poniedziałek, 31 marca 2014

Zbigniew Rzońca – "Plac czarownic"




"Będzie, co ma być. Losu nie da się oszukać. (...) Taki Hexenplatz – Plac czarownic".



Echa II wojny światowej słyszane są do dzisiaj na całym świecie. Nierozwiązane tajemnice rozpalają wyobraźnię, stanowiąc wielokrotnie kanwę fabularną do różnego rodzaju powieści. Któż z nas bowiem nie słyszał historii o tajnej, niemieckiej broni, która zaginęła w odmętach wojennej zawieruchy, mająca na celu odwrócić niepomyślny przebieg wojny? Wątek ten na potrzeby swojej książki zaadoptował Zbigniew Rzońca, udowadniając nieprzemijający wpływ dziejów historycznych na czasy obecne.

Zbigniew Rzońca to jeleniogórski dziennikarz, którego artykuły można znaleźć w takich tytułach prasowych jak "Polityka" czy "Wprost". Jego codzienna praca zawodowa to tygodnik "Nowiny Jeleniogórskie". Rzońca w 2010 r. został nagrodzony przez ówczesnego Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego za rzetelność dziennikarską. "Plac czarownic" to jego debiut prozatorski, autor wcześniej napisał również dramat pt. "Tutaj".

Rok 1945, niemiecki lotnik Martin Franz transportuje broń z Turcji do Berlina. Broń, która odwróci niepomyślne dla Niemców losy II wojny światowej. Niespodziewanie, samolot zostaje zestrzelony nad terenami Jeleniej Góry, a lotnikowi udaje się ocalić życie i schować skrzynkę z cudowną zawartością. Rok 2012, w mieście pojawia się Eugen Stier, który za wszelką cenę próbuje odnaleźć ukrytą od czasów wojny broń. Tym samym Jelenia Góra niespodziewanie staje się celem działalności obcych wywiadów, reprezentowanych przez swoich tajnych agentów. Nastaje wyścig z czasem.

"Plac czarownic" to niepozorna, cieniutka książeczka, w której można odnaleźć aż trzy płaszczyzny. Płaszczyzny, które wzajemnie się ze sobą przenikając, tworzą interesujący kolaż powieściowy. Debiut Rzońcy to bowiem utwór sensacyjny z elementami powieści politycznej i przygody. Do tego wszystkiego dochodzą motywy: historyczny i krajobrazowy, tworzące fabułę całej książki.

Pierwszą zauważalną płaszczyzną jest przedstawienie oczami obcokrajowca Jeleniej Góry, miasta pełnego sprzeczności. Autor poprzez kreację głównego bohatera Eugena, który szukając tropów do odnalezienia wojennej broni przechadza się po mieście, przedstawia czytelnikowi swoje refleksje i przemyślenia. Najciekawsze w tej płaszczyźnie są jego monologi, które dosyć celnie trafiają w słabe i mocne strony miasta. Obserwacje bohatera z pewnością zaciekawią mieszkańców Jeleniej Góry, ale również czytelników pochodzących z innych miast naszego kraju. Cechuje je bowiem swoisty uniwersalizm, można refleksje te odnieść do wielu miejsc. Wszechobecne problemy, takie jak na przykład brak koszy na śmieci to domena wielu większych miast.

W utworze Zbigniewa Rzońcy zauważyć można również szeroko wyeksponowany wątek polityczny, ukazany w dość specyficzny sposób, który z pewnością nie przypadnie do gustu każdemu czytelnikowi. Autor bowiem zmienia nieznacznie nazwy partii politycznych oraz dane polityków. Przykładowo czołowe partie to Prawo i Samotność czy Prywata Obywatelska. Czytelnikowi mającemu podstawowe pojęcie o polityce, nietrudno będzie odkryć, co kryje się pod konkretną, zmienioną nazwą. Autor również w dosyć prześmiewczy i nieco karykaturalny sposób, ukazuje mentalność naszych rodzimych, lokalnych polityków, będących przedstawicielami konkretnych partii politycznych. Trzeba przyznać, że ukazana przewrotność naszej klasy politycznej daje do myślenia i jednocześnie zatrważa. 

Trzecim motywem ukazanym na łamach książki jest oczywiście historia i jej wpływ na obecne czasy. Wiadomo nie od dzisiaj, że tajne służby wielu państw interesują się nierozwiązanymi zagadkami II wojny światowej. Wykorzystany motyw poszukiwania ostatniej nadziei Adolfa Hitlera, jaką niewątpliwie była tajna broń, rozpala wyobraźnię wielu agentów. To trafiony pomysł, by właśnie konstrukcję powieści oprzeć na tym wątku. Należy również wspomnieć, że Zbigniew Rzońca miała przemyślaną koncepcję swojego utworu, gdyż zakończenie jakie serwuje swoim czytelnikom mocno zaskakuje. Przyznam, że nie udało mi się go przewidzieć, co dodatkowo wzbudziło moje uznanie dla talentu prozatorskiego autora.

"Plac czarownic" zapewni Wam rozrywkowy wieczór z historią i tajemnicą na tle Jeleniej Góry. Dodatkowym atutem są interesujące ilustracje, które urozmaicają lekturę. Jeśli macie więc ochotę na książkę, która niewątpliwie uruchamia wyobraźnię, zachęcam do lektury.



Zbigniew Rzońca


Źródło zdjęcia: KLIK


 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Poligrafia AD REM

Recenzja bierze udział w WYZWANIU 
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html
 

niedziela, 30 marca 2014

Ałbena Grabowska-Grzyb powraca z nową książką!



W piątek przedstawiłam Wam dwie ciekawe, kwietniowe premiery książkowe, ale jak się okazuje to nie koniec dobrych wieści :) Już 16 kwietnia bowiem, na księgarskich półkach zagości najnowsza powieść Ałbeny Grabowskiej-Grzyb, autorki książki pt. "Coraz mniej olśnień", która zbierała bardzo pozytywne recenzje.

Przedstawiam Wam najnowszą książkę autorki pt. "Lot nisko nad ziemią"

Zobaczcie:









Jak widzicie, kwiecień pod względem czytelniczym zapowiada się już nie tylko wspaniale, ale powiedziałabym, że wręcz cudownie.

