wtorek, 5 listopada 2013

"Nie pisze się dla samego pisania, pisze się po to, by ktoś później to przeczytał..." - Wywiad z Remigiuszem Mrozem



W dzisiejszy wtorkowy wieczór, chciałabym was zaprosić na rozmowę z młodym pisarzem - Remigiuszem Mrozem, autorem dwóch książek, które miałam okazję czytać: "Wieża milczenia" - KLIK, oraz "Parabellum. Prędkość ucieczki" - KLIK.


fot.: Piotr Milanowicz
Remigiusz Mróz do dwudziestosześcioletni doktorant w Kolegium Prawa Akademii Leona Koźmińskiego, który może się pochwalić kilkoma publikacjami naukowymi. Autor na swojej stronie stwierdza, iż cierpi na obsesyjno-kompulsywne zaburzenia funkcjonowania w wyniku których posiada kilkanaście niewydanych dotychczas powieści historycznych, politycznych oraz science-fiction. Autor zadebiutował powieścią "Wieża milczenia".
 

awiola: Remigiuszu, masz dwadzieścia sześć lat, a na koncie już dwie wydane książki, w tym niezwykle udany debiut. Jak zaczęła się twoja historia z literaturą? Skąd wziął się pomysł na twórczość tego rodzaju?

Remigiusz Mróz: Skąd wziął się pomysł – trudno powiedzieć, bo niewiele swoich motywacji pamiętam z początkowych lat podstawówki, a to właśnie wówczas porwałem się na pierwsze próby literackie. Byłem bodaj w trzeciej klasie, kiedy w głowie zakołatał mi pomysł napisania czegoś, co w myśli szumnie nazwałem książką. Idea sama w sobie była elektryzująca, zaś historia dotyczyła grupy zwierząt hodowlanych, które posiadły nadprzyrodzone moce… i dzięki nim poczęły detronizować ludzi w hierarchii istot. Niewiele miało to wspólnego z prozą Orwella, ale do dzisiaj pamiętam minę mojej wychowawczyni, gdy na schodach przed pierwszym piętrem zaczepiłem ją i z dumą oświadczyłem, że piszę "książkę". Ostatecznie – o dziwo – dzieło to nie odniosło komercyjnego sukcesu, bo pomysł porzuciłem po kilku stronach.
Później były kolejne – ekspresowo podejmowane i porzucane – próby, zazwyczaj zainspirowane jakąś konkretną lekturą, Stanisława Lema, czy J. K. Rowling (a jakże!). Ze słowem pisanym zawsze jakiś kontakt utrzymywałem – czy to zajmując się prowadzeniem magazynu internetowego, czy pisaniem wątpliwej jakości poezji, która do dziś frapuje mnie swoim przesłaniem.
Ostateczne przebudzenie nastąpiło jednak po tym, jak odłożyłem ostatni tom Millennium Stiega Larssona i odczułem dobrze znany wszystkim moment, gdy wyczerpawszy lekturę, nie wiadomo co ze sobą zrobić. Sięgałem po innych autorów szukając podobnego stylu, fabularnych twistów, narracji, etc., ostatecznie uznając, że najlepiej będzie, jeśli sam siądę do pisania i stworzę to, o czym chciałbym przeczytać.

awiola: Jako absolwent administracji, robisz obecnie doktorat na Akademii Leona Koźmińskiego. Wiążesz więc swoją przyszłość z uczelnią, czy raczej z zamierzasz żyć z pełnoetatowego pisania?

Remigiusz Mróz: Pisanie to pasja w pełnym tego słowa znaczeniu – przypuszczam, że dla każdego, kto para się przekuwaniem swoich pomysłów na słowa. Czy w krótkich formach, długich, formalnych, nieformalnych, drukowanych, elektronicznych… siła tworzenia jest uzależniająca, i nie ma nic przyjemniejszego, niż całkowite oddanie takiemu uzależnieniu.
Zatem utrzymywanie się z pisania byłoby sytuacją dla mnie wymarzoną – choć przy tym chciałbym rozwijać też działalność naukową. Także i ona potrafi wciągnąć, a dodatkowo, tworzenie artykułów czy opracowań pozwala doskonalić warsztat pisarski, choćby poprzez naukę systematyczności w robieniu researchu, czy staranności w doborze źródeł.

awiola: Twoim debiutem była powieść sensacyjna pt. "Wieża milczenia". Czy spodziewałeś się aż tak entuzjastycznych recenzji po premierze książki?

