czwartek, 31 października 2013

E. L. James – "Nowe oblicze Greya"



I tom "Pięćdziesiąt twarzy Greya" - KLIK
II tom "Ciemniejsza strona Greya" - KLIK


"(…) kocham także Christiana megalomana i kontrolującego Christiana, Christiana sekseksperta, perwersyjnego Christiana, romantycznego Christiana, nieśmiałego Christiana… lista nie ma końca".



Nadszedł w końcu ten nieuchronny moment pożegnania się z bohaterami trylogii, która zachwyciła oraz jednocześnie wzburzyła miliony ludzi na całym świecie. Od paru dni przemierzałam niezbadane rejony umysłu Christiana Greya oraz niewinne, pełne czystego uczucia serce Anastasii Steel. Część trzecia niestety niczym mnie nie zaskoczyła, wszystko bowiem już było.

Erica Leonard, pisząca pod pseudonimem E. L. James to czterdziestodziewięcioletnia gospodyni domowa i była dziennikarka mieszkająca z mężem oraz dwójką dzieci w Londynie. Autorka nie ukrywa, że początkowo jej bestseller był fanfikiem napisanym na podstawie kultowego już "Zmierzchu" Stephanie Meyer. Literatura fanfiction to jak wskazuje nazwa, utwory pisane przez fanów konkretnej książki czy innego dzieła nawiązujące do jego fabuły. W ten sposób powstał szkielet znanej już na całym świecie trylogii, tak niejednoznacznie odbieranej przez czytelników, która autorce przyniosła ogromne profity finansowe i popularność.

"Nowe oblicze Greya" jest trzecim tomem trylogii, opowiadającym losy kochanków, których połączył dość niespotykany układ. Ana i Christian po wspaniałym ślubie i podróży poślubnej spędzonej w Europie, powracają do domu, by zacząć wspólne, codzienne życie. A nie jest to łatwe biorąc pod uwagę potrzebę kontroli jaką nadal silnie odczuwa Grey. Ana postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i w końcu zaczyna pokazywać długo tłumioną niezależność. Zanim jednak dobrniecie do szczęśliwego zakończenia, pojawi się na horyzoncie były i niebezpieczny szef Any oraz nieprzewidziane komplikacje w postaci… tego wam oczywiście nie zdradzę. 

Cóż, mimo faktu braku zaskoczenia w każdym wątku powieści, uważam, że część trzecia jest bardziej dynamiczna niż "Ciemniejsza strona Greya", która zmęczyła i wystawiła na ciężką próbę moje zapędy czytelnicze. W zasadzie w ostatnim tomie czytelnik zostaje uraczony wszystkimi pikantnymi scenami, jakie powtarzały się w dwóch poprzednich częściach. Opisy erotycznych uniesień kochanków są takie same, występują te same powtórzenia i zachwyty. Uważam więc, że w kwestii erotyki autorka nie wykazała się niczym nowatorskim. A szkoda, gdyż właśnie tutaj oczekiwałam czegoś nowego, co pobudziłoby moje zmysły. Tymczasem z każdym kolejnym opisem seksu bohaterów pojawiał się coraz większy marazm.

Powieść w minimalnym stopniu ratuje druga połowa książki, w której zdarzenia nabierają szybkiego tempa, nareszcie coś zaczyna się dziać. Przemiana głównej bohaterki z szarej myszki w pewną siebie kobietę, pozwala poczuć powiew świeżości. Wydarzenia, które narażają Anę na utratę życia, pozwalają na chwilę zapomnieć o stale jej towarzyszącej "wewnętrznej bogini". Zakończenie, o ile łatwe do przewidzenia, jest zbyt cukierkowe i bajkowe. Odmieniony Grey to nie ten bohater, który zawładnął wyobraźnią kobiet na całym świecie. Mdliło mnie od wielkiego szczęścia, jakie było udziałem Any i Christiana. Szkoda, że autorka nie wplotła chociaż jednego wątku, który pozostawiłby niedomówienie i pewną dozę tajemnicy. Nad stylem pisania nie będę się rozwodzić, gdyż widać tutaj pełną stałą: prostota.

Dość ciekawym zabiegiem okazało się dorzucenie do książki kilku stron opowiadających historię początku znajomości kochanków z perspektywy mrocznego Greya. Podobnież Erika Leonard zapowiedziała, że ma w planach napisanie całej trylogii od nowa, z punktu widzenia Christiana. Ciekawe, czy znajdą się chętni i na tę książkę?

W mojej opinii, przeczytanie dwóch pierwszych tomów od przysłowiowej "deski do deski" jest niemałym osiągnięciem. Z uwagi na ten fakt, można pokusić się o przeczytanie również finałowego tomu, po tylko by wiedzieć jak zakończyła się historia nietypowej miłości Any i Greya. Cieszę się, że mam już za sobą całą trylogię. Myślę, że wszystkie części można byłoby połączyć w jedną powieść, wykreślając wiele fragmentów kompletnie niepotrzebnych, które na dłuższa metę męczą i nużą czytelnika.

Mimo wszystkich zarzutów jakie niesienie ze sobą trylogia Eriki Leonard, rozumiem dlaczego historia ta stała się bestsellerem na całym świecie. Większość kobiet podświadomie marzy o swoim Greyu, przystojnym i bogatym mężczyźnie, z piętnem tajemnicy, który rozpali wszystkie nasze zmysły. Jednakowoż jest to tylko marzenie, które nie ma absolutnie żadnego przełożenia na otaczającą nas rzeczywistość. Warto o tym pamiętać, a trylogię mimo wszystko przeczytać. Tak dla własnej przyjemności poznawczej.

E. L. James


środa, 30 października 2013

Czytaj i pisz!


Uważacie, że macie talent pisarski? Piszecie do szuflady, nie mając odwagi przedstawić swojej twórczości szerszemu gronu czytelników? Mam dla was interesującą propozycję – nowy portal Czytaj i pisz zaprasza wszystkich spragnionych pisania do współtworzenia portalu. Czytaj i pisz to połączenie X-factor z czytelnią on-line. To interaktywna czytelnia kształtowana na żywo przez użytkowników.





Redakcja Czytaj i pisz poszukuje chętnych do podzielenia się swoim talentem pisarskim. Na łamach portalu czytelnicy mogą czytać różnorodne książki, ale także je współtworzyć. Macie także możliwość sprawdzenia się, a jedyną weryfikacją Waszego talentu będą inni czytający głosujący na propozycję dalszego ciągu powieści. Kolejne odcinki będą się ukazywały w cyklu cotygodniowym.


Redakcja zaprasza także do umieszczania swoich pamiętników oraz poezji. Nie zapomniano również o miłośnikach komiksów. Co tydzień będzie się ukazywał nowy pasek autorskiej serii: "Bolo i Zuza".


Poszukiwani są moderatorzy i redaktorzy, ludzie pragnący współtworzyć portal. Jeśli jesteś więc molem książkowym, a do tego masz lekkie pióro i bujną wyobraźnię, to tu możesz zrealizować swoje literackie pasje, a także podzielić się swoimi doświadczeniami z innymi. Dla każdej kategorii/zakładki przewidziany jest moderator/opiekun, który będzie miał realny wpływ na zamieszczane tam treści oraz możliwość publikacji własnych tekstów. Jeśli chcesz dołączyć do zespołu Czytaj i pisz, serdecznie zapraszam (poprzez zakładkę kontakt) lub na maila info@czytajipisz.com.



Zapraszam więc wszystkich twórców do czytania i rejestracji.

Co sądzicie o takiej formie portalu?



wtorek, 29 października 2013

E. L. James - "Ciemniejsza strona Greya"





Recenzja - I tom "Pięćdziesiąt twarzy Greya" - KLIK



"Chcę być dla tego mężczyzny wszystkim, jego alfą i omegą, a także wszystkim pomiędzy, ponieważ on jest wszystkim dla mnie".



Powracam do świata mało rozgarniętej Anastasii Steele i władczego posiadacza wielkiej fortuny, Christiana Greya. Pierwszy tom, mimo wielu mankamentów, o których pisało mnóstwo czytelników, zaciekawił mnie na tyle, by pożyczyć drugą część trylogii. Zastanawiało mnie, czy i tym razem autorka może czymś zaskoczyć czytelnika.

Erica Leonard, pisząca pod pseudonimem E. L. James to czterdziestodziewięcioletnia gospodyni domowa i była dziennikarka mieszkająca z mężem oraz dwójką dzieci w Londynie. Autorka nie ukrywa, że początkowo jej bestseller był fanfikiem napisanym na podstawie kultowego już "Zmierzchu" Stephanie Meyer. Literatura fanfiction to jak wskazuje nazwa, utwory pisane przez fanów konkretnej książki czy innego dzieła nawiązujące do jego fabuły. W ten sposób powstał szkielet znanej już na całym świecie trylogii, tak niejednoznacznie odbieranej przez czytelników, która autorce przyniosła ogromne profity finansowe i popularność.

Pod koniec pierwszego tomu, czytelnik jest świadkiem odejścia Any od Szarego. Odejścia, które w drugiej części trwa jedynie pięć dni. Dni długich dla obydwojga zakochanych. Po tym okresie bowiem Ana i Christian spotykają się, wybaczając sobie nawzajem. Bohaterowie postanawiają zacząć od początku swoją znajomość i ustanowić nowy układ, bez Uległej i jej Pana, bez ostrego seksu. Grey wyjawia Anie tajemnicę swojego podejścia do zabaw BDSM, która wiążę się stricte z jego przeszłością. Między bohaterami występuję ciągła walka i konfrontacja postaw życiowych, a do tego pojawia się niebezpieczna, była uległa Christiana, nauczycielka ostrych zabaw – Pani Robinson, oraz zaborczy szef Anastasii.

