sobota, 30 listopada 2013

Moda na czytanie



Chciałabym was poinformować o ciekawej inicjatywie.


MODA NA CZYTANIE u BRACI JABŁKOWSKICH




Jak zapewne Państwo wiecie, Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy w Warszawie wrócił w ręce rodziny Jabłkowskich, dlatego przestała istnieć mieszcząca się w nim ostatnio największa warszawska księgarnia. Spółka Akcyjna Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy prowadzi prace mające na celu otwarcie przy ulicy Brackiej 25 nowej księgarni, nie uda się to jednak w tym roku.

Wielu mieszkańców Warszawy przyzwyczaiło się już do obcowania z książką w tym miejscu, dlatego aby umożliwić im zakup ciekawych wydawnictw, także w nadchodzącym sezonie przedświątecznym, podjęliśmy się zorganizowania i przeprowadzenia w okresie od 15 listopada do 24 grudnia imprezy Moda na Czytanie u Braci Jabłkowskich. Przez cały ten okres, codziennie, w godzinach 9.00 – 21.00 przy ul. Brackiej 25 w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich, będzie działał kiermasz książek.
Naszym klientom oferujemy duży wybór ciekawych tytułów, które mogą stać się znakomitymi prezentami. Nie ma znaczenia czy ukazały się tydzień, czy trzy lata temu. Chcemy poszerzać dostępną ofertę, dlatego ważne są dla nas dobre książki, również te, które z różnych przyczyn nie trafiły do sprzedaży w dużych sieciach.

Moda na czytanie u Braci Jabłkowskich, to nie tylko kiermasz. W weekendy zaprosiliśmy autorów, którzy będą podpisywać swoje książki. Warszawiacy spotkają u nas między innymi Jarosława Grzędowicza, Wacława Holewińskiego, Martę Ignerską, Jana Jabłkowskiego, Stanisława Janickiego, Maję Lidię Kossakowską, Cezarego Łazarewicza, Krzysztofa Łoszewskiego, Mikołaja Łozińskiego, Tomasza Raczka, Tomasza Sekielskiego, Marcina Szczygielskiego i Michała Śledzińskiego.
W sobotnie i niedzielne poranki zapraszamy dzieci w wieku powyżej pięciu lat, na czytanie książek, warsztaty plastyczne, które poprowadzi twórca komiksów Piotr Nowacki oraz na spotkanie z Witoldem Vargasem, który pokaże jak rysować istoty opisane w książce Bestiariusz słowiański.
Kupując książeczki dla dzieci, wydane przez Polską Akcję Humanitarną, klienci wesprą działania Fundacji w zakresie edukacji globalnej w szkołach podstawowych, gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych na terenie Polski.
 
Wierzymy, że nasza praca, także autorów, wydawców i dziennikarzy, przyczyni się do stworzenia mody na czytanie, a książki kupione na kiermaszu przyniosą wiele radości na Święta i długo, długo później.



 
Kalendarz imprez

30 listopada, sobota
11.00-13.00
Warsztat plastyczny dla dzieci* poprowadzi Piotr Nowacki, autor rysunków do serii komiksów Detektyw Miś Zbyś na tropie wydawanych przez Kulturę Gniewu.
14.00
Wacław Holewiński, którego książka Opowiem ci o wolności otrzymała tegoroczną Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza, podpisuje swoje publikacje.

1 grudnia, niedziela
14.00 Rozmowa Cezarego Łazarewicza, autora książki Sześć pięter luksusu, z Janem Jabłkowskim o historii Domu Towarowego Braci Jabłkowskich.

7 grudnia, sobota
14.00 Michał Śledziński podpisuje swoje komiksy wydane przez Kulturę Gniewu.

8 grudnia, niedziela
11.00-13.00
Spotkanie z Aleksandrą Szkodą i Radkiem Żabińskim, autorami książek dla dzieci wydawanych przez Polską Akcję Humanitarną.
14.00
Krzysztof Łoszewski będzie podpisywał książki Smart casual. Męski styl oraz Dress code. Tajemnice męskiej elegancji, opublikowane przez wydawnictwo Bosz.

9 grudnia, poniedziałek
19.00 Marcin Szczygielski będzie podpisywał książki wydane nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik, między innymi: Filipinki – to My!, Poczet królowych polskich, Pl-Boy do kwadratu, Omega.

11 grudnia, środa
18.00 Tomasz Sekielski podpisuje swoje książki Sejf i Obraz kontrolny, opublikowane przez Dom Wydawniczy Rebis

14 grudnia, sobota
11.00-13.00
Spotkanie dla dzieci* z Martą Ignerską i Mikołajem Łozińskim, autorami Prawdziwej bajki, którzy opowiedzą jak powstały ilustracje do ich książki i jak autor tekstu współpracował z autorką ilustracji.
14.00
Tomasz Raczek podpisuje swoje książki wydane nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik.

15 grudnia, niedziela
14.00
Maja Lidia Kossakowska i Jarosław Grzędowicz będą podpisywać swoje książki wydane przez Fabrykę Słów.

22 grudnia, niedziela
Witold Vargas, autor ilustracji w Bestiariuszu słowiańskim oraz współautor tekstu i ilustracji
do książki Duchy polskich miast i zamków zaprasza:
12:00 AD/HD – występ zespołu bębniarzy , a po nim warsztat plastyczny dla dzieci*
Jak narysować potwora?
14.00 Podpisywanie książek.
14.30 Multimedialny wykład o duchach, strzygach i innych stworach.

17.00
Rozmowa ze Stanisławem Janickim o książce Odeon. Felietony filmowe opublikowanej przez wydawnictwo Bosz.

*na poranne imprezy zapraszamy dzieci w wieku powyżej 5 lat.




 Zachęcam wszystkich mieszkańców Warszawy i nie tylko :)


piątek, 29 listopada 2013

Kasia Bulicz-Kasprzak - "Meandry miłości"





"Och, żeby się już zakochać, żeby oszaleć z miłości (...)"


Miłość posiada wiele odcieni. Istnieje miłość namiętna, istnieje miłość młodzieńcza, jest również miłość dojrzała. Czasami trudno nam określić jaki rodzaj uczucia zawładnął naszymi zmysłami na danym etapie naszego życia, gdyż granica oddzielająca różne rodzaje miłości jest bardzo cienka. Czasami po prostu trudno nadążyć za meandrami miłości.

Kasia Bulicz-Kasprzak to znana autorka dwóch poczytnych powieści obyczajowych, które spotkały się z ciepłym przyjęciem przez czytelników: "Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna" oraz "Nalewka zapomnienia, czyli bajka dla nieco starszych dziewczynek". Autorka od dziecka wykazuje uzależnienie od czytania i pisania. Na co dzień mieszka w Sulejówku, zajmuje się wychowaniem syna oraz biega w maratonach. Wywiad z autorką – KLIK.

Koniec XIX wieku, we dworze rodziny Tarczyńskich mieszkańcy przygotowują się na bal. Helena Tarczyńska, najmłodsza z rodzeństwa obok chorowitej Hani i dumnego Henryka, liczy na poznanie mężczyzny, który niczym bohater z romansów, które czyta w tajemnicy przed matką, zawładnie jej sercem. Niespodziewanie na balu pojawia się nowy doktor – czarujący Jan Leonowicz, który rzuca urok jak się okazuje nie tylko na Helenę, ale również na inne panie we dworze. Przed młodą, roztrzepaną szlachcianką wiele chwil, które na zawsze odmienią jej podejście do życia i miłości.