Jestem wniebowzięta, a Wy skusicie się na powyższą powieść?


sobota, 29 marca 2014

Michał Krupa - "Cześć, mam na imię Michał"






"Hazard jest podstępną suką (...). Zwodzi, obiecuje, atakuje w najmniej oczekiwanym momencie, przychodzi, gdy czujemy się słabi i zmęczeni, i jedyne, co daje, to spustoszenie, spalony dom i martwą ziemię w ogrodzie. Tam, gdzie się zadomowi, nie ma szans, by cokolwiek przeżyło".



Cześć, mam na imię Michał i jestem... większość z Was dokończyłaby powyższe zdanie słowem: "alkoholikiem" bądź "narkomanem". To bowiem najczęstsze skojarzenia przychodzące nam na myśl w przypadku uzależnienia i związanej z tym stanem rzeczy terapii. Istnieje jednak jeszcze jedno, bardzo niebezpieczne uzależnienie, jest nim hazard. Zapraszam  Was na spowiedź hazardzisty.

Autor, Michał Krupa to pisarz i szaleniec. W internecie możecie znaleźć jego stronę autorską.

Michał, ambitny i utalentowany finansista, posiada dobrze płatną pracę w swoim zawodzie. Nowo poznana kobieta Kasia, staje się w krótkim czasie jego żoną, a na horyzoncie pojawia się syn Emil. Bohater pewnego wieczoru, podczas spotkania w gronie swoich kolegów całkiem spontanicznie próbuje gry na automatach. Tak zaczyna się jego powolna wędrówka na samo dno, bowiem hazard niczym bluszcz oplata jego życie ze wszystkich stron.

"Cześć, mam na imię Michał" nie jest książką autobiograficzną, jednak zbieżność imion autora i głównego bohatera nie jest tutaj przypadkowa. Otóż, część wydarzeń opisanych przez autora to jego własne doświadczenia, jako osoby uzależnionej od hazardu. I to właśnie realizm kreacji postaci, czasu i miejsca akcji, uderza z dużą siłą z każdej kartki jego książki. Pierwszoosobowa narracja głównego bohatera, wprowadza czytelnika w świat jego wewnętrznych przemyśleń. W świat, który w trakcie lektury niesamowicie ewoluuje, niestety w tę złą stronę. Michał bowiem będąc na szczycie swojej kariery zawodowej, mający ustabilizowane życie osobiste, powoli pogrąża się zaspokojeniu wyłącznie jednego pragnienia, którym jest granie. Od pewnego momentu, w jego życiu liczy się tylko hazard, i nic więcej nie ma znaczenia. Autor w swojej książce przedstawił doskonałe studium psychologiczne człowieka uzależnionego od hazardu. Studium to jest obrazem niezwykle wstrząsającym i jednocześnie prawdziwym aż do bólu. Michał Krupa naświetlił bowiem dość szczegółowo ewolucję uzależnienia i wszelkie mechanizmy, jakie rządzą w tego typu chorobie. Mechanizmy, które działają podobnie w każdym przypadku, czy to alkoholizmu czy narkomani. Nie bez znaczenia jest również specyficzny tytuł książki Michała Krupy, nawiązujący do spotkań różnorodnych grup wsparcia dla osób uzależnionych. Tytuł ten nabiera odpowiedniego wydźwięku podczas lektury, doskonale oddając jej treść.

Autor w historii uzależnionego od hazardu człowieka, zastosował bardzo trafną metaforę ludzkiego życia, która dla wielu czytelników oddawać będzie kwintesencję mechanizmów uzależnienia. Otóż życie zostało tutaj przyrównane do ogrodu, w którym człowiek sadzi nowe rośliny, pielęgnuje je i wyrywa chwasty, by oddzielić ziarno od plew. Czasami jednak w ogrodzie tym pojawia się niepozorna sadzonka, która z czasem zagarnia kolejne połacie ziemi, stając się coraz silniejszą. W konsekwencji zostaje tylko ona jedna, silnie działając na cały ogród. Roślina będąca metaforą hazardu, który krok po kroku niszczy człowieka, to naprawdę przemyślana refleksja. Muszę przyznać, że pomysł na takie ujęcie tego tematu okazał się niezwykle obrazowy, działający w dużym stopniu na wyobraźnię czytelnika. 

Autor wykreował bardzo spójną fabułę, posługując się prostym, ale zarazem plastycznym językiem, ukierunkowanym na emocje. Udało mu się również uciec od sztamponowego zakończenia losów Michała, gdyż końcowe strony książki są nieco zaskakujące. Wielu czytelników z pewnością będzie spodziewać się całkiem innego zakończenia losów Michała.

Książka "Cześć, mam na imię Michał" pochłonęła moja czytelniczą uwagę na cały wieczór. Muszę przyznać, że przy tej lekturze całkowicie zatopiłam się fikcyjny świat bohatera, i nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam jej ostatniej strony. Książki, pokazującej niezwykle brutalny świat hazardu, który potrafi zniszczyć w krótkim czasie całe życie. Michał Krupa swoją prozą przestrzega przed niebezpieczeństwem, które czyha na każdego z nas. Pilnujcie więc swojego ogrodu, by nie pojawiła się w nim niebezpieczna roślina.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Zaczytaj się!
http://zaczytajsie.pl/


Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html


piątek, 28 marca 2014

Już niebawem!