Niestety druga część trylogii okazała się w moim mniemaniu bardzo przewidywalna. O ile w "Pięćdziesięciu twarzach Greya" większość motywów była dla mnie nowa, o tyle w drugim tomie motywy te stale się powtarzały, doprowadzając mój organizm do nagminnego ziewania. Sceny zabaw erotycznych kompletnie niczym się nie wyróżniały. Większość z nich to opisy typowego seksu waniliowego, jakim nazwałby go Grey. Pojawia się jedynie kilka fragmentów ostrzejszej zabawy, w tym nowość – seks analny. Erotyka w wykonaniu autorki to nadal ciągła gotowość Christiana do stosunku, nawet kilka razy dziennie czy każdorazowe szczytowanie Any. Wtórne również okazały się okrzyki kochanków podczas uprawiania miłości. Okrzyki, które doprowadzały mnie do szewskiej pasji, ile bowiem można czytać w kółko o tym samym. A pojawiająca się co stronę "wewnętrzna bogini" Any wymęczyła mnie do cna.

Na obronę "Ciemniejszej strony Greya" przemawia o niebo lepiej skonstruowana fabuła. W książce pojawia się bowiem więcej wątków, trochę akcji i napięcia. Dzięki temu mój przesyt opisami erotycznych uniesień Any i Greya został trochę przytłumiony. Wątek byłej uległej – Leili, czy chcący zaciągnąć Anę do łóżka jej szef, pozwoliły mojej osobie dokończyć czytanie tej powieści. Bez tego chyba bym po prostu nie dotrwała. W mojej opinii dzieło E. L. James powinno zostać okrojone o co najmniej 200 stron, nie byłoby wówczas takie męczące i powtarzalne, bo przecież każda, nawet najlepsza słodycz może doprowadzić nas do mdłości.

Odnosząc się do języka i stylu autorki to nie widzę zasadniczej różnicy między pierwszym i drugim tomem. Nadal występuję prosty język i wiele powtórzeń. I nadal widać zbieżność losów bohaterów z losami Belli i Edwarda z sagi "Zmierzch".

Zamierzam przeczytać ostatnią część historii Greya, gdyż jestem ciekawa jak autorka poradziła sobie z zakończeniem losów Any i Christiana. Nie spodziewam się jednak czegoś nieoczekiwanego i przewrotnego. O ile jeszcze potrafię zrozumieć zachwyt nad pierwszym tomem, to nad drugą częścią już niekoniecznie. Nie napiszę więc, że polecam czy odradzam wam tę lekturę, gdyż wiem z własnego doświadczenia, iż po pierwszej części większość z was i tak sięgnie po drugi tom.

E. L. James 

poniedziałek, 28 października 2013

"Mam dość innowacyjny umysł, który lubi nie tylko pisać" - Wywiad z Wojciechem Pietrzakiem



W ramach mojego cyklu wywiadów z autorami zapraszam was dzisiaj na rozmowę z Wojciechem Pietrzakiem, autorem powieści kryminalnej "Hexa" - KLIK, oraz trzech tomików fraszek - KLIK. To najbardziej obszerny wywiad w historii mojego cyklu, także zaparzcie sobie dobrą kawę lub herbatę i zapraszam do lektury.




Wojciech Pietrzak swoje dzieciństwo spędził w Mielcu. Z wykształcenia programista, z zamiłowania szachista i pisarz książek, felietonów, opowiadań, wierszy i fraszek. O napisaniu powieści kryminalnej marzył już jako dziewięcioletni chłopiec. Autor mieszka obecnie w Warszawie wraz żoną, córką i kotem. 









awiola: Programista komputerowy zajmujący się tworzeniem literatury, to dość barwne połączenie. Skąd pomysł na pisanie w Pana życiu?

Wojciech Pietrzak: Właściwe pytanie powinno brzmieć: "skąd pomysł na programowanie?". Z pierwszym komputerem klasy PC, jaki w ogóle pozwolono mi samodzielnie obsługiwać, zetknąłem się mając bodajże 11 lat. To co najmniej dwa lata później od momentu, w którym postanowiłem, że napiszę kryminał, i co najmniej sześć lat po moich pierwszych próbach tworzenia infantylnych wierszyków.
Chciałbym tu zaznaczyć, że moim zdaniem jedyną dziwną rzeczą w połączeniu ścisłego umysłu programisty z tworzeniem kryminałów jest to, że nikt przede mną tego nie zrobił, a przynajmniej o nikim takim nie wiem (co samo w sobie dowodzi, że mam umysł twórczy, skoro przecieram nowe szlaki).
Poza tym: niech coś mnie odróżni od innych pisarzy, nada indywidualny rys. Dobrze by było, gdyby ta indywidualność nie była wymuszona, bo inaczej efekt będzie sztuczny i odbiorca tę sztuczność wyczuje. Specyfika myślenia programisty powinna nadać ten rys spontanicznie, bez żadnych świadomych zabiegów z mojej strony. 

awiola: W wieku dziewięciu lat pomyślał Pan o napisaniu kryminału, to dość niespotykane. Rozumiem, że jest Pan miłośnikiem tego gatunku literackiego?

Wojciech Pietrzak: Może nie jestem typowym czytelnikiem kryminałów, ale przeczytałem ich ponad sto: całą twórczość Agathy Christie, wszystkie przetłumaczone na język polski pozycje Erle Stanley’a Gardnera i Colina Dextera, a także wystarczająco dużo Chandlera, Simenona i Conan-Doyle’a, żeby stwierdzić, że trzej ostatni w ogóle mi się nie podobają. Ostatnio próbuję się przekonać do Rossa MacDonalda. Czytałem peerelowskie powieści milicyjne i współczesne skandynawskie powieści policyjne noir. Co najmniej kilkanaście spośród tych pozycji określiłbym jako naprawdę dobre kryminały, zwłaszcza "Zabójstwo Rogera Ackroyda" Christie oraz trzy książki Dextera: "Ta dziewczyna jest martwa", "Tajemnica pokoju nr 3" oraz "Śmierć w Jerycho", których główną wadą jest to, że miały nieprawdopodobnego pecha do tłumaczy na polski. We wszystkich tych kryminałach jest to, co najbardziej cenię: zagadka i wskazówki, w gąszczu których porusza się detektyw oraz Czytelnik, próbując znaleźć rozwiązanie. Detektyw nie wie więcej od Czytelnika, a sposób korzystania z wskazówek jest jak najbardziej ścisły. Mało jest tutaj psychoanalitycznej zabawy, są raczej zagwozdki typu: jak to było możliwe, że człowiek wysłał list, podając jako adres nadawcy adres, który nie istnieje, po czym wysłano mu odpowiedź pod ten nieistniejący adres, a dalsze poczynania dowodzą, że odpowiedź dotarła do zamierzonego adresata? To z "Tajemnicy pokoju nr 3". Przyzna Pani chyba, że jest to łamigłówka raczej dla ścisłego umysłu.

awiola: "Hexa" to Pana debiut literacki. Czytelników z pewnością intryguje tytuł książki. Czy ma on związek z pojęciem "hexe" wywodzącym się od słowa "hagzissa", czyli symbolu demonicznej istoty, zwanej inaczej strzygą?

Wojciech Pietrzak: I tak, i nie. Nie docierałem aż do "hagzissy", natomiast istotnie jest związek z "Hexe", czyli z niemiecką czarownicą, co nawet wyjaśniłem w którymś miejscu książki. Natomiast nie jest tak, że tytuł wziął się bezpośrednio z "Hexe". Tytuł wziął się od Heksy, która z kolei obrała sobie taką ksywkę od niemieckiego słowa.
Może to wyda się zaskakujące (zwłaszcza dla kogoś, kto już czytał książkę), ale tytułowa Hexa jest inspirowana realną postacią. Oczywiście mnóstwo detali zostało zmienionych, ale rys inspiracyjny pozostał. Jeśli czytasz ten wywiad, Hekso, serdecznie pozdrawiam – wiem, że wiesz, że to o Ciebie chodziło.

awiola: Dlaczego powieść została wydana wyłącznie w formie e-booka?

Wojciech Pietrzak:  Dlatego, że nie znalazłem wydawcy, który zaryzykowałby wydanie debiutanta drukiem na własny koszt, a z drugiej strony jako debiutant nie zdążyłem jeszcze na swojej twórczości zarobić wystarczająco dużo, żeby pozwolić sobie na wydanie drukiem i dystrybucję własnym sumptem. Wpadłem w błędne koło, którego trudno uniknąć. Gdyby znalazł się wydawca skłonny do wydrukowania tej książki i sfinansowania wydruku, na pewno zainteresowałbym się propozycją. Na wypadek, gdyby któryś trafił na tę stronę, zaznaczę tylko, że moja obecna umowa wydawnicza zatrzymała całość praw autorskich do książki przy mnie i mam prawną zdolność do udzielenia wyłącznej licencji na dystrybucję utworu.

awiola: Nie mogę nie zapytać o bardzo drażliwą kwestię. Okładka "Hexy" wzbudza w czytelnikach mnóstwo skrajnych emocji. Na facebookowej grupie "Czytamy polskich autorów" ostatnimi czasy rozgorzała nawet ostra dyskusja na temat tej okładki i roli okładek w ogóle. Jak więc przedstawia się historia jej powstania? Miał Pan wpływ na jej obecną postać?

Wojciech Pietrzak: Nie jest to drażliwa kwestia, w każdym razie nie drażni mnie osobiście, choć z pokorą przyznaję, że miałem decydujący wpływ na obecną postać okładki. Chyba zgodziłem się zbyt szybko. Rozumowałem przy tym następująco: nie da się przejść obok takiej okładki obojętnie. Ona od razu rzuci się w oczy. Na sto osób, które ją zobaczą, dziewięćdziesiąt osiem od razu odrzuci, jedna kupi właśnie ze względu na okładkę, a jedna zainteresuje się treścią, poczyta zajawkę, może darmowy fragment, może recenzję, i na tej podstawie zdecyduje, czy kupić, czy nie. Gdyby okładka była bardziej standardowa, z tych stu osób może jedna w ogóle dowiedziałaby się o książce. Czyli w skrócie: jeśli ktoś mi mówi, że nie kupi tej książki ze względu na okładkę, to ja zakładam, że bez niej na 99% ten ktoś też nie kupiłby mojej książki z zupełnie innego powodu. Najbardziej prozaiczny: brak wiedzy o istnieniu książki, brak podstawowego argumentu, żeby kupić.
Z perspektywy czasu nawet trudno powiedzieć, czy to rozumowanie okazało się błędne. Już tego nie sprawdzę, bo nigdy już nie będę debiutantem. Za dużo czynników się zmienia. Jednakże dzisiaj pewnie wolałbym inną okładkę. Mam nawet pomysł i może za parę miesięcy "Hexa" ukaże się już w nowej szacie graficznej, ale to tylko "może".

awiola: W swojej powieści przemyca Pan wiele dość kontrowersyjnych twierdzeń dotyczących wielu aspektów naszego codziennego życia. Twierdzi Pan również, że bohaterowie nie są Pana wiernym odbiciem, jednak Pana twórczość zawiera odniesienia do osobistych poglądów. Nie obawia się Pan użycia takiego zabiegu?