Najnowszą książkę Kasi Bulicz-Kasprzak można zakwalifikować jako gatunek powieści romansowo-historycznej. Przyznam, że obawiałam się czy autorka poradzi sobie fabularnie i przede wszystkim czy zdoła stworzyć klimat sprzyjający temu gatunkowi. Współczesna powieść obyczajowa w obszarze jakiej do tej pory obracała się Kasia to bowiem coś zupełnie innego niż romans historyczny. Moje obawy okazały się jednak bezpodstawne, gdyż "Meandry miłości" przeniosły mnie w dawne czasy konwenansów i flirtów, w których kobiety wychodziły za mąż z różnych powodów, rzadko jednak z miłości. Głównym atutem historii przedstawionej na łamach książki są kreacje bohaterów, którzy przemyślani i trafnie osadzenie w epoce, w której żyli, oddają klimat XIX wieku. Akcja powieści toczy się głównie wokół dwóch głównych bohaterów, czyli Heleny zwanej Lenką oraz Jana. Jednakowoż wprowadzone zostały również wątki poboczne, które urozmaicają fabułę. Różnorakie opisy wplecione w powieść dotyczące przykładowo techniki pieczenia chleba, potęgują realistyczne odwzorowanie życia w tamtych latach.

Głównym tematem powieści jest oczywiście miłość. Miłość przedstawiona w różnych odcieniach, która często skomplikowana i trudna do zrozumienia, powoduje wiele problemów i dylematów moralnych. Nie myślcie jednak, że zakończenie historii Heleny i Jana będzie wam znane już od pierwszej strony, jak to często bywa w romansach historycznych. Wbrew pozorom Kasia Bulicz-Kasprzak zwodzi czytelnika, naprowadzając na fałszywe tropy. Kilkakrotnie przewidywałam dalsze losy szlachcianki i doktora i kilkakrotnie zostałam wyprowadzone w pole. A zakończenie było bardzo trafionym pomysłem, które zaskoczy niejednego czytelnika próbującego go przewidzieć. To co przez antagonistów tego typu literatury jest najbardziej krytykowane, czyli przewidywalne zakończenie, autorka wykorzystała na swoja korzyść. Z pewnością miłosnej historii wykreowanej przez pisarkę nie można zarzucić tej cechy.

"Meandry miłości" to jednak nie tylko miłość. To również ukazanie tła społeczno-obyczajowego tamtej epoki, biedoty i twardego podziału na klasy społeczne. To również wyeksponowanie problemu zubożałej szlachty i próżniactwa ludzi "wyżej urodzonych". To dobry zabieg, który dawkowany w odpowiednich proporcjach podnosi walor literacki całej powieści. Nieskomplikowany język i jasny, klarowny styl to cechy pióra autorki. Warto również dodać, że Kasia Bulicz-Kasprzak powtarza motyw znany z poprzednich jej książek, a mianowicie wprowadza do fabuły zwierzę w postaci konia Heleny – Koniczyny. Liczyłam na taki poboczny wątek.

Nie powiem wam, że najnowsza powieść Kasi Bulicz-Kasprzak to ambitna literatura sięgająca wyżyn literatury. Nie powiem, bo to oczywista nieprawda. "Meandry miłości" to bowiem książka mająca jeden zasadniczy cel, a mianowicie zapewnienia czytelnikowi rozrywki i chwili wytchnienia. Kasia Bulicz-Kasprzak zaskoczyła mnie swoją wciągającą powieścią i poprowadzeniem fabuły. Jak widać niezbadane są meandry myśli autorki. Skusicie się żeby je odkryć?


Kasia Bulicz-Kasprzak

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce


Recenzja bierze udział w WYZWANIU
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html




czwartek, 28 listopada 2013

"Mam poczucie, że temat Brontë nie wyczerpał się jeszcze we mnie" - wywiad z Erykiem Ostrowskim

 
Trzy siostry, jedna literacka zagadka. Takim mianem można byłoby nazwać fenomen sióstr Brontë. Dla entuzjastów talentu Charlotte, Emily i Anne (a może tylko jednej z trzech sióstr) przygotowałam dzisiaj dość niezwykły wywiad. Rozmowa z Erykiem Ostrowskim, autorem dość kontrowersyjnej książki pt. "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące", którą całkiem niedawno dzięki Wydawnictwu MG, miałam okazję przedstawiać wam na swojej stronie - KLIK. Zapraszam.



Eryk Ostrowski to urodzony w 1977 r. poeta, prozaik, eseista i redaktor. Autor siedmiu książek poetyckich i ponad dwudziestu opracowań. Ostrowski jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, może poszczycić się współpracą z takimi poetkami jak Urszula Kozioł, Joanna Salamon czy Marianna Bocian.