Kwiecień zapowiada się niezwykle interesująco pod względem nowości wydawniczych. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić dwie, o których dowiedziałam się dosłownie przed chwilą, otwierając pocztę. Zobaczcie:


Zacznę słowami Autorki, Iwony Menzel:

Istnieją na świecie miejsca magiczne, które budzą w nas niezwykłe emocje, jakie zazwyczaj przeżywa się tylko w stanie zakochania. Dla mnie takim miejscem stało się Podlasie. To była późna miłość i nic jej nie zapowiadało. Nie miałam babci-staruszki w chatynce pod Białymstokiem, nic mnie z tym regionem nie wiązało, nawet go nie znałam. Urodziłam się i wychowałam w Warszawie, tam też skończyłam Wydział Architektury, za mąż wyszłam w Wiedniu, a całe dorosłe życie spędziłam w Niemczech. Mieszkałam i pracowałam w Darmstadt, dawnej stolicy Hesji, na wakacje jeździłam najchętniej do Włoch albo Francji. Każde Boże Narodzenie spędzałam jednak w Polsce, bo nigdzie na świecie nie obchodzi się świąt równie uroczyście.
Dziesięć lat temu cała rodzina miała się spotkać na Wigilii u mojej siostrzenicy, która przeniosła się nad Biebrzę. Zaklinowani w nieprzerwany sznur TIR-ów pełzliśmy powolutku szosą na Białystok przez post transformacyjny pejzaż, składający się głównie z reklam, przyczep imbisowych, bud z kebabem i okólników dla gipsowych sarenek oraz krasnali. Jak tylko jednak zjechaliśmy z wylotówki, otworzył się przed nami inny świat. Po horyzont rozciągał się nietknięty ręką człowieka krajobraz, a nad nim niebo dziwnie szerokie, jakby  powierzchnia Ziemi miała tu inną krzywiznę. W kompletnej ciszy zaczął padać na tę pustkę grubymi płatkami śnieg, zmierzchało się, światła reflektorów wyławiały co jakiś czas z mroku przydrożny krzyż, kapliczkę, stadko saren na łące, samotną chałupę z jasnym kwadratem okna, mocno wrośniętą w pole. Obrazy, przeniesione z innego czasu i z innej przestrzeni, osobliwe i zagubione w otaczającym je świecie jak dryfująca po wzburzonym oceanie kra.

Dziś Iwona Menzel mieszka w tym magicznym miejscu i proponuje Czytelnikom powieść Szeptucha






W zagubionych wśród nadbiebrzańskich bagien Waniuszkach modlitwą i ziołami leczy stara Oleszczukowa. Kiedy niespodziewanie umiera, wieś oczekuje od jej wnuczki Oleny, że będzie kontynuowała rodzinną tradycję. Olena rezygnuje z marzeń o studiach medycznych i zostaje wioskową szeptuchą.
Życie w Waniuszkach wciąż jeszcze opiera się na niewzruszonym fundamencie zasad, tradycji i Słowa Bożego. Wszystko ma tam swój ład, ludzie czynią to, co do nich należy, każdy wie, gdzie jest jego miejsce. Jednak nawet i do Waniuszek nieuchronnie nadciąga nowe.

Legenda o tajemniczym pustelniku, który na uroczysku Łojmy zbierał popsute lalki i przybijał je do drzew, sprowadza do Waniuszek znanego filmowca z Warszawy, Alka Litwina. Olena pomaga mu odnaleźć ślady zagadkowego samotnika, uważanego przez okoliczną ludność za świętego. Choć szeptucha i reżyser żyją w dwóch zupełnie odmiennych światach, wspólne poszukiwania zbliżają ich do siebie. Olena znajduje w Alku przyjaciela i powiernika, z którym może się podzielić sekretami swojej sztuki lekarskiej i najskrytszymi myślami. Po raz pierwszy w życiu nie czuje się samotna…

Patronat nad książką objęły: Radio Białystok, Gazeta Współczesna, granice.pl, magazyn literacki Książki.

 Szeptucha ukaże się 16 kwietnia 2014 r.










Tytuł: Dziewczynka z balonikami

Autor: Agnieszka Turzyniecka

ISBN: 978-83-64312-22-9

Format: 135x210, oprawa miękka, 176 stron

Cena det.: 24,90 zł

Premiera: 9 kwietnia 2014 roku





Jak to się dzieje, że dla młodej, inteligentnej i wykształconej kobiety życie traci swój urok i staje się koszmarem, z którego jedynym i upragnionym wyjściem jest śmierć?

Dziewczynka z balonikami to przejmująca historia samotnej Polki mieszkającej w Niemczech, która w wyniku załamania nerwowego zostaje umieszczona w szpitalu psychiatrycznym. Stopniowo, dzięki chłodnej i prowadzonej z dystansem relacji poznajemy zmagania Marleny z depresją, jej walkę z samobójczymi myślami i duszną atmosferę miejsca, w którym pacjenci próbują – nie zawsze z powodzeniem – pokonać chorobę. Obok opisów szpitalnego życia bohaterka odkrywa swoją przeszłość, dramatyczne stosunki rodzinne i nieudane związki z mężczyznami.

W końcu pewnego dnia pojawia się Martin…

O tej książce pisze Krzysztof Maciejewski, autor m.in. zbiorów opowiadań Osiem, Album:

Dziewczynka z balonikami to porażająco prawdziwa opowieść o młodej kobiecie trafiającej do szpitala psychiatrycznego. Zaglądamy w tej książce pod cienką warstwę świata, w którym normalność to tylko średnia statystyczna społecznego obłędu. Poruszając się po omacku, odkrywamy kolejne tajemnice bohaterki, trzymając zaciśnięte kciuki za jej wyzdrowienie i za pogodzenie się z samą sobą. Rzecz napisana z dużym talentem obserwacyjnym i momentami z zadziwiającym realizmem.


Agnieszka Turzyniecka – szlify zdobywała w latach dziewięćdziesiątych na łamach lokalnych gazet, do dziś pisze dla ogólnopolskich czasopism. Jest laureatką konkursu na opowiadanie wydawnictwa Fu Kang, publikowała też w antologiach. Włada trzema językami. Prywatnie miłośniczka psów i blogów – sama prowadzi kilka, m.in. poczytnego Gryzipiórka. Debiutowała w 2013 roku powieścią Inspektor Kres i zaginiona. Jej nowa powieść nosi tytuł Dziewczynka z balonikami.

Dwie nowe, polskie powieści już w kwietniu. Przyznam, że obydwie trafiają w moje upodobania czytelnicze. A Wy, skusicie się?

czwartek, 27 marca 2014

Elżbieta Śnieżkowska-Bielak - "Domik – przyjaciel Dominika"




"Cóż dorośli tak mają, że zupełnie nie wierzą w bajki, a czasem bardzo żałują, że są dorośli, bo mają dużo bardzo ważnych spraw i to ich męczy".