Remigiusz Mróz: Zależy o który moment pytasz – wnet po premierze byłem niepoprawnym optymistą, bo przyszła do mnie paczka z książkami opatrzonymi własnym nazwiskiem… mając przed sobą taki widok, trudno snuć negatywne myśli. Później jednak bywało różnie, pesymizm – rzecz jasna – szybko też się pojawił. Generalnie zatem, trudno powiedzieć. Po zakończeniu redakcji miałem poczucie, że wyszła z tego ciekawa lektura, choć starałem się patrzeć na sprawę realnie – moje nazwisko jest nieznane, wydawnictwo nie było duże, na reklamę nie można było liczyć, a okładka w moim odczuciu niekoniecznie przystawała do treści. Abstrahuję od sfery estetyki, bo to rzecz subiektywna, jednak brak tu było w moim przekonaniu korelacji między tym, jak książka prezentowała się na półce, a co można było w niej znaleźć.

awiola: Jak więc widziałbyś okładkę "Wieży milczenia"?

Remigiusz Mróz: W bardziej – nomen omen – amerykańskim stylu. Jestem zwolennikiem minimalizmu, jeśli chodzi o ten aspekt przygotowania książki do wydania. Podobały mi się ichniejsze wersje okładki wspomnianej trylogii – w tle motyw przewodni, na pierwszym planie same napisy. Nowe wydania prozy Agathy Christie mają genialną sferę graficzną – są enigmatyczne, klimatyczne, same w sobie intrygują. Generalnie, Amerykanie potrafią opakować produkt w sposób, który zachęca do przeczytania… wszak większość z nas ocenia książki po okładce (i nie jest to chyba nic złego, o ile treść koreluje z tym, jak książka się prezentuje).

awiola: Podczas lektury "Wieży milczenia" zaskoczyło mnie idealne odwzorowanie amerykańskiego stylu życia. Gdybym nie wiedziała, że to nasza rodzima proza, byłabym przekonana, że to książka amerykańskiego pisarza. Jak udało Ci się w taki umiejętny sposób uchwycić klimat Stanów Zjednoczonych?

Remigiusz Mróz: Cieszę się, że tak to odebrałaś – starałem się oddać ten świat jak najbardziej wiarygodnie, posiadając oczywiście ograniczony zasób wiedzy, stąd też pewnie nie wszystko wyszło tak, jak powinno. Spędziłem sporo czasu na oglądaniu on-line lokalnej telewizji z Lansing (gdzie rozgrywa się akcja), przeglądałem portale miejskie, czytałem blogi, oglądałem zdjęcia, czy przeszukiwałem fora by znaleźć dobre trasy spacerowe, rowerowe, etc. Dzięki temu, że żyjemy w społeczeństwie informacyjnym, w którym ludzie chętnie dzielą się swoimi opiniami i – poniekąd – życiem, byłem w stanie dotrzeć do informacji o tym, gdzie można w okolicach East Elm Street zjeść najlepszego burgera, a gdzie nie warto zapuszczać się po zmroku.

awiola: Twój debiut został zaliczony do grona "225 najlepszych kryminałów ever" przez blogerów, którzy współtworzyli tę akcję. Czy któryś z kryminałów z tej listy stanowi Twój osobisty typ nr 1?

Remigiusz Mróz: Gdy chodzi stricte o kryminały, nie będę przesadnie oryginalny – bezkonkurencyjne jest dla mnie wspominane Millennium Stiega Larssona. Wiem, że trylogia pisana jest prozą nieskomplikowaną, nie ma tam fajerwerków w sferze zabawy słowem i pewnie nie można napocić się intelektualnie przy lekturze, ale od tych kryminałów bije pewien magnetyzm.
Na liście pojawiły się także pozycje, które wyszły spod pióra Stephena Kinga, więc nie mogę o nim nie wspomnieć – facet ten w moim przekonaniu jest absolutnym mistrzem, gdy chodzi o opowiadanie historii. Potrafi nakreślić rzecz banalną, błahą, na poły nawet nudną, w sposób, który sprawia, że chce się czytać dalej. Kwintesencja talentu literackiego, nawet jeśli nie wszystkie jego książki porywają fabularnie.

awiola: W takim razie którą powieść Stephena Kinga poleciłbyś swoim czytelnikom?

Remigiusz Mróz: "Dallas ‘63" jest w moim przekonaniu ukoronowaniem jego twórczości, choć to oczywiście rzecz subiektywna. Jest w tej książce wszystko, za co cenię Kinga – niedopowiedzenia, magnetyczny sposób snucia opowieści, klimat lat minionych i błysk elokwencji w dialogach. Mistrz grozy rzadko pisze w narracji pierwszoosobowej, uznając to za zabieg ograniczający tworzenie całej otoczki opowiadanej historii, oraz rozwijanie pobocznych wątków, ale wydaje mi się, że to właśnie ta sztuka sprawiła, że książka powala swoją siłą przyciągania.

awiola: Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się Twoja druga książka pt. "Parabellum. Prędkość ucieczki", zapowiadająca cały cykl. W związku z tym, że to literatura stricte wojenno - historyczna, intryguje mnie czy historia to Twoja kolejna pasja?