Wojciech Pietrzak: Przede wszystkim nie widzę powodu do obaw. Jeśli Czytelnik będzie chciał mnie z kimś utożsamić, to z Dardiuszem Wichrem. Wiadomo: detektyw, główna postać, nietytułowa wprawdzie, ale Czytelnik próbujący utożsamić mnie z Heksą musiałby być jeszcze bardziej szurnięty ode mnie; zapewne niewielu jest takich. Wicher nie jest moim odbiciem (pierwszy przykład z brzegu: nie jestem ateistą, a on tak), ale właściwie co ma mi przeszkadzać, jeśli ktoś się uprze uważać mnie za ateistę? To jego problem, nie mój. Jedna z wyznawanych przeze mnie zasad brzmi: "odpowiadam za to, co mówię, a nie za to, jak jestem rozumiany". A gdyby ktoś chciał z tego powodu odmawiać mi jakichś praw, to zaprotestuję, ale nie dlatego, że nie uważam się za ateistę, tylko dlatego, że protestuję przeciwko różnicowaniu praw ze względu na to, czy ktoś wierzy w Boga, w nieistnienie Boga, może w równość płci, a może w latającego potwora spaghetti. Ma mi nie narzucać swojej wiary ani niczego, co z niej wynika, i tyle.

awiola: A co z karą śmierci? Ten motyw przewija się bowiem przez całą powieść?

Wojciech Pietrzak:  Ciekawostką w tym kontekście może być fakt, że przed napisaniem "Heksy" wcale nie miałem wyrobionego zdania na temat kary śmierci dla morderców. Takie było zresztą założenie; gdybym zbyt mocno utożsamił się z detektywem, mógłbym przekroczyć granice wiarygodności, konstruując dialogi na jego korzyść. Mój problem polegał na tym, że nie znałem żadnego argumentu za karą śmierci (poza argumentami emocjonalnymi, które w rozważaniach o polityce staram się ignorować) poza jednym: na każdy znany mi argument przeciwko znałem przekonujący mnie kontrargument. Dardiusz Wicher też mnie do kary śmierci nie przekonał. Zrobił to dopiero Pan Grzegorz Świderski, polski libertariański bloger polityczny, pokazując karę śmierci jako przedłużenie obrony koniecznej. To jest merytoryczny argument za, którego wcześniej mi brakowało.

awiola: Czy w takim razie użyciu takiego zabiegu przyświeca jakiś konkretny cel?

Wojciech Pietrzak:  Istotnie przyświeca mi cel, i to bardzo konkretny. Nazwała Pani te twierdzenia "kontrowersyjnymi". To Pani pomysł, czy po prostu "wie" Pani, że konserwatywno-liberalne tezy "są" kontrowersyjne? Nie chcę odpowiadać za Panią, ale dla wielu ludzi prawdziwa jest druga opcja (choć niechętnie się do tego przyznają nawet sami przed sobą). Media kreują konkretny obraz. Człowiek oglądający telewizję, a nawet czytający gazety, raczej reaguje niż myśli. Łatwiej jest więc go przekonać do tez lewicowych, ponieważ one często przynoszą doraźne korzyści, a koszty, choć ogromne, rozkładają w czasie. Prawicowe podejście na odwrót: na dłuższą metę jest korzystniejsze – wystarczy porównać dziś obie Koree, między którymi nie było żadnych różnic kulturowych, a w 1953 startowały mniej więcej z tego samego punktu – ale na krótką metę boli. Artykuł gazetowy odwoła się do sytuacji sprzed kilku lat (bo tyle jeszcze Czytelnik pamięta) i porówna z dzisiejszą. Telewizja ma jeszcze łatwiej: ona po prostu pokaże różnice i będzie widać, kiedy upływ czasu był nieduży, a kiedy spory. Dlatego nawet na wiecu prawicowy polityk może zostać zakrzyczany argumentem, którego wartość jest czysto erystyczna, ale to wystarcza w takich warunkach. Gdyby Dardiusz Wicher pojawił się na wiecu, zostałby zakrzyczany, że on może proponować wolny rynek i brak socjalu, bo jest obrzydliwie bogaty; takich ludzi jest garstka, a inni sobie na pełną wolnorynkowość nie mogą pozwolić. I nie dałby rady odpowiedzieć na ten argument: ani dlaczego bogactwo nie ma nic do rzeczy, ani dlaczego istnienie socjalu bardziej sprzyja najbogatszym w praktyce niż jego nieistnienie.
W książce jest inaczej, ponieważ Czytelnik poświęca jej całą swoją uwagę. Może więc nie tylko przyswoić postulat, ale przyswoić i przemyśleć uzasadnienie. I taki jest mój cel: przekonać ludzi. Niektórym wystarczy dać warunki, żeby przemyśleli argument tuż po tym, jak się z nim zapoznają, ale jako pisarz mam i inną broń w arsenale: kontroluję obie strony konfliktu, więc spokojnie mogę przerysowywać i sprowadzać do absurdu tezy strony przeciwnej. Udaję, że tego nie robię, na przykład w momencie, gdy Dardiusz sam przed sobą znajduje kontrargument na jakąś własną tezę, którego nie znalazł Karpiński. Ale w rzeczywistości to robię.
Na marginesie tych wszystkich uwag proszę spojrzeć do słownika na znaczenie słowa "kontrowersyjny". Zwracam uwagę, że jeśli akceptacja kary śmierci za morderstwo jest kontrowersyjna, to z definicji sprzeciw wobec kary śmierci też jest kontrowersyjny. W ogólności kontrowersyjność poglądu implikuje kontrowersyjność negacji tego poglądu. Co poddaję pod rozwagę tym, którzy używają słowa "kontrowersyjny" jako pejoratywnego, a nie opisowego.

awiola: Zadebiutował Pan również drukiem w powieści Moniki Sawickiej pt. "Przed oczami". Może Pan zdradzić czytelnikom coś więcej na ten temat?

Wojciech Pietrzak:  "Zdradzić" sugeruje jakąś tajemnicę, a żadnej tutaj nie ma. Facebook pozwolił mi poznać Panią Sawicką, którą później zresztą spotkałem osobiście – przemiła osoba. Dowiedziałem się, że podoba jej się moja twórczość, a właśnie miała wydać kolejną swoją książkę pod patronatem fundacji, w ramach której udostępnia łamy swoich książek debiutantom. Nie jest to chyba nawet nowy pomysł, ale dostałem taką propozycję i skorzystałem z niej.
Z perspektywy czasu żałuję tylko wyboru utworu. Zdecydowałem się na wiersz "Anonimowa autobiografia", który powstał w założeniu jako tekst piosenki. Zaśpiewany do melodii, którą skomponowałem i mam w głowie, brzmi dobrze, jednak czytany jako wiersz sprawia wrażenie, jakby autor nie znał takich pojęć jak akcent i rytm, względnie nie przykładał do nich wagi. Liczę, że to po prostu kolejny błąd, na którym nauczę się wystarczająco dużo. Przynajmniej tyle, żeby już go nie powtórzyć.

awiola: Jest Pan również autorem licznych fraszek. Jak wygląda proces twórczy w przypadku tworzenia takich krótkich form?

Wojciech Pietrzak: Nie wiem. Naprawdę, większość fraszek powstaje spontanicznie. Nie ma niczego, za moment jest gotowa fraszka, niekiedy pozostaje tylko mało twórczy proces obróbki technicznej (dobór lepszych słów lub kolejności tak, żeby złapać rym, uniknąć rymów częstochowskich, jak się uda, to złapać rytm). Od zawsze miałem tendencję do wygłupiania się z użyciem gier słów, zresztą kiedyś grywałem w SCRABBLE, raz nawet zająłem jakieś wysokie miejsce w Pucharze Polski. Wiele moich fraszek to dwuetapowy twór: najpierw gra słów, która przychodzi mi do głowy spontanicznie, a potem przerobienie jej w dowcip, fraszkę lub jedno i drugie, co jest pracą czysto techniczną. Zdarza mi się też przerabiać na fraszki cudze dowcipy, a nawet przysłowia. Jeden z ostatnich tworów z powstającego właśnie tomiku:

Siedem lat nieszczęścia,
Gdy lusterko w częściach.

Najtrudniej w tym wszystkim jest zaobserwować jakiś godny opisania absurd. Gdy już jest obserwacja, to może sobie tkwić w głowie i kilka lat, zanim doczeka się rymowanej realizacji. Gdybym miał "nastukać" fraszki na ilość i na termin, bez zmiany stylu, to – pomijając spodziewany spadek jakości – zabrałbym się za to następująco: poszedłbym na jakieś forum z dowcipami, selekcjonowałbym wzrokowo krótkie dowcipy, próbowałbym na różne sposoby możliwie zwięźle opisać ich puentę, wyszukiwałbym wśród tych opisów słów, które tworzą rymy, a następnie próbował całość jakoś poskładać. Tylko nie jestem przekonany, czy byłby to naprawdę twórczy proces.
Osobną, ale z natury rzeczy mało liczną grupę utworów – nie tylko fraszek – stanowią moje próby sił z wymogami formy. To kolejne miejsce, w którym wychodzi efekt styku ścisłego umysłu z pracą twórczą: zastanawiam się nad teoretycznym ekstremum narzuconym przez formę, a następnie próbuję maksymalnie zbliżyć się do tego ekstremum w praktyce. W trzech pierwszych tomikach fraszek znajduje się jedna dwulinijkowa, która ma dwie litery, co wygląda na rekord niemożliwy do pobicia. Mam też w dorobku ośmiosylabowy limeryk spełniający wszystkie formalne wymagania gatunku, co też wydaje się rekordowo krótką realizacją, nawet w teorii.

awiola: Dlaczego publikuje Pan swoje fraszki pod pseudonimem literackim Aleksander Truizm?