awiola: Jak zaczęła się Pana fascynacja Charlotte Brontë – jedną z największych zagadek literatury?
Eryk Ostrowski: Przed wielu laty moja siostra, podczas spaceru po okolicach mojego rodzinnego Pilzna, które bardzo przypominają krajobraz Haworth, opowiedziała mi historię, która sama w sobie brzmiała jak baśń – o trzech siostrach, które żyły dawno temu, samotnie, wśród wrzosowisk i które napisały niezwykłe powieści. Z biegiem lat temat narastał. Intrygowała mnie zagadka drugiej, legendarnej powieści Emily Brontë, która miała zostać zniszczona przez nią samą lub przez jej starszą siostrę, Charlotte, gdy już wiadomo było, że Emily jej nie ukończy. Kiedy fascynacją przyszłego pisarza staje się taka zagadka, istnieje duże prawdopodobieństwo, że temat doń kiedyś powróci. Do mnie powrócił po dwudziestu kilku latach. Co znamienne – być może podświadomie, bo rozpoczynając opowieść o Charlotte Brontë nie myślałem o zagadce Emily Brontë i "Wichrowych Wzgórz". Interesowała mnie wyłącznie Charlotte – jej życie, pasje, rozczarowania i spełnienia. Kiedy najważniejszy materiał był już napisany, historia Charlotte Brontë zaczęła niejako sama prowadzić dalszą opowieść. Wówczas wyłonił się problem "Wichrowych Wzgórz". Dopiero lektura pierwszego wiernego przekładu powieści, autorstwa Piotra Grzesika, wyświetla polskiemu czytelnikowi wielką zagadkę tego utworu. Poznawszy juwenilia Charlotte i Branwella Brontë zrozumiałem, że prawda może być zupełnie inna niż ta, w którą kazała nam wierzyć Charlotte.
awiola: Książka "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące" wywołała wiele kontrowersji wśród czytelników…
Eryk Ostrowski: Temat jest kontrowersyjny, ponieważ czytelnicy są ogromnie przywiązani do wielkiej heretyczki Emily Brontë, o której wiadomo bardzo niewiele, a to, co wiemy zostało nam przekazane w większości przez jej starszą siostrę.
awiola: Ile trwało zbieranie materiałów do książki?
Eryk Ostrowski: Gdy zabieram się za pisanie, mam już ugruntowaną i usystematyzowaną wiedzę w temacie, którego się podejmuję. Wynika ona zawsze z pasji, z wcześniejszych lektur, podejmowanych jednak niekoniecznie pod kątem napisania książki. O tym, że zaczynam pisać zawsze decyduje jakiś impuls. W przypadku Charlotte Brontë takim impulsem był poemat jej poświęcony, nad którym pracowałem przez kilka miesięcy. Jego fragment został opublikowany w miesięczniku "Odra" w październiku 2012 r. Mogę powiedzieć, że to temat pociągnął autora, nie odwrotnie. Miałem stale pod ręką liczne biografie rodziny Brontë. Te najważniejsze – napisane przez Elizabeth Gaskell, Rebeccę Fraser, Lyndall Gordon, Michele Carter, czy kanoniczną pracę Juliet Barker, a także nasze rodzime – Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej i Ewy Kraskowskiej. Jednak cały czas rozglądałem się za kolejnymi materiałami, które pozwoliłyby rzucić jakieś nowe światło na liczne tajemnice rodziny Brontë. Jednocześnie miałem świadomość, że ostatnie słowo nigdy nie zostanie tu powiedziane. – Tak brzmi zresztą przedostatnie zdanie w książce. To ostatnie należy do niej.
awiola: Jaki cel przyświecał Panu podczas pisania książki?
Eryk Ostrowski: Zależało mi na stworzeniu możliwie wiernego portretu psychologicznego niezwykłej kobiety, uznawanej za najważniejszą autorkę w historii.
awiola: Czy udało się go osiągnąć?
Eryk Ostrowski: Czytając recenzje, których pojawiło się już sporo, widzę, że książka jest odczytywana prawidłowo – jako próba rozpoznania tego, co było odpowiedzialne za geniusz Charlotte Brontë. Kiedy spotykam się z opiniami, że na kartach tej książki Charlotte żyje, mam poczucie spełnienia. Chciałem, aby tak było i na tym zależało mi najbardziej: żeby obcy człowiek, czytelnik żyjący sto kilkadziesiąt lat później, nie mógł o niej zapomnieć – tak jak niezatarte pozostawiła wspomnienia w tych wszystkich, którym choć raz dane było ją spotkać.
awiola: Wierzy Pan w teorię o anagramach tworzonych przez Charlotte?
Eryk Ostrowski: Raczej nie. Choć trzeba przyznać, że interpretację Michele Carter w jej fascynującej książce "Charlotte Brontë’s Thunder" (2011) cechuje wręcz matematyczna dokładność i właśnie konsekwencja tej metody nie pozwala jej od razu odrzucić jako szaleństwa. Zdaniem pani Carter, zarówno Charlotte, jak i Branwell, wykazywali objawy podobne do syndromu sawanta. Biorąc pod uwagę wszystko, co o obojgu wiemy – o czym piszę w swej książce – skłaniam się ku temu rozpoznaniu. Twórczość rodzeństwa Brontë skrywa bardzo wiele pod powierzchnią i dlatego fascynuje badaczy do dziś. Interpretacjom samej "Jane Eyre" poświęcono nie jeden tom. Nie jest wykluczone, że Charlotte posiadała także umiejętność tworzenia anagramów i wykorzystała ją w dziełach. Z całą pewnością nie mogę się jednak zgodzić z tym, że taki, całkowicie ukryty przekaz był powodem napisania "Jane Eyre", czy "Wichrowych Wzgórz", a treść zawarta w anagramach jest ważniejsza od tej dostępnej czytelnikom. Nie można zapominać o tym, że Brontë była rasowym pisarzem, od najmłodszych lat świadomym tego, że dla pisarza najważniejszy jest czytelnik. Było tak już wtedy, gdy mając naście lat "wydawała" wspólnie z bratem czasopismo, którego nikt poza siostrami nie czytał, a w którym – jak i później, w twórczości dojrzałej – często zwracała się do Czytelnika wprost.
awiola: W swojej książce próbuje Pan przekonać czytelnika do tezy, jakoby wyłącznie Charlotte była autorką wszystkich książek sławnych sióstr. Jest Pan o tym przekonany?
Eryk Ostrowski: Nie wszystkich; w przypadku "Wichrowych Wzgórz" sprawa jest bardziej złożona. Są podstawy, które pozwalają sądzić, że jest to ostatnie wspólne dzieło brata i siostry. – Spośród powieści Brontë "Wichrowe Wzgórza" powstały jako pierwsze i stylistycznie nie odbiegają od sagi angriańskiej, którą Charlotte tworzyła wspólnie z Branwellem przez wiele lat. Czytelnik znający Charlotte Brontë wyłącznie z jej powieści powstałych w okresie dojrzałym, nie rozpozna tu pisarki, bowiem zerwanie z Angrią w 1839 roku potraktowała jako zerwanie z pewną cechą osobowości, która działała na nią destrukcyjnie. Miała dość siły, aby to w sobie zwalczyć, uwolnić się od tego. W jaki sposób – o tym dowiedział się cały świat. Ale o tym, co to zwycięstwo nad mrokiem poprzedzało po dziś dzień wiedzą dość nieliczni, a w Polsce juwenilia Charlotte Brontë nie są znane wcale. Niezbitych dowodów w kwestii "Wichrowych Wzgórz" raczej nigdy nie uzyskamy, więc pozostaje uważnie przyglądać się tekstom. Także tym zapiskom pozostawionym przez Emily i Anne Brontë, których odkrycie przed wielu już laty wprawiło badaczy w konfuzję. Jestem przekonany, że obie młodsze siostry, choć uzdolnione malarsko, nie posiadały talentów literackich. Dowodów na to, że Anne Brontë nie napisała ani "Agnes Grey", ani "Lokatorki Wildfell Hall" dostarcza jej poezja, co do której autorstwa nie ma wątpliwości – przede wszystkim dlatego, że tak bardzo odzwierciedla pokorną i cichą naturę Anne. Dowodów dostarczają też obie powieści, którym poświęcam w książce osobny rozdział. Nie jestem pierwszą osobą podważającą legendę trzech piszących sióstr. W odróżnieniu od poprzedników zwracam jednak większą uwagę na okoliczności towarzyszące debiutowi sióstr Brontë. Także i na fakt, że wszystko, co na ten temat wiemy pochodzi od Charlotte. Przedstawiła tę historię w trzech – właściwie czterech – tekstach wspomnieniowych, opublikowanych tuż po śmierci sióstr. Na zawarte w nich twierdzenia nigdy nie było dowodów. Z biegiem lat okazało się, że wiele też im przeczy.
awiola: Która z książek sióstr Brontë jest Panu najbliższa?
Eryk Ostrowski: "Villette".
awiola: Dlaczego właśnie "Villette"?
Eryk Ostrowski: Może dlatego, że "Villette" to serce Charlotte Brontë? – Pragnienie podzielenia się swoimi przemyśleniami o tej powieści towarzyszyło mi przez długie lata. Była to jedna z przyczyn, dla których zrodził się we mnie pomysł by w ogóle pisać o Charlotte Brontë. Wiele stron poświęcam w swej książce właśnie "Villette". Jest to jedno z tych arcydzieł, które bardzo trudno określić. Współcześni Charlotte mówili, że w tej książce jest coś nadnaturalnego. Poeta Matthew Arnold po lekturze "Villette" napisał: "To jedna z najbardziej nieprzyjemnych książek, jakie kiedykolwiek czytałem – a spotkanie z nią – z Charlotte Brontë – pogłębia jeszcze to wrażenie. Ona jest ogniem bez pokarmu". – W swoim stwierdzeniu chyba najlepiej oddał naturę zarówno powieści, jak i samej Charlotte. "Villette" to książka, która przy pierwszej lekturze na pewno nie jest przyjazna, wymaga pewnej medytacji. W Polsce, mimo znakomitego przekładu Róży Centnerszwerowej, który znany był już od dziesiątków lat, powieść w zasadzie nie zaistniała. Zapewne dlatego, że tak niewiele łączy ją z "Wichrowymi Wzgórzami", czy "Jane Eyre". Brak tu wartkiej akcji, nie ma wrzosowisk, jest natomiast mistyka. Cieszę się, że mogłem najnowsze wydanie "Villette" opublikowane przez wydawnictwo MG zaopatrzyć w przedmowę, w której pokrótce wyjaśniam na czym polega fenomen tego utworu w skali światowej i dlaczego na Zachodzie jest on uznawany za najwybitniejsze dzieło Brontë.
awiola: Na czym więc polega fenomen "Villette"?
Eryk Ostrowski: "Villette" jest prekursorem współczesnej powieści psychologicznej. To także pierwszy utwór w światowej literaturze, którego pewne partie napisane są w formie monologu wewnętrznego, który dopiero pięćdziesiąt lat później zostanie rozpoznany przez literaturoznawców jako strumień świadomości. Mam nadzieję, że powieść doczeka się w Polsce należytej recepcji.
awiola: W jakim stopniu zmieniło się Pana życie po wydaniu książki "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące"?
Eryk Ostrowski: Po dwóch latach dzielenia swojego życia z Charlotte Brontë myślę, że mam więcej zrozumienia dla własnych słabości. Charlotte Brontë uświadomiła mi, że każdy człowiek ma do nich prawo i nie umniejszają one jego godności. Nauczyła mnie, że własnego zdania w relacjach międzyludzkich zawsze należy bronić. Każdy ma swoje racje, nie każdy jednak wie, że należy przy nich obstawać, aby mieć szacunek do samego siebie. Choćby wymagało to palenia pewnych mostów. Przykład Brontë bardzo wiele tu uczy. Wie to każdy, kto przeczytał "Jane Eyre" i kto poznał biografię pisarki. Zawsze to podkreślam: Charlotte Brontë była pisarzem, któremu życie nie myliło się ze sztuką. Wierzyła tylko w prawdę, była niezwykle surowa wobec siebie. Nie tolerowała gry pozorów w imię sztuki i nie wahała się przed wypowiadaniem tych myśli głośno, nawet wobec największych autorytetów. Ze względu na tę prawdę właśnie niezmiennie pozostaje dla nas tak ważna – dla mnie, dla Pani, dla całego świata.
awiola: W jaki sposób zachęciłby Pan potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po swoją najnowszą publikację?
Eryk Ostrowski: Pokazałbym mu fotografię Charlotte Brontë. Każdy, na kogo choć raz spojrzała, nie mógł o niej zapomnieć. Jedyna fotografia zdołała to spojrzenie uchwycić i zatrzymać w czasie.
awiola: Czym jest pisanie dla Eryka Ostrowskiego?
Eryk Ostrowski: Nigdy się nad tym nie zastanawiam. Nie piszę stale, pomiędzy kolejnymi książkami – bez względu na to, czy jest to monografia, tom wierszy, czy opracowanie cudzej twórczości – zazwyczaj są dłuższe okresy, kiedy w ogóle nie myślę o literaturze "zawodowo". A przystępując do pracy nad książką również się nad tym nie zastanawiam, lecz pozwalam prowadzić. Nigdy nie stworzyłem niczego, co byłoby wcześniej z góry przewidziane. Dla mnie książka musi być zaskoczeniem w takim samym stopniu, jak dla czytelnika, z tą tylko różnicą, że ja ją tworzę. Póki ten proces trwa, potrafi być niezwykle zajmującą przygodą, którą po latach wspomina się jak pobyt w innym świecie. Charakterystyczne dla takich okresów jest to, że żyje się wówczas niezwykle intensywnie, chłonie świat wszystkimi zmysłami, choć w tak zwanym prawdziwym życiu nie dzieje się zbyt wiele.
awiola: Czym w takim razie jest poezja?
Eryk Ostrowski: Wiersz tworzy się sam. Bywają długie okresy milczenia i nagłe, intensywne "opady" wierszy. Tak bym to określił, bo to skądś na człowieka spływa. Definiowanie tego mija się z celem. Mogę powiedzieć tylko, że w moim odczuciu poezja to mowa szczególna, język przekazany w formie, jakiej nie spotykamy na co dzień, choć padają tu znane nam słowa. Dlatego zdecydowana większość współczesnych wierszy z pewnością poezją nie jest. Poezję – tę prawdziwą poezję – czytelnik rozpoznaje od razu, chociażby w głośnej lekturze. Nie musi być wtajemniczony, nie musi być poetą, aby ją rozpoznać. Na tym, przykładowo, polega fenomen rozsławionej na całym świecie poezji Marzanny Bogumiły Kielar, którą przetłumaczono na dwadzieścia parę języków. Na pierwszy rzut oka w zapisie teksty te nie wyróżniają się od większości współczesnych wierszy, lecz kiedy przeczyta je Pani głośno, słyszy Pani, że tak mógłby pisać Mickiewicz, gdyby przyszło mu tworzyć dziś.
awiola: Jakie są Pana dalsze plany pisarskie?
Eryk Ostrowski: Tak jak wspomniałem – pisania nie planuję. Lubię, gdy temat sam mnie znajduje. W życiu także niczego nie planuję dalej niż miesiąc naprzód. Obecnie rozglądam się za dobrym wydawnictwem dla mojej książki "Neil Tennant: Angielski sen" poświęconej życiu i twórczości lidera Pet Shop Boys, która jest już ukończona. Monografia ta jest znów ukłonem w stronę Anglii, tu dla odmiany przedstawiam brytyjską popkulturę XX wieku. Choć piszę o muzyku, o piosenkarzu, jest to także książka o literaturze i to jak najbardziej pięknej. Myślę również o wznowieniu mojej książki o nowych wierszach Wisławy Szymborskiej, która, choć traktuje o poezji, jest książką popularnonaukową i została wysoko oceniona przez Poetkę. Mam również poczucie, że temat Brontë nie wyczerpał się jeszcze we mnie.
awiola: Co na koniec chciałby Pan przekazać czytelnikom mojej strony?
Eryk Ostrowski: Żeby czytali książki, a dokonując wyboru spomiędzy prezentowanych książek kierowali się intuicją, która rzadko zawodzi. O ile refleksje ujęte w recenzji potrafią być niezwykle pomocne, tak już komentarze wprowadzają zamęt, ponieważ zazwyczaj są zdawkowe i sprowadzają się do krótkiego "polecam" lub "odradzam". Tymczasem każdy z nas ma własne odczucia a prawie każda książka ma duszę – duszę autora, który powołał ją do życia. Nigdy nie wiadomo, co nas uwiedzie, czy będzie to styl, czy temat, czy jeszcze coś innego. Warto być otwartym na własne, nie cudze doznania. Książka poszerza nasze doświadczenie. Lektura książki w przeciągu kilku godzin potrafi zmienić całe życie…