Remigiusz Mróz: Poniekąd – zawsze interesowało mnie to, co tkwi w przeszłości. Im mniej źródeł, im dane tematy owiane są gęstszą mgłą zapomnienia, tym ciekawej. W przypadku drugiej wojny światowej oczywiście tak nie jest, lecz ona interesuje mnie z innego względu – stanowi epizod w historii, który jest unikalny w swej skali, globalny… i warunkujący dzisiejszy kształt świata. Podczas pierwszej wojny życie straciło osiem i pół miliona ludzi – w drugiej ponad siedemdziesiąt milionów… zmieniła porządek świata, uzmysłowiła państwom potęgę broni masowego rażenia i wymusiła realną konsolidację polityczną na płaszczyźnie międzynarodowej.
A Polska zapisała w niej wiele kart. Mamy więc o czym pisać, o czym mówić, o czym kręcić filmy… niekoniecznie odwołując się do martyrologii.

awiola: Ile części cyklu Parabellum planujesz wydać na obecną chwilę?

Remigiusz Mróz: Planowałem opowiedzieć pewną część tej historii w czterech tomach – i myślę, że to mi się udało. Są gotowe, jeden czeka na publikację, pozostałe na redakcję. Ile ich jednak będzie ostatecznie? Zależy to najpewniej od Czytelników. Jeśli będą chcieli kontynuować przygodę z Zaniewskimi, Marią, Leitnerem i innymi, to jestem gotów w tej podróży towarzyszyć.

awiola: Na swojej stronie stwierdzasz, że cierpisz na obsesyjno-kompulsywne zaburzenia funkcjonowania, w wyniku których w Twojej szufladzie zalega kilkanaście ukończonych już powieści. Zdradzisz czytelnikom coś więcej na ten temat.

Remigiusz Mróz: I rzeczywiście tak jest – obawiam się nawet, że dobiłem do granicy dwudziestu powieści. Co do owych "zaburzeń", to jest to nic innego, jak zawoalowany sposób określania siebie jako grafomana. Andrzej Pilipiuk czyni to zupełnie otwarcie, ja jeszcze staram się owijać w bawełnę. Fakt faktem, że jeśli nie pracuję sześciu, siedmiu godzin dziennie nad samym pisaniem (wyłączając research) to stanowię raczej kiepskie towarzystwo dla otoczenia. Muszę swoją normę wyrobić, bo jak głosi stare porzekadło – nulla dies sine linea (ani dnia bez kreski, ani dnia bez postępu w pracy twórczej). Dla niektórych ta kreska jest dosłownym pociągnięciem pędzla, dla innych wpisem na blogu, dla jeszcze innych ułożeniem jakiejś linii melodycznej, dla mnie zaś wyrobieniem minimum normy w słowach. Bez tego, dzień stracony.
Co zaś tyczy się samych zalegających w szufladzie powieści, tworzą dość szerokie spektrum gatunkowe. Od thrillerów, horrorów, przez powieści polityczne, historyczne, prawnicze, aż po science fiction, czy fantasy. Z tego względu, pojawiają się tak miłe akcenty, jak obawy wydawcy, że Czytelnicy za jakiś czas potraktują Remigiusza Mroza jako pseudonim literacki grupy twórców. Byłoby fajnie.

awiola: Jakie więc są Twoje dalsze plany pisarskie?

Remigiusz Mróz: Nieznane nawet mi. Trudno powiedzieć, jaki temat pochłonie mnie za miesiąc czy dwa. Zazwyczaj jest tak, że kilka pomysłów kołacze mi w głowie, nie daje spokoju, raz jeden wysuwa się na pierwszy plan, innym razem drugi… ostatecznie siadam do pisania i największy dylemat stanowi to, za co się zabrać.
Z pewnością chciałbym jednak utrzymać szeroki przekrój w tematyce – daje to dystans wobec konkretnych gatunków, pozwala wyjść poza schematy w nich utarte. I generalnie, przynosi dużo radości. Wydaje mi się, że siedzenie zajmowanie się zbyt długo jednym gatunkiem potrafi być dojmujące, ale mogę się mylić.

awiola: Czym jest pisanie dla Remigiusza Mroza?