Wojciech Pietrzak: To taka swoista forma CAPTCHA. Czytelnik, który przejdzie obojętnie wobec takiej tożsamości, prawdopodobnie nie będzie kimś, komu przypadnie do gustu moje poczucie humoru wyrażone fraszkami. W ogóle Czytelnicy fraszek to dość specyficzna grupa ludzi – i nie mówię tu o uczniach, którzy czytają, bo muszą, a muszą czytać Kochanowskich, może Sztaudyngerów, a nie jakieś Truizmy. Ktoś, kto czyta fraszki z wyboru, musi być wyczulony na subtelny humor, bo krótka forma utrudnia łopatologiczne tłumaczenie. Mój humor jest specyficzny, to najczęściej gra słów. I tym też jest pseudonim Aleksander Truizm. W tym tonie utrzymane są również okładki. To po prostu rodzaj informacji dla Czytelnika, czego można się spodziewać wewnątrz. Być może w dalszej perspektywie zarezerwuję sobie po prostu pseudonim na poezję, zostawiając prawdziwe nazwisko na prozę.

awiola: Czy może pan dokładnie wyjaśnić, co oznacza stwierdzenie: "z przekonań jestem chrześcijaninem oraz libertarianinem z niewielką domieszką konserwatywnego liberała"?

Wojciech Pietrzak: Niechętnie. I nie chodzi o to, że pytanie to pod recenzją "Heksy" zadał anonim, a ja uważam, że anonimy należy ignorować (zwłaszcza anonimowe głosy w urnach wyborczych). Rzecz w tym, że dokładne wyjaśnienie zajmie co najmniej trzy czwarte tego wywiadu, a jedno pytanie o światopogląd już padło. Po prostu chciałbym, żeby była to rozmowa przede wszystkim literacka.
Mogę natomiast wyjaśnić rzecz niedokładnie, skrótowo.
Po pierwsze: poprawiłem już sformułowanie na swojej stronie na "wierzącym w Boga libertarianinem…". Nie można być chrześcijaninem z przekonania, to semantyczny nonsens, za co przepraszam.
Wierzę w Boga. Wierzę, że Pismo Święte zawiera wszystko, czego człowiek potrzebuje do zbawienia.
Jestem libertarianinem, przy czym najbliżsi mi ideowo wybitni przedstawiciele tego nurtu to Rothbard i Ayn Rand. Podstawowym aspektem libertarianizmu jest dla mnie ograniczenie roli i przywilejów państwa. Odrzucam zarówno prawo tej instytucji to stosowania przemocy lub groźby w stosunku do ludzi, którzy nie popełnili żadnych złych czynów, jak i monopol tej instytucji na stosowanie przemocy w stosunku do tych, którzy popełnili.
Jednakże ilekroć zrobię sobie jakiś test preferencji politycznych, zawsze wychodzi mi, że bliżej mi do Pinocheta niż do wspomnianych libertarian. Mam wrażenie, że konserwatywny liberalizm to najbliższy libertarianizmowi (przynajmniej jeśli chodzi o najważniejsze dla mnie aspekty) spośród tych wszystkich nurtów, które mogą być podstawami realnie istniejących i stabilnych ustrojów. Państwo konserwatywno-liberalne może trwać i tysiące lat, natomiast państwo libertariańskie prawdopodobnie w ciągu pięćdziesięciu lat zrobiłoby jakąś woltę ustrojową.
I twierdzę, że Jezus był libertarianinem. Dlaczego? Dlatego, że wpajanym przez siebie zasadom moralnym nie chciał nadawać rangi prawa stanowionego.

awiola: Jakie są Pana dalsze plany pisarskie? Na swojej stronie wspomina Pan o nieideologicznym horrorze fantasy. Takiej powieści możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Wojciech Pietrzak: Nie. Choć oczywiście zależy to od indywidualnej interpretacji sformułowania "najbliższy czas". Przede wszystkim muszę zwalczyć często dopadającą mnie prokrastynację. "Heksę" pisałem dwa lata, a nie pisałem wówczas równolegle niczego innego. Teraz powstaje drugi kryminał przeplatany opowiadaniami, wierszami i fraszkami. Pisanie jednej książki bardzo długo to ryzyko. Może się drastycznie zmienić styl, koncepcja, może ulecieć zapał. Zasadniczo chcę się skupić w jednym kierunku, choć oczywiście w danej chwili piszę to, na co najdzie mnie wena.
Przede wszystkim planuję więc skończyć drugą powieść kryminalną. Horror, o którym pomyślałem, po namyśle okazuje się nie tyle horrorem fantasy, co zwykłym psychologicznym horrorem lub thrillerem z jednym elementem nadprzyrodzonym, jakim jest ograniczona możliwość widzenia przyszłości. Element ten trzeba zresztą potraktować wyjątkowo subtelnie, ponieważ motyw jest ograny bardziej niż "fale Dunaju" w warszawskich tramwajach. To wymaga warsztatu, którego jeszcze nie mam. Muszę go wyrobić innymi formami. Przy okazji zdałem sobie sprawę, że ów wizjonerski pierwiastek to znakomite miejsce do przemycenia części ideologii, i to takiej, której nie ma jak wpleść przy innych okazjach, a w każdym razie byłoby to znacznie trudniejsze i nie wyszłoby tak zgrabnie. Mówię tu o sytuacjach typu: nie ratujmy tego faceta przed samobójstwem, bo skoro tak lekce sobie waży własne życie, to znaczy, że nie jest odpowiedzialny. Jeśli dziś go uratujesz, za miesiąc jako operator koparki zabije dwadzieścia osób. Raczej nie oprę się pokusie.
Jeśli wena dopisze, skończę tomik opowiadań i wydam go jako e-booka własnym sumptem. Zdradzę na razie tylko tyle, że planuję tytuł "Nietuzinkowo", w związku z czym chcę uzbierać dokładnie dwanaście opowiadań, zasadniczo bardzo różnych, o pewnej niezbyt typowej cesze wspólnej. Po drodze pewnie pojawią się kolejne tomiki fraszek.
Mam również pomysły na opowiadania political fiction, ale zdaję sobie sprawę, że one również wymagają znakomitego warsztatu. Niestety, tym na razie nie mogę się pochwalić.
Innych planów nie mam. Wena bywa kapryśna, a życie lubi zaskakiwać. Jest takie powiedzenie: jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz Mu o swoich planach. Trochę śmiechu Bogu się należy, ale nie przesadzajmy w drugą stronę. Często do wirtualnej szuflady wpada opowiadanie albo wiersz napisane pod wpływem weny bez jakiegoś szczególnego planu. Niekiedy publikuję coś takiego od razu na swojej stronie albo na facebooku – najczęściej wtedy, gdy utwór nie ma sensu jako część większej całości, bo jego wymowa jest ściśle powiązana z kontekstem, albo gdy jest satyrą polityczną i boję się, że szybko ulegnie dezaktualizacji. Część sobie czeka na lepsze czasy. Albo uzbiera się tego wystarczająco dużo, żebym stwierdził: w porządku, robimy z tego jakiś tomik, albo natknę się na jakiś konkurs literacki, do którego będzie mi pasował dany utwór, albo po prostu pozostaną w tej szufladzie na zawsze. Może niektóre zdecyduję się upublicznić za kilka lat.

awiola: Czym jest pisanie dla Wojciecha Pietrzaka?

Wojciech Pietrzak: Odskocznią. Od codziennego życia, w którym nie podoba mi się bardzo dużo rzeczy, na które nie mam większego wpływu – bo te, na które mam, staram się w miarę swoich możliwości zmieniać.
Ujściem. Czasem po prostu czuję, że wewnątrz mnie buzuje wulkan, który musi eksplodować. Gdy nagromadzą się we mnie negatywne emocje, mogę, jak cywilizowany człowiek, nie robić nikomu krzywdy i pójść poboksować się z workiem treningowym. Ale bardziej bawi mnie wykreowanie sobie postaci uosabiającej to, co w danym momencie mnie zdenerwowało, i nawrzucanie jej od najgorszych, a niekiedy skazanie na kaźń na kartach opowiadania.
Samorealizacją. Gry słów i dowcipy pojawiają się w mojej głowie niemal jak na zawołanie. Mało ludzi twierdzi, że coś złego im się dzieje z tego powodu, odbiór większości jest neutralny albo pozytywny. Dlaczego miałbym więc pozbawiać świat dawki humoru? Śmiech to zdrowie, a ja jestem na tyle nietypowy, że niektóre z moich pomysłów mogą już nigdy nie przyjść do głowy nikomu innemu. Może to zbyt megalomańskie, ale po co ryzykować, skoro za tym ryzykiem nie idzie żadna szansa adekwatnego zysku?
Pułapką. Trochę to paradoksalne, ale nie jest przyjemnie założyć sobie, że kolejny tomik będzie miał sto fraszek, po czym utknąć przy dziewięćdziesięciu trzech i nie móc wymyślić żadnej kolejnej przez dwa miesiące. Równie nieprzyjemny bywa moment, kiedy długo nie przychodzi wena, by kontynuować kryminał, gdy w końcu przyjdzie, trzeba wszystko czytać od początku, bo sporo szczegółów wyleciało z głowy, zanim się doczyta do końca, wena sobie pójdzie… A człowiek nie machnie ręką na kilkaset godzin pracy na zasadzie: a, kij z tym, nie dokańczam.
Tworzeniem. Mam dość innowacyjny umysł, który lubi nie tylko pisać. Lubi tworzyć i zmieniać. Sam wymyśliłem chyba kilkadziesiąt modyfikacji znanych gier, jak szachy, tysiąc, a nawet prozaiczne kółko-krzyżyk. Żadna z nich nie przyjęła się na szeroką skalę, a o niektórych dowiedziałem się z czasem, że wcale nie byłem prekursorem, ale sam ten typ myślenia sprawia mi przyjemność.
Wyzwaniem. Naprawdę przyjemnie jest sprawdzić w praktyce, jak daleko można nagiąć wymagania formy bez łamania reguł. Albo napisać trzynastozgłoskowiec i zająć pełne dwa wersy jednym słowem. Albo w drugą stronę: złamać reguły, ale zrobić to tak ostentacyjnie, żeby Czytelnik od razu wiedział, że to zabieg celowy, i na dodatek to docenił. Albo: jak napisać autentycznie brzmiący dialog, którego puentą jest użycie Przykazania Miłości jako uzasadnienia zabijania w imię wiary.
Odkryciem. Bardzo się zdziwiłem, gdy spontanicznie odkryłem kiedyś zdanie, które można normalnie po polsku powiedzieć i każdy zrozumie jego sens, ale znane mi słowniki nie podają jednoznacznej reguły pozwalającej wydedukować, jak to zdanie napisać. I nie mówię tu o zdaniu typu "duch ukaże/ukarze się jutro", gdzie potrzebny jest kontekst, żeby wiedzieć, czy to od ukazania czy od ukarania – mówię o zdaniu jednoznacznym, jeśli chodzi o sens.
Odprężeniem. Po kilku godzinach pracy programistycznej bardzo miłą odmianę stanowi napisanie czegoś, co nie przestanie nagle jako całość działać tylko dlatego, że gdzieś w jednym miejscu popełniłem błąd składniowy.

awiola: Jak postrzega Pan rynek wydawniczy w Polsce?