Przyszłość nam pokaże, czy autor odkryje przed nami kolejne tajemnice sławnych sióstr. A przede mną powieść "Villette", która już czeka na mojej półce. Wszystkim tym, którzy nie czytali publikacji Eryka Ostrowskiego, serdecznie ją polecam. Z pewnością lektura ta skłania do szerokiej polemiki.


środa, 27 listopada 2013

Nina Stanisławska - "Dom kryty gontem"




"(...) musisz mieć coś, co będzie łączyło cię z twoimi korzeniami. Każdy tego potrzebuje".




 
Domy rodzinne przechowują naszą przeszłość. Wszelkie dobre i złe chwile pozostają na zawsze w przestrzeni domowych ścian. Czy więc trudny powrót do przeszłości i niezabliźnionych do końca ran może uleczyć duszę? Czasami jest to jedyne, możliwe rozwiązanie. Rozwiązanie, które pozwala poczuć w końcu pełnię życia. Pozwala być po prostu wolnym i szczęśliwym.

Pomimo moich wysiłków o autorce niniejszej książki nie znalazłam niestety żadnej informacji, co pozwala wysnuć wniosek jakoby Nina Stanisławska była pseudonimem literackim debiutującej pisarki. Wiem również dzięki dedykacji, że autorka posiada dwójkę dzieci.

Pięćdziesięciodwuletnia malarka i właścicielka galerii sztuki – Olga, podczas codziennej lektury prasy dowiaduje się o śmierci swojego od lat niewidzianego ojca. Profesor Brzozowski, szanowany w swoim środowisku lekarz, sympatią do kieliszka i autorytaryzmem zniszczył życie swojej żony i dwóch córek. Nienawiść do ojca, śmierć matki i siostry na zawsze odmieniły Olgę. Ojciec jednak nawet po śmierci nie pozwala o sobie zapomnieć. Testament Brzozowskiego kryje bowiem niespodziewaną, ostatnią wolę zmarłego w postaci przepisania rodzinnego mazurskiego domku w Ignatówkach obcej dla Olgi osobie, młodej lekarce Lenie. Tym samym powraca przeszłość, by jeszcze raz namieszać w życiu bohaterów i ostatecznie rozprawić się z ich demonami.