Zgadzacie się z przytoczonym przeze mnie cytatem? Wierzycie jeszcze w bajki i baśniowe istoty, które w dzieciństwie rozpalały Waszą wyobraźnię i były swoistym pewnikiem rzeczywistości? Nawet, jeśli odpowiecie przecząco, a pewnie odpowiecie, nie zaszkodzi to w niczym aby przenieść się na chwilę w dawno zapomniany świat. Świat, w którym zza lodówki pojawi się wasz przyjaciel, domowy skrzat i opowie Wam ciekawą historię.

Elżbieta Śnieżkowska-Bielak zaczęła pisać już jako dziewięcioletnia dziewczynka. Jest członkinią Dolnośląskiego Związku Literatów Polskich we Wrocławiu. Twórczość autorki jest bardzo zróżnicowana: trzy wydane powieści, dwa zbiory opowiadań, osiem tomików poezji, jak również aż osiemnaście książek dla dzieci i siedem publikacji o charakterze religijnym. Autorka jest emerytowaną nauczycielką języka polskiego, cały czas pracuje twórczo.

Dominik Spieszalski to kilkuletni chłopiec, mieszkający wraz z rodzicami w kamienicy. Rodzice bohatera zabiegani obowiązkami służbowymi, nie mają zbyt wiele czasu dla syna. Niespodziewanie, pewnego dnia zza lodówki wyłania się Domowy Skrzat – Domik, który odtąd staje się przyjacielem Dominika. Skrzat opowiada bohaterowi ciekawe historie, przenosząc go w zupełnie inny świat.

"Domik – przyjaciel Dominika" to książka, której adresatami są oczywiście dzieci. Dzieci w wieku wczesnoszkolnym, rozpoczynające swoją przygodę z nauką. Cała książeczka podzielona została na szesnaście rozdziałów, z których każdy to inna, ciekawa historia. Autorka poprzez bajkowy wydźwięk każdego z rozdziałów, jednocześnie zawarła w nich moc dydaktyczną. Otóż Domowy Skrzat objaśnia Dominikowi zasady panujące w świecie dorosłych, zdradza wiele niewyjaśnionych dotąd tajemnic, czy próbuje wytłumaczyć nieocenioną rolę nauki w życiu. Można stwierdzić, że dwie płaszczyzny: bajkowa i realistyczna nachodzą na siebie, tworząc ciekawy kolaż historii dla czytelnika będącego dzieckiem. Trzeba tutaj również wspomnieć o trafnie dobranej konstrukcji poszczególnych rozdziałów. Otóż każdy podzielony został na dwie części: część pisana prozą i część wierszową. Proza, jak to proza jest życiowa, natomiast w każdym wierszu dziecko znajdzie elementy magiczne i bajkowe. Muszę tutaj pogratulować autorce świetnego utworu pt. "Tajemnice starego kredensu", wiersz ten wprowadza w specyficzny klimat dziecięcych lat. Oprócz wymowy iście bajkowej i dydaktycznej, Elżbieta Śnieżkowska-Bielak sygnalizuje pomiędzy wierszami problem, który widoczny jest we współczesnym modelu rodziny. Chodzi mianowicie o brak czasu dla własnych pociech. Mam nadzieję, że rodziców czytających tę książkę swoim dzieciom, jej lektura skłoni do wewnętrznych refleksji na ten temat.

Należy również wspomnieć o samym wydaniu książki, gdyż jest to rzecz godna pochwały. Otóż przykuwająca wzrok okładka to tylko wstęp do cudownych obrazków, jakie dziecko znajdzie w środku. Ilustracje te, mające wydźwięk tradycyjny, przypomniały mi książki czytane w latach, gdy sama byłam dzieckiem. Na uwagę zasługuje również dobrej jakości błyszczący papier i duży format książki. Duże brawa za samo, estetyczne wydanie.

Elżbieta Śnieżkowska-Bielak napisała wspaniałą bajkę, która zarówno bawi jak i uczy. Szkoda tylko, że historia Dominika i jego Domowego Skrzata, nie jest jeszcze bardziej obszerniejsza. Polecam tę książeczkę rodzicom, z pewnością jej lektura przyniesie same korzyści dla dzieci jak i dla dorosłych.


Elżbieta Śnieżkowska-Bielak


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce



Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

środa, 26 marca 2014

Mark Helprin – "Zimowa opowieść"





"Miasto potrzebowało paliwa do swoich pieców – wciągało ludzi do środka, taksowało ich, tańczyło z nimi przez chwilę, sprzedawało im garnitury, a potem pożerało".



Pojawienie się po raz pierwszy, na naszym rodzimym rynku wydawniczym książki, która swoją premierę miała trzydzieści lat temu, to dość niespotykane wydarzenie. Tym bardziej, że książka ta stała się klasyką amerykańskiej literatury i na dobre zagościła w sercach milionów czytelników. Książka, która dla wielu stanie się wyzwaniem, głównie ze względu na swoją obszerność i wielopłaszczyznowość. 

Mark Helprin to urodzony w Nowym Jorku, absolwent stosunków bliskowschodnich na Harvardzie oraz studiów podyplomowych renomowanych uczelni: Uniwersytetu Princeton i Uniwersytetu Columbia. Obecnie jest poczytnym i zarazem kontrowersyjnym publicystą w tygodniku "The New Yorker" i "New York Times". Za swoją pracę zdobył wiele nagród. "Zimowa opowieść" to jego najsłynniejsze dzieło, które doczekało się tegorocznej ekranizacji.

Początek XX wieku w Nowym Jorku, drobny włamywacz Peter Lake ucieka przed ścigającą go bandą rzezimieszków. Podczas pościgu, cudem ratuje swoje życie dzięki napotkaniu białego konia, również uciekiniera ze stajni na Brooklynie. Niedługo po tym, Peter żyjąc jedynie ze swojego złodziejskiego fachu, postanawia okraść bogaty dom umiejscowiony na Manhattanie. Niespodziewanie, w pustym wydawałoby się budynku spotyka córkę właściciela – umierającą na gruźlicę Beverly Penn. Tak zaczyna się historia miłości, która poprowadzi czytelników przez magiczny Nowy Jork aż do czasów przełomu wieków.