Wojciech Pietrzak: Nie czuję się na siłach kompleksowo odpowiedzieć na to pytanie. Ze swojej perspektywy mam tylko dwie obserwacje, które stanowią bardzo punktowe potraktowanie tematu.
Pierwsza rzecz to to, że Polacy nie chcą czytać. Nie ma powodu ich do tego zmuszać, należy po prostu pogodzić się z faktem, że wydawca to podmiot oferujący swoje usługi swoistej intelektualnej śmietance, bo mnóstwo ludzi po prostu nie chce do niej dołączyć. Książka to dzisiaj produkt elitarny, przynajmniej na polskim rynku. Dostępny masom, rzecz jasna, przynajmniej cenowo. Intelektualnie zapewne również. Ale z oferty korzystają nieliczni. Bardzo to specyficzne, trudno znaleźć analogię w innych branżach, a chyba także w innych krajach, dlatego nie wiadomo, skąd czerpać wzorce i doświadczenia.
A druga sprawa: charakterystyczną cechą tego rynku, zwłaszcza rynku e-booków, ale na logikę nie tylko rynku polskiego, jest fakt, że tutaj każdy musi ufać nieznanym sobie ludziom bardziej niż w innych branżach. Jako pisarz nie jestem w stanie w żaden sposób skontrolować, czy wydawca uczciwie rozlicza ze mną liczbę elektronicznych egzemplarzy mojego dzieła, jakie sprzedał, a tym bardziej czy dystrybutorzy są fair wobec niego, a księgarnie wobec dystrybutorów. Akurat ja to zaufanie w swoim wydawcy pokładam, ale widywałem już wpisy na facebooku, sugerujące, że nie wszyscy pisarze, zwłaszcza o niedużym dorobku, są do tej uczciwości przekonani.
Teraz wsadzę kij w mrowisko: uważam, że ogromna część winy za ten stan rzeczy leży po stronie komentatorów blogów recenzenckich. Ci ludzie po prostu nie mają często poczucia odpowiedzialności za słowo. Chlapnie taki jeden z drugim: "przekonałaś mnie, chętnie kupię i przeczytam", nazbiera się tego ze dwadzieścia. Potem okaże się, że pięć osób ma taki styl dawania "lajków" recenzującym, cztery zapomną, co napisały, sześć powie: "łeee, tylko e-book, to ja się tak nie bawię!", trzy zmienią zdanie… Ale sprostować, wycofać się z komentarza to nie łaska. Potem autor wchodzi na taki blog, zlicza komcie, wychodzi mu dwadzieścioro potencjalnych klientów, a w raporcie sprzedaży za dany miesiąc widzi trzy sztuki, a za następny jedną. Jeśli nie pomyśli, że ludzie po prostu chlapią, co im palce na klawiaturę przyniosą, to zaczyna się zastanawiać, kto kogo robi w co. I ma nieprzyjemne wrażenie, że to on jest tym robionym. A sprawdzić nie ma jak.
Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, że dla początkującego pisarza, takiego jak ja, każdy sprzedany egzemplarz robi kolosalną różnicę. Jeśli książka się nie sprzedaje, a z rynku płynie sygnał, że jest kiepska, to można zacisnąć zęby, wziąć się w garść, poczytać konstruktywną krytykę i postarać się, żeby następna była lepsza. Ale jeśli płynie sygnał, że książka jest dobra, tylko autor jest zwyczajnie robiony przez kogoś w bambuko, to taki sygnał mocno podcina skrzydła.
Prócz tego na rynku wydawniczym występuje parę zjawisk, które niewątpliwie mu szkodzą, choć trudno mi wyczuć, w jakim stopniu. Jednym z nich jest niejednolity VAT na książki i e-booki. Zapewne ważniejszy czynnik to prawo autorskie, które z jednej strony jest nadmiernie skomplikowane i nielogiczne, a z drugiej strony ludzie nawet nie próbują go zrozumieć czy uszanować. Nie jest to zresztą łatwy problem z powodu… praw fizyki!

awiola: Jakich rad udzieliłby Pan początkującym pisarzom, chcącym wydać pierwszą książkę?

Wojciech Pietrzak: Odpowiedzialne pytanie, zwłaszcza że dotyczy kwestii, z której mają być jakieś pieniądze (bo twórca, któremu nie zależy na pieniądzach, w ogóle nie musi książki wydawać – można ją samemu wyeksportować do formatu pdf i po prostu "wrzucić w sieć", choćby na jakiegoś chomika). Powiem coś, potem ludzie się do tego zastosują, a przecież sam jestem początkującym pisarzem. Wydałem już wprawdzie jedną książkę, zebrałem i nadal zbieram tęgie baty za popełnione błędy (głównie za dobór okładki), ale jeszcze nie pokazałem czynem, że czegoś się na tych błędach nauczyłem. Moje skromne doświadczenie pozwala na razie na udzielenie następujących rad, może dla kogoś poniższy zestaw okaże się szczęśliwą trzynastką?
Po pierwsze: jeśli Wasza książka odniesie sukces, prawdopodobnie przeczyta ją ktoś, kto jest specjalistą w jakiejś dziedzinie robiącej u Was za poboczny wątek. Nie zawiedźcie go. Nie przeszkadza mi jako czytelnikowi książka, w której nie ma żadnej wzmianki o szachach. Jeśli jednak jest wzmianka o szachach i wyjdzie na to, że zawodnik siedzi przed szachownicą w taki sposób, że pole w prawym narożniku najbliżej niego jest czarne, to ja to wyłapię, zauważę i zapamiętam autorowi jako solidny minus, bo grywam w szachowych turniejach. Róbcie chociaż podstawowy research. Pytajcie znajomych, którzy siedzą w temacie.
Po drugie: czytajcie uważnie wszystko, co napisaliście. Również w trakcie pisania. Amnezja polegająca na tym, że bohater wszedł do lasu, a w następnej scenie oparł się o ścianę, bo zapomnieliście, że wyszedł z domu, jest niedopuszczalna.
Po trzecie: nie stawiajcie ostatniej kropki w książce z poczuciem, że to koniec, bo to nie koniec. Napisanie książki to mniej więcej jedna trzecia drogi. Nie skracajcie tej drogi na siłę. Każda decyzja podjęta pod presją chęci, by jak najszybciej zobaczyć swoje nazwisko na półce w Empiku, to decyzja obarczona dużym ryzykiem błędu. Ile macie lat? Piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści? No, to jeśli poczekaliście tyle, zanim usłyszał o Was świat, to tydzień w tę czy w tę Was nie zbawi.
Po czwarte: bądźcie odważnymi pesymistami. Debiutant, wysyłając książkę do wydawnictwa, powinien z góry założyć, że zostanie ona odrzucona, bo to pomaga uniknąć późniejszych rozczarowań – mówię tutaj o próbie wydania bez finansowania wszystkiego w całości przez autora. Nie powinno to jednak nikogo powstrzymywać. Najgorszym wrogiem jest strach przed porażką. Prześledźcie losy wielkich i sławnych ludzi, nie tylko pisarzy. Okaże się, że wejście na szczyt udaje się nie tym, którzy mają korzystny bilans zwycięstw i porażek, a tym, którym uda się w życiu jedno wielkie i spektakularne zwycięstwo. To, iloma wielkimi porażkami zostało poprzedzone, nie ma znaczenia, jeśli wreszcie się je osiągnęło. Andrew Canergie bankrutował siedem razy, zanim ósma próba przyniosła mu miliony (na dzisiejsze: miliardy). "Harry Potter" został odrzucony przez kilku wydawców, zanim ktoś go przyjął, a okazał się jedną z najbardziej kasowych książek w historii. Pierwsza książka Sidneya Sheldona, "Naga twarz", też była wielokrotnie odrzucana, a po wydaniu zbierała kiepskie recenzje, jednak sam autor pisał dalej i umarł jako rekordzista Guinnessa w kategorii "najczęściej tłumaczony pisarz świata".
Po piąte: wydawnictwa to nie instytucje charytatywne. Wydawcy nie obchodzi literacka wartość metafor, ponadczasowość tez czy wzniosłość przesłania utworu. Wydawcę obchodzi, ile on na tym zarobi, a przede wszystkim: czy do tego nie dołoży. Debiutant to pisarz największego ryzyka, dlatego liczcie się z tym, że część wydawców Was odrzuci za sam fakt debiutu, a inni przedstawią wyłącznie ofertę ze współfinansowaniem z Waszej strony.
Po szóste: z książką jest trochę jak z CV. Wydawcy nie chcą poświęcać czasu i środków na dokładne czytanie wszystkich propozycji, więc czytają tylko to, co zrobi dobre pierwsze wrażenie. Jeśli nie jesteście w stanie napisać dobrze całej książki, to postarajcie się chociaż doprowadzić pierwsze 10% objętości do perfekcji w każdym calu.
Po siódme: dajcie książkę do przeczytania przyjacielowi, zanim ją komukolwiek wyślecie. Wybierzcie przyjaciela, który będzie wiedział, że może Wam wytknąć wszystkie błędy i Wasza przyjaźń od tego nie ucierpi.
Po ósme: poświęćcie czas na lekturę forów z opowiadaniami i poczytajcie krytyczne komentarze. Komentatorzy niekiedy zwracają uwagę na niedostatki, które autorowi nie rzucą się w oczy. Przykładowa pułapka, w którą łatwo wpaść: autor, opisując jakieś pomieszczenie, widzi je w głowie. Wie, jak wygląda, więc może zapomnieć, że czytelnik tego jeszcze nie wie. Co gorsza, niekiedy przypomni sobie poniewczasie. Jeśli bohater wchodzi do kościoła na nabożeństwo, po nabożeństwie wychodzi, w tym momencie opiszecie kościół, a potem bohater uda się dokądś i nie wróci, to czytelnik już przed Waszym opisem musiał sobie jakoś ten kościół wyobrazić. Potem kazaliście mu zburzyć jego wyobrażenie, bo jest mała szansa, żeby widział dokładnie tak, jak Wy, po to tylko, żeby zbudował sobie nowe, z którego już później nie korzysta. To zadanie powinniście odrobić przed przystąpieniem do pisania książki na serio, względnie przed pierwszą autokorektą. Może nawet napisać własne opowiadanie na takie forum po to tylko, żeby poczytać trochę krytyki na własny temat. Trochę uwiera, że nie napisałem tego wcześniej, nawet jako pierwszego punktu, prawda? Otóż zmieniający się bez potrzeby w głowie czytelnika obraz kościoła uwiera w podobny sposób, tylko bardziej.
Po dziewiąte: na każdym etapie, również po wydaniu książki, warto przyjąć każdą konstruktywną krytykę, podobnie jak warto zignorować krytykę niekonstruktywną. Nie każdą konstruktywną krytykę musicie od razu wprowadzać w życie, bo to w końcu Wasze dzieło podpisane Waszym nazwiskiem, ale każdej warto poświęcić chwilę refleksji.
Po dziesiąte: nie wiążcie zbyt wielkiej nadziei z wydawnictwami, które chwalą się ofertą skierowaną do debiutantów. Najczęściej główna różnica między takim wydawnictwem a takim, które tego nie robi, polega na tym, że to drugie niekoniecznie wyda książkę, nawet jeśli mu za to zapłacicie, a w przypadku tego pierwszego samodzielne sfinansowanie na ogół jest warunkiem wystarczającym. Zwykle jest też warunkiem koniecznym. Przybiera różne formy: propozycji bezpośredniego współfinansowania albo na przykład zobowiązania do odkupienia nakładu, jeśli nie sprzeda się w określonym czasie, oraz wpłacenia wadium a conto tego odkupienia. Wspólnym mianownikiem jest konieczność wyłożenia pieniędzy na starcie (zwykle 500-1500 złotych) i albo propozycja bez wersji drukowanej, albo propozycja druku za dziesięć razy większe pieniądze, albo propozycja druku przy jednoczesnym udzieleniu wydawnictwu wyłączności na utwór – co bywa problematyczne, ponieważ tego typu wydawnictwa często mają dość ubogą sieć dystrybucji.
Po jedenaste: nie ufajcie ludziom, którzy obiecują, że jeśli już wydacie, to kupią. Mówić jest bardzo łatwo.
Po dwunaste: pamiętajcie, że więcej pieniędzy z egzemplarza dla Was to mniej pieniędzy z egzemplarza dla wydawcy, co może rzutować na jego decyzję, gdy będzie wybierał, który tytuł ze swojej oferty promować.
Po trzynaste: musi być Was wszędzie pełno w sieci. Atakujcie ludzi informacjami o Waszej książce na portalach społecznościowych, forach tematycznych i w grupach. Na dziesięć osób, którym Wasza książka mogłaby się bardzo spodobać, dziewięć pewnie nigdy nie dowie się o jej istnieniu. Nie straćcie tej dziesiątej.

