny, czyta się ja w miarę szybko. Na pewno dużym pozytywem jest przedstawienie codziennego życia w takim klasztorze. Ludzkie twarze sióstr zakonnych, z wadami i ułomnościami. W głównej mierze autorka obaliła stereotyp zakonnicy. Co mnie osobiście zdziwiło to duża rywalizacja między nimi w miejscu, gdzie najmniej bym się tego spodziewała. Na końcu książki można również znaleźć indeks wyrazów związanych z życiem w zakonie dla zainteresowanych. Większość terminów jest mi kompletnie obca.

W tym dziele nie znajdziemy pikantnych szczegółów z życia zakonnic, żadnych skandali i tym podobnych. Jest to raczej historia dziewczyny, która próbuje odnaleźć się w życiu, a środkiem do tego celu jest właśnie klasztor Benedyktynek.

Historia Veroniki mnie nie zachwyciła, może dlatego, że nie polubiłam samej autorki. Zabrakło mi w niej szczerości i ukazania tych prawdziwych motywów podjętej decyzji. Poza tym bohaterka nie znosiła pracy z książkami, a tego nie jestem w stanie zrozumieć. Polecam jedynie dla osób, które lubią takie życiowe historie, niekoniecznie docierające do sedna problemu.



Recenzja tygodnia (23.05.2016 r. - 29.05.2016 r.) na portalu

Veronika Peters

wtorek, 10 kwietnia 2012

Krystyna Siesicka – "Jezioro Osobliwości"



„Jezioro Osobliwości… Bo wszystko nad nim i w nim jest bardzo dziwne. Jakiś krajobraz wręcz bajkowy dokoła, a na dnie cała masa osobliwych rzeczy.”



Krystyna Siesicka, pisarka książek dla młodzieży, na których wychowało się kilka pokoleń nastolatków w Polsce. Autorka w drugiej połowie lat 60, wydała „Zapałkę na zakręcie” i dzięki tej powieści, stała się popularna. Jej książki w PRL-u biły rekordy popularności, do dzisiaj są klasyką polskiej literatury młodzieżowej. Pamiętam jak sama zaczytywałam się w jej książkach. Przez długi okres czasu nie zdawałam sobie sprawy, że Siesicka według IPN w okresie 1974-1989 współpracowała z SB pod pseudonimem „Krysta”. Analogiczna sytuacja przedstawia się ze Zbigniewem Nienackim, moim kolejnym pisarskim idolem z okresu dojrzewania. Nie wiem jak u was, ale jeśli chodzi o mnie, to nie ma to większego znaczenia, że pisarka była agentem SB. Zresztą raporty, które składała były bardzo ogólnikowe, więc to przemawia na jej korzyść w pewnym stopniu. Mam tak wielki sentyment do jej twórczości, że nawet taka informacja nie jest w stanie mnie zniechęcić do jej książek. A co wy sądzicie na ten temat? Jestem ciekawa waszych opinii.

„Jezioro osobliwości” powstało w 1966 r. Jest to książka ponadczasowa, ukazująca dwa przenikające się światy – młodych, wchodzących w dorosłość ludzi ze światem rodziców. Marta, mieszkająca w ciasnym mieszkaniu w bloku z matką Anną, dowiaduje się o jej nowym partnerze i przyszłym mężu - Wiktorze. Michał, syn Wiktora, poznaje Martę, zanim ta dowiaduje się o planowanych zmianach w jej życiu. Między bohaterami zaczyna się rodzić pierwsza, młodzieńcza miłość. Na jej drodze staje kolega Michała – zamożny Patryk oraz problemy związane z nową sytuacją w domu. I to właśnie nad Jeziorem Osobliwości, wydarza się tragedia, która jest skutkiem wszystkich negatywnych emocji drzemiących w bohaterach. Zakończenie tak naprawdę każdy czytelnik może sobie dopisać sam.

Tak jak pisałam wyżej, książka porusza ponadczasowe problemy. Może dotyczyć zarówno dzisiejszych nastolatków jak i tych sprzed czterdziestu lat. W życiu zawsze ważna będzie pierwsza miłość i uczucia z nią związane. Często porównuje Krystynę Siesicką z Małgorzatą Musierowicz, dwiema moim zdaniem najlepszymi pisarkami literatury dla młodzieży. I mogę powiedzieć jedno, ich książki czyta się bez względu na wiek. Uważam, że nie ma tutaj żadnych ograniczeń. Zawsze będą zawierały jakąś prawdę dla nas.

Znalazłam ciekawy cytat autorki dotyczący tej książki: "...kiedy pisałam »Jezioro Osobliwości«, nie przypuszczałam, że ta książka stanie się aż tak popularna. A już na pewno kończąc ją, nie sądziłam, że Marta i Michał będą do mnie wracać. Przeciwnie, byłam pewna, że po ostatniej kropce rozstanę się z nimi na zawsze. A jednak do dziś myślę o moich bohaterach z zadumą, zwłaszcza kiedy odpowiadam na Wasze - jakże często! - zadawane mi pytania: - I co się z nimi później stało...?"