"Dom kryty gontem" to współczesna powieść obyczajowa w pełnym tego słowa znaczeniu. Jej kanwę fabularną stanowią bowiem tematy zaczerpnięte z codziennego życia czyli miłość, wybaczenie, demony przeszłości i wielki smutek połączony z samotnością. Wszystkie te elementy spójnie się ze sobą powiązane w połączeniu ze zróżnicowanymi kreacjami bohaterów, tworzą dającą do myślenia historię. Historię ludzkich losów, w których duma i przekonanie o własnej nieomylności unieszczęśliwiają kochane osoby.

Dom kryty gontem jest symbolem powrotu do przeszłości. Dla większości ludzi rodzinny dom to bezsprzecznie oaza spokoju i bezpieczeństwa, miejsca do którego zawsze można powrócić w trudnych chwilach. Jednak w przypadku bohaterów książki Niny Stanisławskiej, mieszkanie Brzozowskich stało się symbolem smutku, samotności i nietrafionych decyzji sprzed lat. Rozbicie rodziny, śmierć najbliższych i nienawiść pomiędzy córką i ojcem to przeszłość, która istnieje w teraźniejszości, nie dając o sobie zapomnieć. W tym wszystkim jedynie dom w Ignatówkach przywołuje szczęśliwe wspomnienia sprzed lat. Dom kryty gontem to ostatnia rzecz o którą warto walczyć. Olga pomimo upływu wielu lat od tragicznych losów swojej rodziny, nadal nie jest do końca wyleczona ze wspomnień, które szarpią jej duszę. Pojawienie się Leny zmienia wszystko. Autorka ukazuje, że z demonami przeszłości nie da się żyć jego pełnią. A sam proces wybaczenia jest oczyszczającym zabiegiem, pozwalającym iść do przodu. Ta myśl przewodnia jest bardzo widoczna w powieści. Poza tym fabuła ukazuje również czym jest rodzina i jaką rolę pełni w późniejszym kształtowaniu życia.

Z pewnością trafionym zabiegiem jest zastosowanie przez Ninę Stanisławską poznanie punktu widzenia z perspektywy nie jednej, ale kilku bohaterów powieści. Skłócona z ojcem Olga, dawny przyjaciel drugiej córki Brzozowskich Robert czy odkrywająca swoje własne korzenie Lena to ciekawy wachlarz postaci i ich różnych sposobów na radzenie sobie z własną przeszłością. Mogłabym się doczepić do wątku miłosnego na jaki pokusiła się autorka w postaci rodzącego się uczucia pomiędzy Leną i Robertem, gdyż relacje te wydały mi się nieco naciągane i sztuczne. Jednakowoż dla całości fabuły nie miało to większego znaczenia, gdyż wątek ten był wątkiem jedynie pobocznym.

Nina Stanisławska posługuje się językiem prostym i jednocześnie niezwykle obrazowym, stawiając na wywołanie wielu emocji u czytelnika. W powieści znajdziecie kilka fragmentów, które potrafią wzruszyć i skłonić do głębokich przemyśleń, czego czytelnik powieści obyczajowej z pewnością oczekuje.

"Dom kryty gontem" poleciłabym osobom chcącym doświadczyć podczas lektury bogatej palety różnorodnych uczuć. To powieść życiowa, gdyż przedstawia i opisuje właśnie życie. Tym samym stwierdzić mogę, że proza Niny Stanisławskiej spełniła moje oczekiwania. 
 




Recenzja bierze udział w WYZWANIU

wtorek, 26 listopada 2013

Ogłoszenia!




Dzisiaj ogłoszeniowo.

Chciałabym się wam pochwalić :) Wydawnictwo Dreams zaprosiło mnie do grona Oficjalnych Recenzentów. Niebawem możecie więc spodziewać się recenzji książek z tegoż wydawnictwa na mojej stronie.






Rusza akcja "Oddaj MiSie".

Chciałbyś podzielić się radością? Masz w domu dawno zapomniane zabawki czy gry planszowe? A może książki dla dzieci? Przyłącz się i "Oddaj MiSie"!

Zapraszamy na kolejną edycję akcji! W dniach od 9 do 11 grudnia w kampusie Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach członkowie Studenckiej Organizacji Public Relations "PRogress" będą zbierać zabawki dla podopiecznych ze świetlicy św. Agaty w Katowicach.
Apel odnosi się do każdego rodzaju zabawek: pluszaków, lalek, samochodzików, klocków, gier planszowych oraz książek. Choć akcja "Oddaj MiSie" organizowana jest przez studentów, to skierowana jest do każdego. Przyłączyć mogą się zarówno młodsze, jak i starsze osoby posiadające zabawki, którymi nikt się już nie bawi.

Jest to już piąta edycja akcji. Podczas ubiegłorocznej zbiórki studentom udało się wywołać uśmiech na twarzach 50 dzieci, które poczuły upragnioną atmosferę świąt.
Członkowie Studenckiej Organizacji Public Relations "PRogress" będą czekać na zabawki od 9 do 11 grudnia w godzinach od 8:00 do 15:00 przy wejściu głównym w budynku A Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach (ul. Bogucicka 3).
Finał odbędzie się 17 grudnia 2013r. w Centrum Sztuki Filmowej „Kosmos” w Katowicach. Wtedy właśnie mali podopieczni katowickich świetlic otrzymają prezenty.




***
Studencka Organizacja Public Relations PRogress jest pierwszą w Polsce organizacją studencką zajmującą się szeroko rozumianą działalnością związaną z public relations. Poprzez organizowanie cyklu seminariów, konferencji, czy konkursów wiedzy praktycznej upowszechnia wiedzę z zakresu kształtowania wizerunku osób i organizacji. PRogress powstał w 2000r. z inicjatywy studentów specjalności public relations Akademii Ekonomicznej im. Karola Adamieckiego w Katowicach.


Zapraszam na akcję!





Przypominam również o konkursach!

http://autorzy365.pl/konkurs/4/bookobranie-konkurs-portalu-autorzy365-pl


http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2013/11/konkurs-literacko-muzyczny.html

poniedziałek, 25 listopada 2013

Justyna Poremba-Patze - "Niemieckie eldorado"




"Może los sam tak rozstrzyga? Selekcjonuje myśli, wydarzenia i postacie?"

Każda emigracja z ojczyzny to inna historia człowieka i jego kolei życiowych. To właśnie przelane na papier życie, którego scenarzystą jest sam los, zaciekawia i pobudza czytelnika do myślenia. Literatura emigracyjna ciągle mnie zaskakuje, gdyż pomimo wielu przeczytanych historii napisanych przez przeróżnych ludzi, nadal potrafi mnie inspirować i wzbudzić tak wiele emocji.

Justyna Poremba-Patze to urodzona w 1959 r. w Krakowie Polka, która podczas stanu wojennego wyemigrowała do NRD, by później przenieść się do RFN. Obecnie mieszka w Düsseldorfie. "Niemieckie eldorado" przedstawia doświadczenia emigracyjne z jakimi przyszło się jej zmierzyć w swoim życiu.