awiola: Co na koniec chciałby Pan przekazać czytelnikom mojej strony?

Wojciech Pietrzak: Nikomu bardziej od autora nie zależy na tym, żeby Czytelnik był zadowolony z książki. Dlatego bądźcie wobec autora wymagający, ale niech on o tym wie. Początkujący pisarz stanie na uszach, żeby dowiedzieć się, co Czytelnicy sądzą o jego dziele. Znalezienie w Internecie możliwości kontaktu z nim zwykle jest bardzo łatwe, bo on sam bardzo się stara, żeby tak było. Korzystajcie z tego. Jeśli coś Wam się nie podoba, wytknijcie błędy bezpośrednio autorowi: może dzięki temu jego następna książka spodoba się Wam bardziej, na czym wszystkie strony skorzystają. Jeśli nie podoba Wam się moje podejście, że wyrzucam anonimy do kosza bez czytania – OK, nie musicie pisać do mnie. Ale takich jak ja jest sporo i skądinąd wiem, że rzadko jakiś Czytelnik kontaktuje się z nimi.
Bądźcie uczciwi w zapowiedziach. Nie piszcie "kupię, przeczytam", jeśli nie macie takiego zamiaru. Dużo lepiej od dziesięciu takich komentarzy wygląda jeden komentarz "kupiłam / przeczytałem"
Bądźcie też uczciwi w ocenie. Jeśli autor popełnia trzy błędy w skądinąd dobrej książce, nie piszcie o tych błędach tak, jakby poza nimi w książce nic nie było – bo inaczej autor, próbując Was zadowolić, będzie poprawiał to, co było dobrze, a lepsze jest wrogiem dobrego. Krytykujcie i chwalcie według własnych odczuć. Nie odstępujcie od publicznego oceniania książki tylko dlatego, że końcowe odczucie nie zgadza się z oceną, jaką macie ochotę wystawić ze względu na sam początek, okładkę, czy też pozaliteracką ocenę osoby autora.
I na zakończenie: czytajcie takie blogi, jak niniejszy, gdzie nie ma gwiazdek, nie ma ocen liczbowych, gdzie poznanie opinii o książce wymaga włożenia wysiłku w przeczytanie kilku akapitów. One są najwartościowszą kopalnią opinii o książkach, w tym o tych niskobudżetowych, których nikt nikomu w telewizji pokazuje. Jeśli oceniacie książkę, to też opisowo. Cyferki są dla leniwych, którym nie chce się czytać, a przecież nie oczekujecie, że akurat takich ludzi interesuje ocena beletrystyki, nieprawdaż?


Zgadzacie się z ostatnią konkluzją Wojciecha Pietrzaka? Ja ze swojej strony dziękuję autorowi za poświęcony czas i czekam na kolejną jego książkę. A was zachęcam do lektury "Hexy"i fraszek.



niedziela, 27 października 2013

E. L. James – "Pięćdziesiąt twarzy Greya"




"Nikt nie jest samotną wyspą, rozmyślam, no może z wyjątkiem Christiana Greya".



Dość długo wzbraniałam się przed przeczytaniem jednego z największych bestsellerów ostatnich lat. Zróżnicowane recenzje jakie zdarzyło mi się czytać, ukazywały różne obraz tej prowokacyjnej książki. "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to bowiem najbardziej znienawidzona i zarazem najbardziej ukochana powieść czytelników na całym świecie.

Erica Leonard, pisząca pod pseudonimem E. L. James to czterdziestodziewięcioletnia gospodyni domowa i była dziennikarka mieszkająca z mężem oraz dwójką dzieci w Londynie. Autorka nie ukrywa, że początkowo jej bestseller był fanfikiem napisanym na podstawie kultowego już "Zmierzchu" Stephanie Meyer. Literatura fanfiction to jak wskazuje nazwa, utwory pisane przez fanów konkretnej książki, czy innego dzieła nawiązujące do jego fabuły. W ten sposób powstał szkielet "Fifty Shades of Grey", pierwszej części trylogii, znanej już na całym świecie i tak niejednoznacznie odbieranej przez czytelników, która autorce przyniosła ogromne profity finansowe i popularność.

Anastasia Steel, dwudziestojednoletnia studentka literaturoznawstwa zostaje zmuszona przez swoją przyjaciółkę do zastępstwa w wywiadzie do szkolnej gazetki, podczas którego poznaje nieziemsko przystojnego i pociągającego młodego biznesmena Christiana Greya. Ana to niedoświadczona życiowo dziewica, dla której własna seksualność nie istnieje. Bohaterka jest dokładnym odzwierciedleniem Belli ze "Zmierzchu", nieporadna, cicha myszka, zamknięta w świecie swoich powieściowych bohaterów. Nawiązując znajomość z niebezpiecznie pociągającym ją Greyem, wkracza w świat erotyzmu, zmysłowości ale również praktyk seksualnych z obszaru BDSM, czyli krótko mówiąc sadyzmu i masochizmu. Grey pragnie by Anastasia stała się jego Uległą, podczas gdy on jako Pan będzie spełniał swoje wszystkie seksualne zachcianki.

Powieść E. L. James z pewnością nie jest arcydziełem literackim. Nie wiem czy to kwestia tłumaczenia, czy po prostu oryginalny język jest tak niskich lotów. Z pewnością więc nie będę pierwsza, gdy napiszę, że ilość powtórzeń jaka występuję w książce jest przeogromna. Do tego "ciekawe" wstawki, występujące co kilka stron typu "kurka wodna" czy "o, święty Barnabo!" mogą irytować nawet najbardziej cierpliwego czytelnika. Język powieści jest typowym, prostym, komercyjnym przekazem bez zbędnych w tym wypadku metafor czy środków stylistycznych. Tekst ratują jedynie dowcipne e-maile, przesyłane pomiędzy głównymi bohaterami.