W 1972 r. w reżyserii Jana Batorego, powstał 97 minutowy film „Jezioro Osobliwości”. Martę zagrała myślę, że mało znana obecnie aktorka – Maria Kowalik, natomiast Michała Soroko - Mirosław Konarowski. Z przyjemnością obejrzałam adaptację powieści Siesickiej, wraz z mamą, która pamięta te czasy, gdy film miał swoją premierę. Nie jest to do końca wierna adaptacja książki. Pewne wątki różnią się, niektóre w ogóle pominięto. Najbardziej zaskoczyło mnie pominięcie w filmie finalnego wątku nad Jeziorem Osobliwości. Zmieniło to trochę mój odbiór ale mimo wszystko film jest godny polecenia. Teraz to już klasyka.

P.S. A już niedługo recenzja książki Krystyny Siesickiej „Chwileczkę Walerio..”. Co jakiś czas będę wracać do moich ulubionych pisarzy sprzed lat.


Krystyna Siesicka


Recenzja tygodnia (23.12.2013 r. - 29.12.2013 r.) na portalu
http://www.parkliteracki.pl

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Spóźnione życzenia

Kochani,ponieważ nie mam talentów do składania życzeń i do tego byłam tak zajęta od piątku, że nie miałam kiedy życzyć wam Wesołego Alleluja (dopiero teraz udało mi się usiąść do komputera) pozwolę sobie przytoczyć wam krótki wierszyk z okazji dzisiejszego dnia:


Śmigus Dyngus!
Na uciechę z kubła wodę lej ze śmiechem!
Jak nie z kubła, to ze dzbana,
Śmigus Dyngus dziś od rana.
Staropolski to obyczaj,
żebyś wiedział i nie krzyczał,
gdy w Wielkanoc, w drugie święto,
będziesz kurtkę miał zmokniętą


I tego właśnie wam życzę mimo tego, że pogoda nam nie sprzyja. Jak tradycja to tradycja ;-)

piątek, 6 kwietnia 2012

James Patterson, Howard Roughan – "Rejs"




“Jak to jest, że im więcej kłód rzuca nam los pod nogi, tym silniejsi się stajemy?”





Odkąd przeczytałam powieść Jamesa Pattersona pt. „Kolekcjoner”, autor stał się moim ulubionym amerykańskim twórcą thrillerów opatrzonych nutką powieści kryminalnej. Dotychczas jednak nie zdawałam sobie sprawy, że Patterson jest najlepiej opłacanym pisarzem świata. Sprzedał więcej książek niż Grisham, King, Dan Brown i Stieg Larsson razem wzięci. Autor jest świetnym promotorem swojej marki, mimo miażdżących opinii krytyków dotyczących jego książek. Nie przejmuje się jednak tym zbytnio i twierdzi : „Moje książki mogą się nie podobać setkom ludzi, ale miliony je kochają”.

„Rejs” został napisany przy współudziale z pisarzem thrillerów Howardem Roughanem, z którym do tej pory nie miałam do czynienia. Tak na nawiasie Patterson na stałe zatrudnia kilku współautorów swoich książek, którzy zobowiązani są przestrzegać klauzuli poufności. To ewenement na skalę światową.

Wracając do książki. Katherine wraz z trójką dzieci, postanawia wyruszyć długi rejs po Atlantyku, żeby odbudować więzi rodzinne. Bohaterka nie ma dobrych relacji z dziećmi odkąd w wypadku na łodzi zginął jej mąż, a ona wyszła powtórnie za mąż za znanego prawnika - Petera Carlylea. Szesnastoletni Mark nadużywa narkotyków, osiemnastoletnia Carrie leczy się na bulimię. Jedynie jej młodszy syn Ernie, mimo nadwagi, zdaje się być najbardziej związany z matką. Wraz z Katherine i jej dziećmi na rejs wyrusza również brat tragicznie zmarłego męża bohaterki Jake – doświadczony żeglarz. Wydaje się, że rejs będzie świetnym pretekstem do zespolenia rozpadającej się rodziny. Bohaterowie nie przypuszczają jednak, że obecny mąż Katherine, ma nadzieję, że rodzina nie wróci z wycieczki. Zrobi więc wszystko by zrealizować swój diabelski plan.

Książkę czyta się jednym tchem. Krótkie rozdziały, tak charakterystyczne dla twórczości Pattersona, są świetnym rozwiązaniem. Postacie są bardzo wyraziste, nie pozbawione wad i ludzkich ułomności. Dlatego też są takie realistyczne. W książce znajdziemy tajemnicę, zdradę, intrygę, śmierć i zaskakujące zakończenie.

Ja czytając kolejne strony, nie mogłam doczekać się następnej. Poza tym, rozmarzyłam się na temat takiego rejsu po oceanie. To musi być niesamowita przygoda. Myślę, że książka stanowi idealne podłoże do scenariusza filmowego. Świetny thriller, polecam fanom tego gatunku.