O książce marka Helprina można byłoby pisać prace naukowe i inne, dłuższe opracowania, a tematyka tej powieści byłaby nadal niewyczerpana. "Zimowa opowieść" to bowiem prawie siedemset stron prozy, w których realizm miesza się z fantastyką, wątki przeplatają się między sobą, a głównym bohaterem w istocie nie jest człowiek, lecz miasto – po trosze baśniowe, a po trosze mocno realistyczne. Tym miastem jest Nowy Jork. Trudno w przypadku tej książki określić gatunek w jakim obraca się autor. Znawcy literatury określają "Zimową opowieść" jako przykład podgatunku powieści fantasy, jakim jest urban fantasy, czyli połączenie w wielkomiejskim klimacie magii i techniki. Jak najbardziej jest to poprawna klasyfikacja, jednak ja tutaj dodałabym jeszcze elementy realizmu magicznego, wyrażającego się w postaci przestawienia tej, lecz jednak innej rzeczywistości dobrze nam znanego miasta.

"Zimowa opowieść" podzielona została na cztery, główne działy. Działy ukazujące wiele wątków i wiele postaci w okresie całego XX wieku, które łączy jedno: miasto. Trudno tutaj jednak dokładnie powiedzieć w jakich latach czytelnik poznaje konkretne wydarzenia czy bohaterów, świat przedstawiony jest bowiem bardzo elastyczny, wręcz względny. Trzeba tutaj wspomnieć o postaciach, na podstawie których autor zbudował fabułę swojej książki. Otóż znajdziecie wśród nich przedstawicieli wszystkich warstw społecznych: są biedacy, złodzieje, bogata klasa średnia, wynalazcy czy ludzie władzy. Wszyscy oni mieszkają w mieście. Mark Helprin przedstawia wiele postaw społecznych, wiele masek, jakie ludzie noszą w codziennym życiu. Wielość wprowadzonych postaci może nieco przytłaczać, dlatego prozą autora należy się bardzo wolno rozkoszować, by nie pogubić się w gąszczu wielu płaszczyzn, jakimi raczy czytelnika. Ciekawostką jest fakt, iż niektórzy bohaterowie jak Peter Lake, Pearly Soames, Jessica Penn czy Hardesty Maratta mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Osoby te bowiem żyły ponad sto lat temu. Bezsprzecznie dodaje to smaku całej uczcie czytelniczej, jaką niewątpliwie jest książka Helprina.

W powieści amerykańskiego pisarza to miasto jest pierwszoplanowym tworem, które przysłania całą fabułę. Nowy Jork zmienia się na przestrzeni lat, ale nadal ma duszę. Nadal również jest przedmiotem miłości i nienawiści jego mieszkańców. Helprin stworzył dość specyficzny obraz metropolii, miasta, które żyje i oddycha. Wobec tego, po lekturze książki nie dziwię się, że utwór ten stał się klasyką amerykańskiej literatury. 

Należy również wspomnieć o tym, że pierwsze wydanie tego dzieła w naszym kraju prezentuje się niezwykle atrakcyjnie. Twarda, mocna okładka, trafiająca w treść grafika i dobry papier, to niewątpliwie strzał w dziesiątkę. Książka ta bez dwóch zdań zasługuje na taką właśnie oprawę.

Niektórzy twierdzą, że "Zimowa opowieść" jest mocno zawiła i zbyt obszerna, co w konsekwencji powoduje znużenie czytelnika. A ja powiem, że to książka, którą trzeba sobie dozować. To jedna z lektur, które czytałam najdłużej w swoim życiu, gdyż musiałam robić wiele przerw, by przetrawić przeczytaną treść. Proza Marka Helprina jest wysublimowanym utworem, na którego składa się wiele płaszczyzn. Myślę, że wiele z nich, my Polacy nigdy nie wychwycimy, gdyż nigdy nie mieszkaliśmy w Nowym Jorku. Jeśli planujecie przeczytać historię Petera Lake'a i jego białego konia, nastawcie się na długie zgłębianie tej historii. Ja napiszę tylko jedno, warto było. Warto było poznać Nowy Jork oczami Marka Helprina.

"Pamiętaj, w naszym życiu usiłujemy robić tylko dwie rzeczy: zniweczyć upływa czasu i przywrócić zmarłych do życia".

Mark Helprin

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte
http://otwarte.eu/


wtorek, 25 marca 2014

"Mam w sobie chęć przekazywania ludziom moich emocji, historii wymyślonych w głowie" - wywiad z Katarzyną Meres




Trzydziestym gościem mojego cyklu wywiadów z autorami książek, które przeczytałam jest nasza blogowa koleżanka, Katarzyna Meres, autorka świeżego jeszcze debiutu pt. "Dźwięki wspomnień". Zapraszam na ciekawe spostrzeżenia odnośnie rynku wydawniczego i całej blogosfery, oczami debiutantki i zarazem blogerki.





"Świat Kasiencjusza", to kawałek przestrzeni w blogowym świecie, w którym możecie poznać Katarzynę Meres, dwudziestoletnią studentkę drugiego roku socjologii na AGH w Krakowie. Debiutująca autorka kocha książki, fotografowanie i pisanie, jej wzorem literackim jest sam Eric-Emmanuell Schmitt.






awiola: Kasiu, czym jest dla Ciebie miłość? Jak zdefiniowałabyś to uczucie? 

Katarzyna Meres: Miłość dla mnie to uczucie, w którym człowiek odkrywa siebie na nowo. Ta druga osoba pokazuje nam, jacy jesteśmy naprawdę - ujawnia nam wady, podkreśla zalety. Miłość to uczucie szczere, które pomaga w trudnych momentach; podnosi nas na duchu, uszczęśliwia. Dzięki miłości stajemy się lepszymi osobami. A bliskość drugiego człowieka jest nieoceniona i trzeba ją naprawdę doceniać.

awiola: Dlaczego właśnie miłość staje się motywem przewodnim Twojego debiutu pt. "Dźwięki wspomnień"? 