Na temat "Pięćdziesięciu twarzy Greya" znajdziecie wiele skrajnych opinii. Już sama inspiracja sagą Stephanie Meyer jest traktowana przez niektórych jako główny zarzut i powód do ciągłej krytyki. A mnie absolutnie ten fakt nie przeszkadzał, bo książka naładowana jest seksem i erotyzmem, co wywołało we mnie wiele skrajnych emocji, od obrzydzenia (scena z tamponem) czy przyjemności i podniecenia (kulki gejszy do pochwy). Główna bohaterka jest mdła i nijaka, jednakże w połączeniu z władczym i nie lubiącym kompromisów Greyem, takie wykreowanie jej postaci nabiera sensu. Do tajemniczego, pociągającego seksem i inteligencją mężczyzny nie pasowałaby podobna charakterologicznie kobieta. W tym chyba tkwi wielka popularność tej powieści erotycznej.

Autorka przesadziła z wielokrotnym orgazmem Any podczas utraty dziewictwa oraz ciągłą gotowością Greya do zabaw łóżkowych. I mimo tego, że nie mam porównania do innych książek poruszających tematykę sado-maso, to według mnie powieść wzbudza emocje i potrafi podnieść ciśnienie w niektórych fragmentach. I możecie twierdzić, że występuje banalne i tandetne słownictwo, że bohaterowie są bez wyrazu, że seks jest nijaki. A ja nadal uważam, że "porno dla mamusiek" jakim została ochrzczona książka "Pięćdziesiąt twarzy Greya" jest całkiem niezłym czytadłem erotycznym. Dobrze, że nie jestem profesjonalnym krytykiem literackim, gdyż nie mogłabym chyba tego napisać.

Śmieszą mnie informacje jakoby niektóre amerykańskie biblioteki zbojkotowały książkę E. L. James poprzez wykluczenie jej ze swoich zbiorów. Ciekawe czy to samo zrobiły z "Pamiętnikiem Fanny Hill", którego miałam okazję czytać. To jest dopiero pornografia. Z niecierpliwością czekam na ekranizację książki, do której prawa kupiło Universal Studios za kwotę pięciu milionów dolarów. Przeniesienie specyficznego klimatu powieści na ekran może być bardzo trudnym zadaniem.

Podsumowując, historia Any i Greya jest przykładem literatury masowej, dzięki której można przenieść się do innego świata, bez zbytniego zagłębiania się w fabułę. Nie uważam również, żeby czas zużyty podczas czytania tej powieści, był czasem straconym. Książkę "łyknęłam" w ekspresowym tempie i czekają na mnie dwa kolejne tomy. Przyjemność jaką otrzymałam od autorki dzięki jej wyobraźni jest bezcenna. I nie wstydzę się tego.


E. L. James

sobota, 26 października 2013

Jerome Charyn - "Jerzy Kosiński"



 



"Nie potrafię funkcjonować bez przebrania albo maski (…) Czasami zatrzymuję maskę trochę za długo. Ale te maski trudno porzucić".


W świecie literackim istnieją takie postacie, których życie i osobowość pozostaną niezgłębioną tajemnicą na zawsze. Z pewnością do grona takich osób zalicza się Jerzy Kosiński - autor kontrowersyjnej do dziś książki "Malowany ptak". Polsko-amerykański pisarz, który pożegnał się ze światem w 1991 r. połykając śmiertelną dawkę barbituranów i zakładając na głowę plastikowy worek. To postać, która do dzisiaj wzbudza wiele niegasnących emocji.

Niewdzięcznego poniekąd tematu przedstawienia osoby Jerzego Kosińskiego postanowił podjąć się inny amerykański pisarz - Jerome Charyn. Twórca mający na koncie ponad trzydzieści książek, uznawany w Stanach Zjednoczonych za jednego z najważniejszych pisarzy amerykańskiej literatury. Charyn mieszka obecnie w Paryżu i Nowym Jorku.

"Jerzy Kosiński" to po części zbeletryzowana biografia Kosińskiego wydana w formie powieści. Powieści podzielonej na widoczne części, ale części nie posiadające widocznej chronologii, bez dookreślonego miejsca i czasu. Co więcej, obraz Jerzego Kosińskiego ukazany jest z kilku perspektyw, bowiem w książce występuję kilku narratorów. To dość swobodna forma biograficzna jakiej podjął się Jerome Charyn.

Czytając początkowe strony książki, miałam nieodparte wrażenie, że Charyn przedstawia zupełnie kogoś innego, mianowicie Petera Sellersa czyli hollywoodzkiego aktora, znanego szerszej publiczności jako inspektora Clouseau w filmie "Różowa Pantera". Był to jednak tylko początek, zainicjowany przez autora, ukazujący stosunek Clouseau do Kosińskiego i jego pragnienie zagrania w filmie na podstawie powieści pisarza. Jednak im dalej, tym jest jeszcze mniej przejrzyście, bowiem obraz Kosińskiego przedstawiają różne osoby, począwszy od Swietłany Alliłujeway, czyli córki Stalina, kończąc na starszej o dwadzieścia lat żonie pisarza Mary Weir. I tak naprawdę nie wiadomo, co jest fikcją, a co rzeczywistością opartą na faktach. Trudno rozeznać się w tym wymieszaniu słów i niedopowiedzeń. Identyczny wniosek można wysnuć czytając ostatnią część książki przedstawiającą losy rodziny Lewinkopfów, czyli rodziny Kosińskiego, gdyż tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko. Nie wiadomo co jest fikcją literacką, a co faktem. Zabieg taki nie wpływa na wyłonienie się w podświadomości czytelnika spójnego obrazu pisarza i jego wielkiego fenomenu. Trudno bowiem w oparciu o tak zróżnicowane i nieskonkretyzowane ujęcia wypracować sobie jakikolwiek obraz Kosińskiego.

Z pewnością Jerome Charyn celowo w swojej książce mija się z elementami gatunkowymi typowej literatury biograficznej. Jego powieść jest bowiem swoistym kolażem faktów, fantazji i plotek, zresztą nigdy nie potwierdzonych na temat autora "Malowanego ptaka". Nie poleciłabym tej publikacji czytelnikom, którzy dotąd nie zapoznali się ani z twórczością Jerzego Kosińskiego, ani z samą biografią pisarza. Zapytacie dlaczego? Otóż świadczy o tym wielość odniesień do jego życia i napisanych książek, których brak znajomości z pewnością utrudni odbiór powieści. Stwierdzić można, że lektura "Jerzego Kosińskiego" to swoista wisienka na torcie, w którym tortem są wcześniej wydane biografie autora i jedynie z tą podstawą można ten utwór przeczytać z pełną świadomością.

Jerzy Kosiński to pisarz – zagadka. Autor, którego barwne życie nie zostało dotąd jednoznacznie zinterpretowane. To bowiem postać nie dająca się zaszufladkować, nie dająca wtłoczyć się w żadne znane nam ramy i schematy. I taka jest również książka Charyna, która nie każdemu naświetli sylwetkę pisarza. Nie każdego również oswoi z jego ekscentryczną postawą życiową. Powieść polecam wyłącznie sympatykom Kosińskiego i jego twórczości, którzy czytali już co nieco na jego temat. Myślę też, że doskonałą puentą podsumowującą tę publikację może być pożegnalna notka Kosińskiego:  
"Kładę się teraz do snu, na trochę dłużej niż zwykle. Nazwijmy to wiecznością".





"Wszyscy jesteśmy malowanymi ptakami, potworami o ekscentrycznych kolorach, i gdziekolwiek polecimy, bezbarwne ptaki kłują nas swoimi dziobami i ściągają na ziemię".


Jerome Charyn



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater oraz wydawnictwu Czarna Owca

piątek, 25 października 2013

English Matters nr 43


Długo wyczekiwany kolejny numer dwumiesięcznika English Matters (listopad/grudzień 2013) jest już dostępny dla wszystkich uczących się języka angielskiego. Zapraszam was w anglojęzyczną podróż poprzez 43 strony ciekawych artykułów. 




Najnowszy numer magazynu to czternaście artykułów zawartych w sześciu działach. Oto i one:


 This & That

Znajdziecie w nim trzy krótkie artykuły dotyczące nieprzeciętnych osób. Trzej mężczyźni, obdarzeni fenomenalną pamięcią, intelektem i zdolnościami lingwistycznymi. Na dwóch stronach zauważycie również wyróżnione na zielono "Weird Words" czyli dziwne słówka.




W tym dziale redakcja zaskoczy was niezwykle interesującym artykułem, przeznaczonym w szczególności dla fanów powieści „Wielki Gatsby” Francisa Scotta Fitzgeralda. Artykuł "The Man Behind the Gatsby" ukazuje postać autora tej ponadczasowej powieści. Oprócz tego polecić również mogę artykuł "What’s ‘Appening’?" dotyczący najnowszych nowinek technologicznych w zakresie aplikacji na urządzenia mobilne.


Dział "Culture" to cztery teksty. W artykule "Lady Liberty" dowiecie się wielu ciekawostek dotyczących symbolu Stanów Zjednoczonych. Do tego bardzo udanym pomysłem było rozłożenie na części utworu "Save your kisses for me". Fani Eurowizji również znajdą coś dla siebie w artykule "Eurovision in the Spotlight".



To wyłącznie jeden artykuł, dotyczący zbliżającego się wielkimi krokami Święta Zmarłych. "The Halloween Destinations" ukazuje bowiem różnorakie sposoby świętowania tego dnia. Czy wiedzieliście, że w Nowym Orleanie możecie przybyć na bal wampirów, a do Tokio na paradę? Jeśli nie, to tych i wiele innych ciekawostek dostarczy wam tekst Urszuli Gruszeckiej. To z pewnością artykuł na czasie.
  
 Language


Posługujecie się idiomami? W artykule "Idiomatic Spice of Life" dowiecie się jak powstały niektóre ze znanych idiomów.
 


W tym dziale macie szansę dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy na temat Nika Wallenda, człowieka, który przeszedł po linie zawieszonej nad słynnym wodospadem Niagara, jak również nad Wielkim Kanionem. Człowieka nazywanego "Królem wysoko zawieszonej linii".



Ale to nie koniec przyjemności bowiem...


Najnowszy numer zawiera również bardzo praktyczny dodatek w postaci krótkiego poradnika w pigułce na temat pisania e-maili - "Writing Emails". 