James Patterson


Howard Roughan

środa, 4 kwietnia 2012

Hanna Ożogowska – "Chłopak na opak"



„Niektóre rzeczy zaczynają się zupełnie zwyczajnie, a kończą tak, że coś okropnego. Nikt by nawet nie przypuszczał, bo jakby przypuszczał, toby zupełnie inaczej zrobił.”




Hanna Ożogowska należy do najpopularniejszych pisarek książek dla dzieci i młodzieży. Z pewnością starszym czytelnikom jest znana z takich powieści jak ”Za minutę pierwsza miłość" czy "Dziewczyna i chłopak, czyli heca na czternaście fajerek". Ja doskonale pamiętam te książki, są symbolem mojego dzieciństwa. Pamiętam jak z wypiekami na twarzy śledziłam losy tych wszystkich literackich bohaterów. To był właśnie mój smak dorastania. Ale wracając do meritum bo trochę odbiegłam od tematu.

Tytułowy „Chłopak na opak” to dziewięcioletni Jacek Czarnecki, który uważa się za osobę mającą dużego pecha. Bohater urodził się czternastego, a to przecież blisko trzynastego, co oznacza naprawdę wielkie nieszczęścia. Pecha, który nie odstępuje Jacka w szkole, w domu, na podwórku czy nawet na koloniach. Dziewięciolatek ma głowę zawsze pełną pomysłów, które niekoniecznie się sprawdzają w praktyce. Chociażby odcedzanie rakietą tenisową makaronu czy liczenie igieł u jeża.

Jacek to bardzo zabawna postać. To prawdziwy chłopak na opak, impulsywny, który nie przemyśla swoich pomysłów i skutków z nimi związanych, przekraczających wszelkie granice wyobraźni.

Książka napisana jest w zabawnym stylu, wszyscy bohaterowie wzbudzają sympatię od rodziców po panią wychowawczynię. Zauważyć można realia życia w PRL-owskiej Polsce ale to w żaden sposób nie umniejsza jej wartości edukacyjnej.
Przez większość czasu spędzonego z Jackiem, miałam uśmiech na twarzy, a wielu momentach wręcz uśmiałam się po pachy. Jego niektóre pomysły były po prostu genialne, a ich skutki bardzo nieprzewidywalne i zabawne.

Mimo, że jest to książka przeznaczona w głównej mierze dla dzieci i młodzieży, to polecam ją wszystkim, dorosłym czytelnikom również. Ja sięgnęłam do niej głównie z sentymentu. I nie zawiodłam się, gdyż jest to książka ponadczasowa. Polecam.



Hanna Ożogowska

niedziela, 1 kwietnia 2012

Victoria Holt – "Dom Menfreyów"



„(…) szczęście nie jest nagrodą czekającą na wierzchołku góry i gdy tylko zdobędziesz szczyt, staje się twoje na zawsze. Zatrzymać je jest równie trudno, jak zdobyć.”



Victoria Holt to jeden z pseudonimów Eleanor Alice Burford, angielskiej pisarki zmarłej w 1993 r. Autorka napisała ponad 200 powieści historycznych, natomiast pod tym pseudonimem z jej ręki wyszły 33 pozycje. Biorąc do ręki tę książkę obawiałam się, że fabuła będzie zbliżona do harlequinowskiego romansu. Na szczęście dla mnie myliłam się.

Harriet Delvaney poznajemy jako podlotka, gdy ucieka z domu do posiadłości Menfreyów. Tytułowy dom Menfreyów to miejsce, które bohaterka kocha nad życie. W ukryciu pomaga jej przyjaciółka Gwennam Menfrey. Harriet nie jest do końca akceptowana przez ojca, w wyniku swojego lekkiego kalectwa oraz śmierci matki przy jej porodzie. Nie czuje się szczęśliwa we własnym domu. Już będąc dzieckiem kocha się w bracie swojej przyjaciółki, Bevilu. Tymczasem mija kilka lat, Harriet jest już panną gotową bywać w towarzystwie. Od tego momentu, w jej życiu zaczynają się wielkie zmiany. Wraz ze szczęściem przychodzi zwątpienie, strach, podejrzliwość, a nawet zbrodnia. Zegar w domu Menfreyów nagle się zatrzymuje, co oznacza, że ktoś z rodziny umrze.

„Dom Menferyów” to typowa, lekka powieść historyczna, opatrzona nutką romansu. Nie znajdziecie w niej opisów uniesień intymnych, tak często ostatnio wplatanych w romanse historyczne. Powieść pisana jest lekkim językiem, bardzo szybko się ją czyta. Miałam pewnie podejrzenia dotyczące mordercy, ale do ostatnich kartek byłam trzymana w niepewności. Autorka naprowadzała czytelnika na właściwy trop, po czym umiejętnie siała wątpliwości.

Nie jest to jakieś wybitne dzieło. Jest to książka, która pozwala na chwilę rozrywki, oderwania się od szarej rzeczywistości. A jeśli ktoś gustuje w klimatach XIX wiecznej Anglii, zamków i wielkich rodów, to tym bardziej polecam. Bardzo dobre czytadło, nieokraszone nutą sentymentalizmu.



Victoria Holt