Justyna Poremba-Patze w wieku osiemnastu lat po raz pierwszy wyjeżdża do Drezna do swojej miłości, Niemca Andreasa. Cztery lata owocnego romansu, pełnego miłosnych uniesień w konsekwencji wywołują niezaplanowaną ciążę i szybki ślub. W roku 1981 jako dwudziestodwuletnia matka i żona, autorka wyjeżdża z Polski na stałe do Niemiec. Emigracja niesie ze sobą wiele trudnych chwil, ale również pojawiają się jej jasne strony. Cała książka podzielona jest na dwa rozdziały: Wschód i Zachód.

"Niemieckie eldorado" to swoista spowiedź Justyny Poremby-Patze, dotycząca jej życiowych wyborów i ich konsekwencji w późniejszej egzystencji. Autorka podążając śladem swojego życia, przedstawia dzisiejszemu czytelnikowi ówczesną mentalność Niemców żyjących w NRD. Autorka jako młoda Polka, wchodząc do rodziny swojego męża Andreasa, na wstępie spotkała się ze stereotypowym myśleniem Niemców dotyczącym naszego narodu. Szokującym jest fakt, że w konsekwencji bohaterka zaczęła ukrywać swoje pochodzenie, wstydząc się Polski i jej obrazu u zachodniego sąsiada. Być może młodej mężatce byłoby łatwiej, gdyby mąż wspierał ją i traktował jak równą sobie osobę. Tymczasem Polka była notorycznie zdradzana i wykorzystywana jako pielęgniarka po wypadku Andreasa. Te i wiele innych przykrych zdarzeń jakie napotkała na swojej emigracyjnej drodze życia, czynią jej opowieść bardzo smutną, ale i zarazem pełną realizmu.

Justyna Poremba-Patze pisze mocno emocjonalnym językiem, przedstawiając swoje losy. Podczas lektury wyczuć można wielkie pokłady żalu autorki. Nie jest to jednak żal do świata i ludzi odpowiedzialnych za jej życiowe zakręty. To żal do samej siebie, za własne wybory, za strach i nietrafione związki z mężczyznami. Uczucie to przebija od pierwszej strony i jest mocno wyczuwalne w całej książce.

Tytuł noweli autorki, gdyż tak mogłabym zakwalifikować tę publikację, jest dość przewrotny. Eldorado to przecież symbol dobrobytu, krainy szczęśliwości i raju. Dla autorki emigracja do Niemiec nie okazała się żadnym z tych pojęć, a wręcz przeciwnie. Niemieckie eldorado było pełne bólu, samotności, wyobcowania i tęsknoty za ojczyzną i rodziną. Tytuł książki został naprawdę trafnie dobrany, na zasadzie przeciwieństwa.

Można byłoby pokusić się o analizę postawy i zachowań autorki na tle upływających lat jej życia, jednakże w moim przekonaniu ocena trafności jej decyzji nie powinna być celem tego tekstu. Czytając jej historię, wielokrotnie miałam mocno mieszane uczucia i targały mną przeróżne emocje. Dlaczego autorka dała się przez tyle lat upokarzać? Dlaczego była niezdecydowana? Takich pytań czytelnikowi z pewnością nasunie się wiele i to chyba stanowi o wartości tej książki. Książki, której scenariusz napisało samo życie, bez żadnego wyjątku.

Nie powiem wam, że "Niemieckie eldorado" to porywająca lektura, która będzie stanowić perełkę w waszych czytelniczych podbojach. To raczej lektura o ludzkich słabościach i niemocy, o żalu za niespełnieniem i szczęściem w życiu. To nie jest również książka dla czytelników wyłącznie oceniających zachowania innych ludzi, gdyż autorka odsłoniła spory kawałek swojej duszy. Kawałek, po którym jest mi po prostu smutno.



Justyna Poremba-Patze


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater i wydawnictwu Skrzat


Recenzja bierze udział w WYZWANIU

niedziela, 24 listopada 2013

Patrycja Flejszer - "Szlak niepewności"





"Nikomu nie jest łatwo, ale najprościej nałożyć maskę i wmawiać wszystkim, że jest się szczęśliwym".

Ile bólu i rozczarowań może znieść młoda osoba, dopiero wchodząca w dorosłe życie? Czas młodości, który powinien charakteryzować się beztroską i wolnością, zamieniony na ciągłą walkę i pokonywanie własnych słabości i strachu, to czas niepewności. Nie każdy jednak taki czas jest w stanie przetrwać.

Patrycja Flejszer to osiemnastoletnia mieszkanka Zabrza. Jej przygoda z pisaniem zaczęła się w 2007 r., w sieci autorka znana jest pod pseudonimem Snooki. Patrycja lubi dobry film i muzykę oraz oczywiście książki. Jest miłośniczką koreańskiego kpop'u, uwielbia czytać powieści Kevina Brooksa. Inspirację do pisania czerpie z własnych doświadczeń oraz życia wokół siebie. "Szlak niepewności" to jej debiut literacki wydany w formie e-booka.

Szesnastoletnia Jamie Swan mieszka wraz z ojcem alkoholikiem w Brencev, miasteczku w stanie Kalifornia. Bohaterka nie ma łatwego życia, po śmierci matki, ucieczce siostry oraz porzuceniu swojej pasji skakania wzwyż, stara się ułożyć swój świat na nowo. Nie pomaga jej w tym ojciec, który popadając w coraz większy nałóg alkoholowy zamienia życie córki w piekło. Nie pomaga jej również szkoła, w której rówieśnicy na czele z Salvadorem – kapitanem drużyny koszykarskiej, utrudniają jej życie na każdym kroku. Pewnego dnia jednak przyjmujący dotąd bierną postawę przyjaciel Salvadora - Caleb, przeciwstawia się udręczaniu Jamie. Czasami jednak jest już za późno by zaczynać wszystko od nowa.

"Szlak niepewności" to mini-powieść (nowela) dla młodzieży. Autorka bowiem skupia się na tych kwestiach, które w życiu dorastającego człowieka stanowią istotną rolę. Jamie to postać, której życie doświadcza bardzo srogo. Śmierć matki, obojętność siostry, alkoholizm ojca i do tego brak akceptacji ze strony swoich rówieśników – to wiele jak na jedną osobę. To ciężar, który przytłacza i o którym trudno zapomnieć. Główny oprawca bohaterki to wbrew pozorom postać wywołująca sprzeczne emocje. Z jednej strony bezlitosny, nie potrafiący wykrzesać z siebie ani krzty współczucia. Z drugiej zaś, samotny i niezrozumiany przez rodzinę i przyjaciół, przyjmujący maskę twardego sportowca. Zarówno Jamie jak i Salvador, pomimo, że stoją po przeciwnych stronach barykady, są ofiarami tego samego – dorosłych, którzy zamiast dbać o swoje dzieci, uciekają w różne strony – nałóg czy inne kobiety. To z pewnością historia o wielkiej samotności i niezrozumieniu, przy czym pojęcia te nie dotyczą jedynie Jamie, chociaż to właśnie ona jest główną bohaterką książki Patrycji Flejszer.

Podczas czytania moją konsternację wzbudzała postać Caleba, który do końca nie potrafił wybrnąć z własnych, zaszufladkowanych przekonań i obawy przed tym co powiedzą inni. W momencie, gdy już jego zachowanie zmierzało w dobrym kierunku, niespodziewanie zadał Jamie cios prosto w serce, po którym dziewczyna nie była w stanie się podnieść. To bohater, który pomimo szczerych intencji, nie był do końca zdecydowany. Dobrym pomysłem było umiejscowienie akcji powieści w USA, dzięki temu przekaz historii staje się bardziej uniwersalny. Język Patrycji Flejszer to proste słownictwo, ukierunkowane na młodych czytelników. Bazujące na emocjach, mocno obrazowe.