Dla wszystkich czytelników dobrze posługujących się językiem angielskim, redakcja przygotowała również konkurs na najciekawszą recenzję dowolnej książki napisaną w języku angielskim. Na stronie piątej magazynu możecie się dowiedzieć więcej szczegółów na ten temat.

Najnowszy numer magazynu English Matters pochłonęłam od przysłowiowej "deski do deski". Polecam wszystkim chcącym połączyć pożyteczną naukę z relaksem.



Za możliwość przeczytania magazynu dziękuję wydawnictwu Colorful Media





czwartek, 24 października 2013

Stefania Jagielnicka-Kamieniecka – "Więcej niż szczęście"


 


"Głowimy się, co dla nas jest najkorzystniejsze, a tymczasem najkorzystniejsza, najracjonalniejsza, najsłuszniejsza i w ogóle naj… naj… naj dla wszystkich, dla całej ludzkości jest po prostu… prawda".


Okładka książki, którą widzicie w połączeniu z tytułem pozornie zapowiada lekką powieść o poszukiwaniu szczęścia. Tymczasem skojarzenie takie nie ma racji bytu, gdyż lektura ta przedstawia trudną w odbiorze historię o walce szarego obywatela z systemem. Walce, która jak się okazuje skazana jest już we wstępie na klęskę.

Stefania Jagielnicka-Kamieniecka to dziennikarka, poetka i powieściopisarka. Autorka ukończyła Uniwersytet Śląski w Katowicach. W czasach PRL-u pracowała w gazetach "Dziennik Zachodni" oraz prasa "Solidarność". Po internowaniu wyjechała do USA, w którym to w 1983 r. uzyskała dożywotnie członkostwo Arizona Press Club w Phoenix. Autorka obecnie mieszka w Wiedniu. W Polsce do tej pory wydano osiem jej powieści.

Teresa, dwudziestoośmioletnia aktorka po wstąpieniu do "Solidarności" jest nękana przez ówczesną bezpiekę. Nie chcąc stać się konfidentem we własnej ojczyźnie, postanawia podstępem wyjechać do Zachodnich Niemiec, gdzie przyjaciółka ze szkolnych lat Renata pomoże jej zaadoptować się w nowym środowisku. Teresa bezwiednie wpada z jednej pułapki w drugą. Nowi znajomi Renaty z którymi bohaterka początkowo nawiązuje relacje, okazują się bowiem siatką wywiadowczą. Trucie środkami psychotropowymi i wizyty w szpitalu psychiatrycznym doprowadzają Teresę do podjęcia życiowej decyzji. Decyzji, która nosi znamiona klęski.

W fabule drugiej książki Stefanii Jagielnickiej-Kamienieckiej jaką miałam możliwość przeczytać, zauważyć można analogię do historii opisanej w powieści "Zdeptana róża". Bohaterkami obu utworów pisarki są bowiem młode dziewczyny, którym system ustrojowy zrujnował życie. Teresa podobnie jak Beata, czyli bohaterka poprzedniej powieści autorki, jest mocno religijną osobą. Podobnie również zostaje zaszczuta przez ludzi, którzy pragną wykorzystać ją dla własnych, wyłącznie ideologicznych celów. Widać, że motywy działalności służb specjalnych i ich wpływu na życie zwykłych obywateli są autorce niezwykle bliskie. Tym razem jednak Stefania Jagielnicka-Kamieniecka w dość zaskakujący sposób zakończyła losy swojej bohaterki.

Autorka na łamach powieści porusza trudny temat stosunków polsko-niemieckich, ale również wkracza w dość specyficzny obszar prawdy i fałszu. Obszar, w którym granica pomiędzy tymi dwoma pojęciami potrafi się zacierać. Szkoda, że Stefania Jagielnicka-Kamieniecka nie pokusiła się o większe zobrazowanie postaci dwóch głównych oprawców Teresy, czyli Rudolfa i Gertrudy. Powieść bowiem skupia się wyłącznie na studium psychologicznym głównej bohaterki, co w moim przekonaniu jest niejakim uproszczeniem. Jako czytelnik chciałabym bowiem poznać motywy działania ludzi, którzy potrafili zniszczyć życie niewinnej osobie w taki okrutny sposób. Tego właśnie zabrakło w fabule książki "Więcej niż szczęście".

Proza autorki jest dość specyficzna, gdyż przy konstruowaniu fabuły skupia się całościowo na niektórych wątkach, a inne całkowicie pomija. Czasami czytelnik zauważa przyspieszenie akcji, by za chwilę odczuć zwolnienie jej tempa. Poza tym dużą część fragmentów książki stanowią nawiązania do religijności i pobożności. Ich obszerność czasami przytłacza. Zagadkę stanowi dla mnie zakończenie losów Teresy, których oczywiście nie zdradzę. Jej decyzja podyktowana wieloma czynnikami, pozornie wydaje się być zgodna z jej własnym sumieniem. Mam jednak wrażenie, że autorka daje odczuć czytelnikowi, że jest to jednak klęska. Klęska walki o własną tożsamość i godność w obliczu nieugiętego systemu.

Nie poleciłabym powieści "Więcej niż szczęście" czytelnikom, którzy nie mieli dotychczas możliwości przyjrzenia się twórczości autorki. Książka ta bowiem nie jest łatwą lekturą, a do stylu pisarki trzeba się najnormalniej przyzwyczaić. Powieść dla czytelników oczekujących wyraźnego studium psychologicznego.

Stefania Jagielnicka-Kamieniecka


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Psychoskok


Recenzja bierze udział w WYZWANIU

środa, 23 października 2013

Jill Mansell – "Tylko ty!"




"Czasem sny są tak prawdziwe, że wydają się rzeczywistością. A czasem to życie, zupełnie niespodziewanie, staje się tak surrealistyczne, że zaczynasz zastanawiać się, czy przypadkiem nie śnisz".


Słyszeliście kiedykolwiek o nowym gatunku powieści zwanym chic lit? Jeśli nie, to nie martwcie się tym za bardzo, ja również nie miałam pojęcia o istnieniu tegoż gatunku. To bowiem dość nowe określenie współczesnego romansu, który oczywiście kończy się wyczekiwanym przez czytelnika happy-endem. Nazwa pochodzi od słowa "chic" czyli laseczka oraz "lit" czyli literatura. Gatunek ten narodził się w drugiej połowie lat 90 w Wielkiej Brytanii i przeniknął do Stanów Zjednoczonych. Powieść "Tylko ty!" jak się okazuje jest sztandarowym przedstawicielem lekkiej literatury popularnej dla kobiet właśnie w gatunku chic lit.

Jill Mansell to angielska pisarka, specjalizująca się w tworzeniu powieści romantycznych. Autorka dorastała w Cotswolds, a przed rozpoczęciem kariery pisarskiej pracowała w szpitalu. Od 1992 r. stała się pełnoetatową pisarką. Książki Jill Mansell to bestsellery popularne na całym świecie, których łączny nakład wynosi ponad pięć milionów egzemplarzy. Pisarka obecnie mieszka w Bristolu wraz ze swoim mężem i dziećmi.

Cleo Quinn to dobiegająca trzydziestki i wykonująca niezbyt popularny zawód dla jej płci dziewczyna, mieszkająca w małym miasteczku. Bohaterka jest bowiem szoferem i pomimo niezbyt ciekawych doświadczeń z płcią przeciwną buduje swój związek z Willem, cudownym i przystojnym mężczyzną. Jej spokój zostaje nagle zburzony, gdy w mieście pojawia się znany rzeźbiarz – Johny LaVentura, kolega z dzieciństwa i jednocześnie zaciekły wróg Cleo. Tak zaczyna się historia ukazująca perypetie miłosne bohaterki oraz kilkorga jej przyjaciół.

Na początku zaznaczę, iż oceniać tę powieść można wyłącznie w kategoriach lekkiej powieści obyczajowo-romansowej. I tylko w obszarze tego kanonu gatunkowego można wnioskować o jej wartości literackiej. W "Tylko ty!" pojawia kilka elementów, których nie może zabraknąć w tego typu książce. Jest więc dobiegająca do magicznej liczby trzydziestu lat bohaterka z wieloma kompleksami. Jest przystojny, seksowny i bogaty mężczyzna elektryzujący każdą przedstawicielkę płci pięknej. Są również drugoplanowi bohaterowie w postaci starszej siostry Cleo – Abby, w której małżeństwo wkracza nieoczekiwana osoba, oraz przyjaciel Ash – nieśmiały i mało atrakcyjny, ale za to uwielbiany dj radiowy. Perypetie życiowe głównej bohaterki, przeplatają się z problemami bliskich jej osób. Tak naprawdę cała powieść Jill Mansell to historie kilku osób, w których tematem przewodnim jest oczywiście miłość. Wątek oklepany i dość przewidywalny, jednak tak pożądany przez miliony czytelniczek na całym świecie. Nie będzie tajemnicą fakt, że autorka przygotowała dla wszystkich swoich bohaterów szczęśliwe zakończenia. I chyba tego właśnie się oczekuje po tego typu literaturze - łatwej, lekkiej i przyjemnej.

Jill Mansell stworzyła fabułę okraszoną dużą dawką humoru, która w połączeniu z lekkim stylem i prostym słownictwem staje się przyjemną lekturą, nie wymagającą wysilania intelektu czytelnika. Nie do końca może satysfakcjonować zakończenie w którym mnogość wątków przedstawionych w książce przyćmiła trochę główny motyw uczucia pomiędzy Cleo, a Johnym LaVenturą. Jednakże dość barwni bohaterowie i ich perypetie miłosne, których wykreowała autorka stanowią dobrą odskocznię od codzienności.

Myślę, że powieść "Tylko ty!" w pełni zaspokoi gusta czytelniczek sympatyzujących w obszarze powieści romansowo-obyczajowej. Nie znajdziecie w tej książce niczego nowego (może oprócz oryginalnej profesji głównej bohaterki), jednakże lektura ta sprawdzi się doskonale jako niezobowiązujące czytadło i przerwa od bardziej absorbujących książek. Utrzymana w pogodnym tonie, zapewni rozrywkę na kilka godzin.

Jill Mansell


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A.