Katarzyna Meres: Dlaczego? Bo miłość to najpiękniejsze uczucie. Najpiękniejszy i niewyczerpalny temat. Każdy człowiek inaczej odczuwa miłość i to jest piękne, bo nigdy nie spotka się dwóch takich samych rozważań na ten temat. Miłość towarzyszy mi na co dzień - w postaci ukochanego, rodziców, rodziny; musiałam wyrazić to, co grało wewnątrz mojej duszy.

awiola: Co było inspiracją do napisania dwóch, odrębnych historii w jednej książce? 

Katarzyna Meres: Świat, który mnie otacza; ludzie, których spotykam; uczucia, których doświadczam; książki, które czytam. Ten kto pisze wie, że inspiracją może być dosłownie wszystko - nawet zwyczajny kwiatek, czy zasłyszane gdzieś słowo.

Umieszczenie dwóch odrębnych historii w jednej książce to celowy zabieg z mojej strony. Wbrew pozorom te historie się ze sobą łączą - to dwie przeciwstawne historie, które opowiadają o tym, jak różna może być miłość. 

awiola: Co powiesz o genezie samego tytułu? Skąd akurat taki pomysł?

Katarzyna Meres: Zazwyczaj mam problem z wymyślaniem tytułów do prac, czy własnych opowiadań. Nie wiem skąd to się bierze. W "Dźwiękach wspomnień" możemy znaleźć trochę muzyki, trochę wspomnień, więc tytuł jest adekwatny do tego, co mieści ta niewielka książeczka. Poza tym uważam, że "Dźwięki wspomnień" ładnie brzmią, tak dźwięcznie, uroczo i zapadają w pamięci. 

awiola: Ile trwało napisanie i doszlifowanie "Dźwięków wspomnień"?

Katarzyna Meres: Boję się odpowiadać na to pytanie, ponieważ wiem, że autorzy nad swoimi dziełami pracują miesiącami, a nawet i latami. U mnie to była kwestia kilku dni. Myślę, że wynika to z tego, że książka ma jedynie 104 strony. "Strony z życia" powstały w jeden dzień. Siedziałam wtedy u babci i coś mnie tchnęło do tego, aby opowiedzieć właśnie taką smutną, wzruszającą, ale jednak pozytywną opowieść. Drugie opowiadanie "Dźwięki wspomnień" powstało w około dwa tygodnie z przerwami.

awiola: Czym jest pisanie dla Katarzyny Meres? 

Katarzyna Meres: Jest dla mnie siłą. Dzięki pisaniu mogę przelać swoje myśli i uczucia na papier. Mam w sobie chęć przekazywania ludziom moich emocji, historii wymyślonych w głowie. Pisanie jest dla mnie wyrażaniem siebie, tego co czuję, co wiem, co udało mi się zaobserwować. Jestem dobrym obserwatorem. Widzę, co gryzie ludzi, lubię słuchać ich opowieści, a potem pomysły do książki same tworzą się z tego, co ja przeżywam, co usłyszę…  

awiola: W sieci możemy znaleźć Twojego bloga – "Świat Kasiencjusza", na którym między innymi recenzujesz książki. Czy pisanie o literaturze,pomogło Ci w jakiś sposób przy pisaniu własnej książki?

Katarzyna Meres: Właściwie to nie :) Pisałam od zawsze – najpierw, lata temu założyłam kilka blogów z opowiadaniami, które w miarę dobrze sobie radziły w sieci, miałam duże grono odbiorców, które chciało czytać to, co tworzę.

"Świat Kasiencjusza" narodził się wraz z moim rozesłaniem "Dźwięków..." do wydawnictw. Tęskniłam za blogowaniem, chciałam także wyrażać swoje zdanie na temat książek, które czytam.

awiola: Jako doświadczona blogerka książkowa, z pewnością posiadasz własne przemyślenia dotyczące całej blogosfery książkowej. Możesz coś na ten temat powiedzieć? 

Katarzyna Meres: Uważam, że atmosfera na blogach książkowych jest niezwykła - ludzie są dla siebie mili, uprzejmi. Może to tylko moje odczucia, ale ja takich na swojej drodze spotykam. Cieszę się, że ktoś z nas, blogerów książkowych, odnosi sukcesy; nawiązuje nowe współprace... Może jestem tutaj zbyt krótko, aby widzieć wady i krytykować sferę książkową. Mam pewne doświadczenie, jeżeli chodzi o blogi - kiedy pisałam opowiadania, czułam złość, niewytłumaczoną krytykę oraz jad, który wylewał się z komentarzy. Zauważyłam, że na blogach z książkami tego nie ma. I ja to doceniam. 

awiola: Czy napotkałaś jakieś przeszkody w wydaniu pierwszej książki? 

Katarzyna Meres:  Oj tak, ale głównie z mojej strony. Jestem osobą, która w siebie nie wierzy i siebie nie docenia, staram się z tym walczyć :) Długo wzbraniałam się od wysyłania książki do wydawnictw, bo czułam, że to nie jest dobre, że nikomu się nie spodoba. Bałam się krytyki, ale teraz widzę, że niepotrzebnie, bo konstruktywna krytyka, którą otrzymałam wpłynęła na mnie zaskakująco dobrze. "Dźwięki..." wysłałam jedynie do dwóch wydawnictw i po miesiącu otrzymałam pozytywną odpowiedź od Novae Res. Moja radość była nie do opisania.

 
awiola: Twoją drugą pasją jest fotogafia. Co uważasz za swój największy sukces na tym polu? 

Katarzyna Meres: Uśmiech na twarzy ludzi, kiedy robię im zdjęcia. Ich zachwyt, kiedy potem je oglądają. Przekonanie kilku osób, które nie cierpiały zdjęć do oddania się mojemu obiektywowi. A także swoją satysfakcję – robienie zdjęć, a potem ich obrabianie daje mi niesamowitą radość. Uwielbiam do nich wracać, wspominać, na nowo obrabiać, zmieniać… Lubię też uświadamiać ludziom, że są piękni tacy, jacy są. Nie lubię zdjęć pozowanych, albo tych, gdzie modelki są sztuczne. Uwielbiam naturalność i prosty uśmiech, który jest najlepszym odzieniem dla każdego z nas. 

awiola: Jak postrzegasz rynek wydawniczy w Polsce? 