Utwór młodej debiutantki to jedynie sto jeden stron. Stron przepełnionych wylegającym z każdej strony smutkiem i nieszczęściem. Problemy, o których pisze autorka, a którymi obarczyła wykreowane postacie swojej książki, to problemy z którymi boryka się duża część młodzieży. Czy więc historia Jamie może być swoistą przestrogą dla czytelników? W mojej opinii jak najbardziej, gdyż prawie w każdej szkole znajdzie się osoba podobna do bohaterki, nietolerowana i wyszydzana na każdym kroku. Dlatego też polecałabym debiut Patrycji Flejszer młodym czytelnikom, którzy nie szukają wyłącznie we współczesnej literaturze wampirów i erotyki. To bowiem książka o wszechobecnej samotności, której skutki mogą być naprawdę opłakane.

Po przeczytaniu debiutu młodej autorki, nasunęło mi się taka oto refleksja: całe nasze życie to tytułowy szlak niepewności. I tylko od nas zależy czy szlak ten będziemy pokonywać każdego dnia czy w pewnym momencie po prostu się zatrzymamy. Jeśli jesteście ciekawi jaką drogę obrała Jamie, zapraszam do lektury.


Patrycja Flejszer

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce


Recenzja bierze udział w WYZWANIU





sobota, 23 listopada 2013

Agnieszka Turzyniecka - "Inspektor Kres i zaginiona"



"Nad starymi kamienicami Rynku Trybunalskiego zaczynały się zbierać groźne chmury. Wszystko wskazywało na to, że majową sielankę przerwie pierwsza w tym roku letnia burza".



W powieści kryminalnej postać detektywa, policjanta czy po prostu osoby, która podjęła się rozwiązania intrygi kryminalnej to kreacja kluczowa, bez której trudno mówić i pisać o dobrym kryminale. Z pewnością autorka książki, o której dzisiaj wam opowiem wiedziała co robi, tworząc tytułowego bohatera swojego kryminału – Inspektora Kresa. Bohatera z krwi i kości rodem z Piotrkowa Trybunalskiego.

Agnieszka Turzyniecka to pasjonatka podróży, języków obcych, dobrego kryminału oraz miłośniczka psów. Jest absolwentką germanistyki i romanistyki na niemieckim uniwersytecie. Autorka pracowała jako dziennikarka dla lokalnej prasy, obecnie zaś pracuje w ogólnopolskich gazetach. W sieci znajdziecie jednej z jej blogów - "Gryzipiórek". Pierwotnie powieść "Kres i zaginiona" została wydana w 2011 r. formie e-booka.

W Piotrkowie Trybunalskim, niewielkim mieście w województwie łódzkim w tajemniczych okolicznościach znika dwudziestoośmioletnia Basia – kelnerka pracująca w miejscowej restauracji. Jej matka Marianna, zaniepokojona brakiem kontaktu z córką, zgłasza zaginięcie pierworodnej. Sprawa zostaje przydzielona miejscowemu inspektorowi policji. Marian Kres podczas śledztwa odkrywa fakty z podwójnego życia Barbary, sprawa zaginięcia młodej dziewczyny nie daje mu bowiem spokoju. Z biegiem czasu pojawiają się również inne sprawy, którymi inspektor musi się zająć, jednak w miarę upływu czasu nie zapomina o Basi, której odnalezienie to sprawa jego honoru.

Agnieszka Turzyniecka zaskoczyła mnie pomysłem na poprowadzenie fabuły. Otóż, powieść "Inspektor Kres i zaginiona" nie jest typowym kryminałem, w którym akcja toczy się wokół jednego tylko wątku. Autorka bowiem wykreowała główny wątek w postaci zaginięcia młodej dziewczyny i jednocześnie wplotła w fabułę kilka innych, które urozmaicają powieść. Przy czym nie można powiedzieć, że fabuła jest niespójna. Sprawy jakie rozpracowuje Kres dobrze wkomponowują się w całą fabułę i stanowią wątki poboczne do przedmiotu zniknięcia Basi. Dobrym zabiegiem zastosowanym przez autorkę było wprowadzenie pierwszoosobowej narracji w przypadku kilku bohaterów. Czytelnik dzięki temu ma szansę poznać przemyślenia Kresa, porwanej Basi, czy nawet niektórych przestępców. Taka perspektywa to kolejne urozmaicenie dla potencjalnego odbiorcy książki. 

Należałoby się również zatrzymać na chwilę przy głównym bohaterze powieści Agnieszki Turzynieckiej. Marian Kres to policjant z powołania, wiernie stojący na straży prawdy i sprawiedliwości w polskich realiach. To człowiek, który przedkłada obowiązki służbowe nad życie osobiste, nie potrafiąc znaleźć bezpiecznej granicy oddzielającej pracę od życia po służbie. W tym aspekcie razić może jego znieczulica wobec choroby własnej żony, widać tutaj bowiem pewną sprzeczność w kreacji detektywa. Trudno mi bowiem zaakceptować fakt, że osoba tak oddana innym ludziom, nie potrafi znaleźć współczucia dla towarzyszki swojego życia. Przyznam, że stosunki pomiędzy małżonkami jakie ukazała autorka są dla mnie nieco niedopracowane. Jednakowoż sama postać Kresa jako policjanta posiadającego słabości i wewnętrzne rozterki to strzał w dziesiątkę. Bohater ten jest bowiem prawdziwy. To policjant jakich wielu w naszych polskich realiach.

"Inspektor Kres i zaginiona" to kryminał, który wciągnie was z fikcyjny świat spraw detektywa z Piotrkowa Trybunalskiego. To przyjemna lektura, która na pewno zapewni wam chwile wytchnienia pomiędzy bardziej absorbującymi książkami. Cieszyć może również fakt, iż autorka zaczęła pisać drugą część przygód inspektora Kresa. Jestem ciekawa czym tym razem zajmie się detektyw?


Agnieszka Turzyniecka
  
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Szara Godzina





Recenzja bierze udział w WYZWANIU 



piątek, 22 listopada 2013

"Myślę, że poezja i proza to dwie różne formy, które się wzajemnie uzupełniają" - wywiad z Bellą Grek



Po raz pierwszy w cyklu moich wywiadów z autorami goszczę poetkę. Dwa tomiki jej wierszy zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Tak wielkie, że dzięki nim zaprzyjaźniłam się z poezją. Zapraszam na dzisiejszy wywiad.




Poetka pisząca pod pseudonimem Bella Grek jest autorką dwóch tomików poezji: "Gladiator w różowej sukience" oraz "... i inne przypadki" - KLIK. Oprócz pisania wierszy, Bella gotuje i fotografuje. Poza tym lubi sekrety. W sieci znajdziecie jej blog – KLIK.





 
awiola: Od kiedy poezja jest obecna w Pani życiu?
Bella Grek: W moim rodzinnym domu były pięknie wydane, ilustrowane bajki w sztywnych oprawach o dużym formacie Ignacego Krasickiego, Juliana Tuwima i Jana Brzechwy. Uwielbiałam je przeglądać, dotykać, czytać, a nawet wąchać. Stanowiły pewnego rodzaju relikwię, inny wymiar rzeczywistości. Te bajki do dziś mi towarzyszą jak tylko zamknę oczy. Bajki są dowcipne, zabawne, poddają rzeczywistość krytyce, jednocześnie przedstawiając brutalną prawdę o życiu używając często symboliki.
awiola: Jak zdefiniowałaby Pani pojęcie "poezji"? Czy zgadza się Pani z tezą jakoby poezja była przeciwieństwem prozy?
Bella Grek: Poezja dla mnie to taka skondensowana forma prozy. Jak puszka skondensowanego mleka w porównaniu do litra mleka w butelce. Mała zawartość, a dużo smaku.
Lubię książki, po której lekturze człowiek rozważa, zastanawia się. Daje to czytelnikowi pewnego rodzaju wolność w interpretacji. Tu nic nie jest wprost. Wszystko wymaga wyobraźni.
Myślę, że poezja i proza to dwie różne formy, które się wzajemnie uzupełniają.
awiola: Jak wygląda w Pani przypadku proces powstawania liryk?
Bella Grek: To banalne, najczęściej, kiedy jakiś temat, wydarzenie mnie poruszy i zastanawiam się nad daną kwestią, nagle w głowie układają się wersy, najczęściej są gotowe do zapisania i powtarzam je sobie w kółko, aby nie zapomnieć lub natychmiast muszę zapisać. Czasem już na papierze wymagają "przebudowy" czy też "remontu", ale najczęściej wyskakują jak "Filip z konopi".
awiola: Jest Pani autorką dwóch tomików poezji. Wydała je Pani własnym sumptem. Czy podjęcie się samodzielnej publikacji twórczości było skomplikowanym zadaniem? Napotkała Pani jakieś trudności na tej drodze?
Bella Grek: To nie jest skomplikowany temat. Wystarczy powiedzieć sobie: chcę to zrobić.
Zaplanować działania. Potem to właśnie zrobić. Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma problemów są tylko wyzwania. Jeśli czegoś bardzo się pragnie i dąży się do tego, to na pewno zostanie działanie zrealizowane.
awiola: Od 2010 roku publikuje Pani swoje wiersze również na blogu. Czy w jakiś sposób pomogło to w wydaniu tomików?
Bella Grek: Żyjemy w dobie globalizacji i uznałam, że należy udostępnić część wierszy w formie bloga, dociera ona do szerszej publiczności. Czy to pomaga? Nie mam pojęcia. Raczej stanowi uzupełnienie tak jak inne technologie.
awiola: Czy któryś z Pani utworów jest dla Pani szczególny?
Bella Grek: Lubię wiersze z poczuciem humoru oraz cenię ironię i sarkazm. Ma być krótko i mocno. Jednocześnie rozczulają mnie "Moje anioły".

Zakładać skrzydła anielskie
I podziwiać tęcze

Bujać w chmurach
I biegać po górach

Boso po trawie
I turlać w sianie


Taplać w kałużach
I skakać po różach


Zbiegać po schodach
I gumę bezczelnie żuć.

Z dachu skakać
I wiatr w usta łapać

Drzewa zdobywać
I cukier rozsypywać


Po łóżku brykać
I muchy łapać

Żaby straszyć
I pestki pluć

Rabaty deptać
I szyby tłuc

W czapce przy stole
Mlaskać i śmiać.

A wieczorem na twarz paść
I u matki w ramionach spać… 
 
awiola: Dlaczego używa Pani pseudonimu literackiego? Czy nazwanie siebie "Bellą Grek" ma jakieś konkretne znaczenie?
Bella Grek: Pseudonim daje mi poczucie bezpieczeństwa. Być może złudne, ale lepiej się czuję.
Kiedyś zastanawiałam się czy to nie jest rodzaj schizofrenii wynikający z rozdwojenia pomiędzy życiem realnym gdzie należy rano wstać, wykonać miliony czynności w pośpiechu i pędzie, szybko myśleć podejmować racjonalne decyzje, a światem poezji gdzie jest czas na czytanie, rozważanie, kontemplowaniem życia.
Sam pseudonim jest oczywiście symboliczny, nawiązuje do tego, co piękniejsze, lepsze w życiu.
awiola: Rozumiem, że Pani twórczość literacka oscyluje wyłącznie w obszarze poezji. A co z prozą? Widzi się Pani również w tym obszarze literatury?
Bella Grek: Tworzenie prozy jest dla mnie zbyt trudne, opanowanie tak dużego materiału, aby był spójny wydaje mi się wyzwaniem poza moje możliwości. Myślę, że stworzenie dzieła o dużym formacie wymaga jakiejś nad ludzkiej siły. Mam w szufladzie krótkie opowiadania, ale do poważnej prozy jeszcze nie dojrzałam. Próbka: (4) RAISEFIBER
https://www.facebook.com/notes/bella-grek/raisefiber/201765939852029
awiola: Czy według osoby piszącej wiersze, poezja i jej przekaz ma rację bytu w dzisiejszym świecie, nastawionym głównie na konsumpcję?
Bella Grek: Im szybciej będziemy żyć, tym bardziej będziemy tracić, na jakości życia. Jeśli przekracza się w życiu "barierę dźwięku" to człowiek zaczyna się psychicznie dławić jak silnik w motorze i przychodzi czas na zatrzymanie.
Na świecie funkcjonuje z coraz większym powodzeniem ruch SLOW FOOD i wierzę, że spowolnienie stanie się pierwszą potrzebą naszej konsumpcyjnej cywilizacji. A co za tym idzie przyjdzie czas na refleksję.
Zrozumienie, że życie jest wartościowsze od posiadania.
Poezja może właśnie w tym pomóc, ponieważ są to małe formy, wymagające krótkiego skupienia, a potem można już tylko myśleć. Nie ma potrzeby obejmowania umysłem całego dzieła. Tylko tu i teraz sześć wersów, koniec.
To czas odrodzenia poezji, kiedy zaczniemy się cieszyć życiem, prostymi rzeczami: słońcem, spacerem, pachnącą pościelą, przytuleniem, wspólnym posiłkiem. Kiedy zaczniemy świętować każdy nowy dzień i każde spotkanie.
awiola: Dwa tomiki wydane. Co dalej? Jakie ma Pani plany?
Bella Grek: Pracuję nad kolejnym tomikiem wierszy. Będzie o podróży. Podróży przez życie. Pełnych przygód. Zaskakujących i nieoczekiwanych. O spotkanych ludziach. O złości, o zmęczeniu, pieniądzach, szaleństwie, gotowaniu, dzieciach, miłości. Tym wszystkim, co obdarowuje nas życie. Istny bigos.
awiola: Czyta Pani wyłącznie poezję? Czy również proza jest obecna w Pani życiu?
Bella Grek: Czytam głównie prozę, poezja jest dodatkiem. Tematyka jest bardzo różna, interesuje mnie NLP i rozwój emocjonalny jak również filozofia, powstanie świata, fizyka kwantowa i religioznawstwo.
Kocham książki Paulo Coelho i Erica Emmanuela Schmitta za magię.
Ciekawi mnie tematyka książek Stephena Hawkinga i Richarda Dawkinsa.
Rozmyślam przy lekturze Leszka Kołakowskiego, najciekawsza pozycja to "13 bajek z królestwa Lailonii".
Bawią mnie wszystkie historie bohaterów Katarzyny Grocholi.
Płaczę i pęka mi serce przy twórczości Doroty Terakowskiej.
Intryguje mnie lodowata proza Jerzego Pilcha i Jerzego Kosińskiego.
Janusz Leon Wiśniewski jest po prostu świetny, najbardziej cenię książkę "Bikini".
A wiersze Wiesławy Szymborskiej są oczywiście perłą w mojej biblioteczce.
awiola: Jakich rad udzieliłaby Pani osobom chcącym wydać swój pierwszy tomik poezji?
Bella Grek: To nie jest trudne. Wystarczy chcieć. Można znaleźć wydawcę lub zrobić to samodzielnie. Dziś jest sporo ofert w sieci. Satysfakcja trzymania w dłoni pierwszego swojego dzieła wydanego drukiem jest nieziemska.
awiola: Co na koniec chciałaby Pani przekazać czytelnikom mojej strony?
Bella Grek: Ciągle jesteśmy w drodze, ciągle możemy coś zmienić. Sprawmy, aby nasze życie było piękniejsze.

Jeśli boicie się poezji, zachęcam was do przeczytania wierszy Belli Grek. Autorce dziękuję za poświęcony czas i oczywiście czekam na kolejny tomik. Od niedawna również tomik "Gladiator w różowej sukience" jest dostępny na allegro - LINK. Zapraszam.