Katarzyna Meres: Myślę, że jest niedoceniany. Tak niewiele osób czyta, to przerażające. Moim marzeniem jest to, aby każdy zaczął czytać więcej, aby ludzie zaczęli doceniać w swoim życiu książki oraz wydawnictwa. 

awiola: Jakich radu udzieliłabyś debiutującym pisarzom? 

Katarzyna Meres: Nie poddawać się i nie bać się opinii innych. Każda recenzja, każde słowo umacnia i motywuje do dalszej pracy nad kolejnymi dziełami. Trzeba także życzyć i mi, i reszcie debiutantów wytrwałości i inspiracji, bo bez tego czasami jest ciężko. 

awiola: Jakie są Twoje dalsze plany pisarskie? Możemy spodziewać się kolejnej książki? 

Katarzyna Meres: Tak. Kolejna książka się pisze, z resztą zawsze się coś pisze u mnie :) Moim problemem jest to, że nie kończę swoich opowiadań, książek, ponieważ coś mnie przed tym powstrzymuje. Chyba jakieś złe duszki. A tak naprawdę mam postanowienie, aby w końcu kończyć te historie, które mają już kilkadziesiąt stron. Wierzę, że kiedyś mi się to uda.

awiola: Co na koniec chciałabyś przekazać czytelnikom mojej strony? 

Katarzyna Meres: Dużo czytajcie, a jeżeli coś piszecie - nie poddawajcie się i próbujcie. Wysyłajcie swoje dzieła do wydawnictw, bo nigdy nie wiecie, kogo Wasz pomysł zaintryguje. Musicie jedynie być wytrwałymi w tym, co robicie. Pamiętajcie, że wszystko, co piszecie nadaje się do pokazaniu światu. Nie należy się bać negatywnych słów. Nigdy nie wiecie, co Was spotka :) A poza tym chciałam Wam życzyć wiele uśmiechu na co dzień!

Awioli bardzo dziękuję za wywiad :)



Dziękuję za ciekawą rozmowę. Życzę Kasi, by spełniły się jej życiowe plany, wszystko bowiem jeszcze przed nią. A wam polecam przeczytać debiut młodej autorki pt. "Dźwięki wspomnień".


poniedziałek, 24 marca 2014

Matt Mayevsky – "Homoseksokracja"




Książka pod patronatem Subiektywnie o książkach







"Zazdrość, zdrady, pożądanie, namiętności skute kajdanami sztucznych norm obyczajowych, to tylko niepotrzebne, archaiczne hamulce blokujące naturalny rozwój uczuć".



W ostatnich latach do głosu dochodzą wszelkie mniejszości seksualne, które coraz intensywniej domagają się swoich praw do godnego życia, ze wszelkimi uprawnieniami przyznanymi dla osób heteroseksualnych. Co jednak byście powiedzieli, gdyby sytuacja była całkowicie odwrócona? Gdyby to właśnie heteroseksualni obywatele tworzyli mniejszość, zamieszkując getto, a świat byłby rządzony przez homoseksualistów? W taki właśnie dystopijny świat zabiera nas Matt Mayevsky. Świat, w którym heteroseksualny człowiek postrzegany jest jako produkt uboczny postępującej ewolucji płci. Zapraszam w świat Homoseksokracji.

Matt Mayevsky to autor wydanych już książek z gatunku non-fiction: "Cyfrowa przestrzeń biznesowa" i "Ekonomia Chmur". W swojej twórczości posiada również opowiadania, powieści science-fiction i cyber romans. Autor jest absolwentem politologii oraz studiów doktoranckich Szkoły Głównej Handlowej. Zajmuje się prognostyką strategiczną, w wyniku której publikuje artykuły o rynkach przyszłości.

Bliżej nieokreślona przyszłość, świat to Homoseksokracja. A Homoseksokracja to dominacja homoseksualnych, w której heteroseksualni ludzie mieszkają w odizolowanym magnetycznym murem getcie. Trwa kampania wyborcza, w której rządząca dotychczas partia ZPF (Zjednoczona Partia Femen) przy pomocy prezydent Charlize Harper próbuje zachować swoją pozycję na arenie politycznej. Tymczasem w wyniku spisku, heteroseksualni pracownicy ośrodka homonaturalizacji przeprowadzają sabotaż na wielką skalę. Sabotaż, będący ogniwem zapalanym do pogłębiającego się konfliktu pomiędzy przedstawicielami hetero i homo społeczeństwa. A tam, gdzie dwóch się bije, trzeci korzysta najczęściej.

"Homoseksokracja" to obszerna powieść (prawie pięćset stron) z gatunku literatury fantastyczno-naukowej, przedstawiająca czytelnikowi całkowicie dystopijny świat przyszłości, którego wizja wynika z obserwacji autora na temat obecnej sytuacji społecznej i politycznej na świecie. Matt Mayevsky mocnym ciosem wprowadza czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Tytułem "Wczoraj" pokazuje bowiem zestawienie najważniejszych wydarzeń dotyczących sytuacji mniejszości seksualnych na świecie, jakie miały miejsce w latach 2006-2013. Pozostała część utworu pt. "Jutro" to pesymistyczny osąd przyszłości. Koncepcja przyjęta przez autora w samym podziale książki i tych dwóch tytułów, doskonale wpisuje się w całą myśl przewodnią "Homoseksokracji".

Wizja przyszłości jaką serwuje nam Matt Mayevsky zatrważa i jednocześnie budzi podziw dopracowaniem fabularnym i wieloma analogiami do obecnej kondycji społecznej na świecie. "Homoseksokracja" to bowiem całkowicie odwrócony porządek świata, w którym żyjemy obecnie, a którego ewolucja zmierza w nieznanym nam kierunku. W powieści Mayevsky’ego świat przybrał całkowicie odmienny charakter, stał się Homoseksokracją (HS), w której kwitnie handel hetero dziećmi poddawanymi homonaturalizacji, obecne są surogatki pragnące władzy, heteroseksualizm poza obrębem getta jest przestępstwem, jak również na porządku dziennym przeprowadza się aukcje dziewictwa, które nikogo nie dziwią. Świat HS to również takie zjawiska jak mizoandria, poliamoria czy feminonazizm. Wizja świata przestawionego przez autora została dopracowana w każdym szczególe, jest niezwykle spójna i nad wymiar rzeczywista. To jedna z najbardziej fantastycznych i z drugiej strony prawdopodobnych wizji przyszłości, jaką miałam okazję zgłębiać. Porusza i skłania do wielu refleksji dotyczących kierunku obecnej rewolucji seksualnej i jej skutków dla potomnych. Wizja państwa, w którym polityka steruje życiem obywateli, państwa będącego w swojej istocie totalitarnym porządkiem, wzbudza również wiele obaw i przeraża swoją realnością. Wszystko te wątki to ponadczasowe i uniwersalne tematy poruszane wielokrotnie przez pisarzy, nad którymi pochyla się również Matt Mayevsky w swojej dystopii.

W pierwszym kontakcie z "Homoseksokracją" czytelnikowi pewną trudność może sprawić użycie specyficznego nazewnictwa dla wielu bohaterów książki oraz dla nazw własnych. Otóż do wielu zjawisk i nazw znanych nam z obecnej rzeczywistości, autor dodaje przedrostek "homo", w wyniku czego otrzymujemy: homobus, homotwarze czy homo-eugenikę. Spotkacie się również z przedrostkiem "holo" np. holo-chronometr czy holo-tabloid. Autor do nazwania niektórych bohaterów dodaje również słowo definiujące płeć, typu "-ona" lub "-on". Przykładowo: "Lena-ona Mora czy "Simone-on Cannon". Praktyka ta początkowo jest dość męcząca, gdyż wprowadza pewne zamieszanie w odbiorze i skupieniu się na lekturze, jednakowoż przy takiej objętości stron po pewnym czasie czytelnik przyzwyczaja się do tak specyficznego i oryginalnego nazewnictwa. Poza tym, biorąc pod uwagę fabułę powieści, autor przyjął trafiony sposób na zaakcentowanie wymowy swojego utworu.

Zakończenie książki Matta Mayevsky’ego i wszystkie wydarzenia poprzedzające jej finał, czyli walka o władzę, manipulacja społeczeństwem, spiski i wielka polityka, przekazują znaną nam nie od dzisiaj prawdę. Równowaga na wielu płaszczyznach naszego życia musi zostać zachowana, by świat mógł dalej istnieć i rozwijać się. Samo zakończenie, mało przewidywalne w mojej opinii, winno stać się punktem wyjścia do wielu dyskusji pomiędzy czytelnikami, mającymi lekturę książki już za sobą. Widać w tej płaszczyźnie, że autor miał dobrze przemyślaną koncepcję na swoje dzieło i za to należy mu się wielkie uznanie ze strony czytelnika. 

Nie myślcie, że "Homoseksokracja" jest książką homofobiczną. To dzieło wielowątkowe, ukazujące dystopijną wizję naszego świata na wielu płaszczyznach. Jako oficjalny patronat medialny książki, polecam niepowtarzalne dzieło Matta Mayevsky’ego czytelnikom nie bojącym się poruszać dość kontrowersyjnych tematów. Warto zagłębić się w świat "Homoseksokracji".
 
"Tolerancja dla inności stworzyła społeczeństwo bardzo liberalne w kwestiach światopoglądowych i obyczajowych. Liberalne, dochodzące w swoich skrajnych odmianach do libertynizmu".



Matt Mayevsky

Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html



Kindle za złotówkę, e-booki za półdarmo!






Już w najbliższy wtorek 25 marca o godz. 19.00 rusza akcja "Kindle za złotówkę". Portal kodyrabatowe.pl wspólnie z woblink.com udostępni 30 czytników Kindle 5 Classic w cenie 1 zł. Dla osób, które posiadają już własny czytnik przygotowana została dodatkowa niespodzianka w postaci kodów rabatowych, obniżających cenę e-booków do 9,90 zł i specjalnego kodu rabatowego na czytniki do e-booków.




25 marca o godz. 19.00 na stronie akcji "Kindle za złotówkę" opublikowany zostanie kod rabatowy Kindle, który umożliwi zakup czytnika w promocyjnej cenie. Wystarczy go skopiować, wkleić na stronie sklepu i czekać na dostawę. Należy pamiętać, że o tym do kogo trafi czytnik decydować będzie kolejność zamówień, dlatego warto być punktualnym. Dla tych, którzy nie zdążą kupić Kindle'a za złotówkę szykowany jest specjalny kod rabatowy, pozwalający kupić dowolny czytnik w woblink.com o 30 zł taniej. Po takiej obniżce model Kindle 5 będzie dostępny w najniższej cenie na rynku!

Do otrzymania jednego z e-booków wystarczy podzielić się informacją o zakupie na swoim facebookowym profilu. E-booki w promocyjnej cenie dostępne będę już od poniedziałku 24 marca, a promocja potrwa do czwartku 27 marca.

- Sukces trzech edycji "Książki za złotówkę" skłonił nas, żeby w ramach docenionej formuły dać naszym użytkownikom coś nowego - mówi Kamil Brożek, Polish Market Manager portalu kodyrabatowe.pl. - Fani książek będą mogli mieć całą swoją bibliotekę przy sobie, a kilka wartościowych pozycji "na dobry początek" zakupić w ramach tej samej akcji.

E-booka w promocyjnej cenie będzie można wybrać wśród tytułów z największych polskich wydawnictw. Po zakończeniu oscarowych emocji można będzie sięgnąć choćby po “Amerykański przekręt” Roberta W. Greene'a, który trafił na ekrany kin jako “American Hustle” czy “Wielkiego Gatsby'ego” F. Scotta Fitzgeralda. Fanów mocnych wrażeń na pewno ucieszy obecność na liście powieści Stephena Kinga, Dana Browna, czy Marka Krajewskiego. Na uwagę zasługuje również wstrząsająca relacja z najmniejszego państwa świata “Jutro przypłynie Królowa” Macieja Wasilewskiego, czy “Świat 2040. Czy Zachód musi przegrać?” błyskotliwa analiza tego, co może nas czekać w nieodległej przyszłości.



Zachęcam do udziału. Sama również spróbuję, może się uda :)