Remigiusz Mróz: Stephen King twierdzi, że jest to rzemiosło, a ja z mistrzem nie polemizuję. Brzmi to może dość prozaicznie, a z drugiej strony lekko obrazoburczo, wszak powinno być traktowane jako sztuka, ale chyba jest to pogląd poniekąd prawdziwy. Ciężka, żmudna praca, choć dostarczająca wielkiej satysfakcji.
Wielu definiuje pisanie jako styl życia… i generalnie, również trudno z tym polemizować, przy czym wydaje mi się, że jakakolwiek inna tak czasochłonna praca wyczerpuję tę samą definicję. W większości przypadków jest tak, że pisaniem zajmuje się również wtedy, gdy się nie pisze. Umysł o każdej porze dnia układa elementy w opowiadanej historii, świat zaczyna się postrzegać przez pryzmat natchnienia, generalnie, poświęca się swej twórczości całą uwagę. Z pewnością więc jest to zajęcie absorbujące, ale czy bardziej, niż inne? Zależy pewnie od człowieka.
I dochodzi trzeci aspekt, o którym już wspominałem – siła tworzenia. Przyciągająca, niepozwalająca się oderwać, uzależniająca i stanowiąca ten element rzemiosła, o którym trudno mówić, bo zdaje się być niedefiniowalny. Jego smak zna jednak każdy, kto kiedykolwiek tworzył.

awiola: Jak postrzegasz rynek wydawniczy w Polsce?

Remigiusz Mróz: Wbrew ogólnemu trendowi, całkiem pozytywnie. Jako naród nie czytamy wiele, a według ostatnich danych GUS-u średni nakład książek dla dorosłych wynosi 3,3 tys. egzemplarzy… i owszem, nie napawa to optymizmem, ale jednocześnie uzmysławia, że rynek mamy niezwykle bogaty pod względem różnorodności. Z punktu widzenia Czytelnika wygląda to nad wyraz dobrze – wszak mamy do dyspozycji wiele tytułów (choć w małych nakładach) przez co rośnie spektrum naszego wyboru. Powieściopisarze konkurują ze sobą, starając się wykoncypować coraz lepsze, bardziej innowacyjne linie fabularne, pracują nad stylem, chcą przykuć uwagę Czytelnika czymś nowym. Generalna tendencja wydaje się dobra – popyt nie jest wielki, ale za to podaż wydaje się być bogata. A im większa konkurencja, tym lepszy produkt trafi do Czytelnika.
Byleby tylko nie popaść w skrajność – wydaje mi się, że jednym z problemów, z jakimi zmaga się nasz rodzimy rynek jest to, że nieraz chęć stworzenia jakiegoś novum jest tak silna, iż jesteśmy w stanie wydawać rzeczy cokolwiek osobliwe, przesadnie dziwne… pozycje, których nie przeczytałby Amerykanin, Brytyjczyk, czy Skandynaw, bo zniechęcałyby swą absurdalnością. My zaś liczymy na to, że oryginalność sama w sobie stanowić będzie o sukcesie… i być może tak będzie, tyle tylko, że w wąskim gronie tych, którzy są w stanie przyjąć taką literaturę. W tym wszystkim być może zatracamy główny jej sens – opowiadanie ciekawej historii w ciekawy sposób. Tylko tyle, i aż tyle.

awiola: Jakich rad udzieliłbyś początkującym pisarzom, chcącym wydać swoją pierwszą książkę?

Remigiusz Mróz: Chyba Hemingway (a może kto inny?) przy jakiejś okazji udzielił rady, która oddaje chyba kwintesencję tej sprawy – nie słuchać innych pisarzy. Było to cokolwiek kategoryczne stwierdzenie, ale po trosze celne, bo gdy chodzi o pisanie, każdy musi mieć własny rytuał, własne minimum normy na dzień, własny styl i tryb pracy, własny zamysł na to, do czego dąży i z czego będzie mógł być dumny.
Wszyscy zgodni są chyba jednak co do tego, by dobrze pisać, należy sporo (naprawdę sporo) czytać, sięgając po książki zgoła inne tak gatunkowo, jak stylistycznie. Pracować, doskonalić się na swój sposób… a potem próbować, próbować i dalej próbować, aż do skutku.
Są oczywiście pewne uniwersalne zasady, które powinien znać każdy autor – nie należy tworzyć przesadnie długich konstrukcji, używać niepotrzebnie wysublimowanych synonimów w miejsce powszechnie używanych słów, używać nadmiaru określeń oddających emocje, etc. Po prawdzie jednak wydaje mi się, że jeśli ktoś potrafi to robić – i robi to tak, że przyjemnie i ciekawe się to czyta – nic nie stoi temu na przeszkodzie. Dlatego tak istotne jest to, by znaleźć własną koncepcję na swoją twórczość.
Niektórzy lubią wcześniej tworzyć plany, okiełznać cały ten chaos, który kotłuje się w głowie. Robi tak Miéville, który całą powieść przed napisaniem rozkłada na czynniki pierwsze na tablicy, tworzy schematy, czy inne wizualne konstrukcje. W moim przypadku taka strategia się nie sprawdza – odbiera mi całą radość z pisania, bo sprawia, że trzymam się wcześniej przyjętego planu. Tymczasem bohaterowie chcą żyć własnym życiem, a historia chce toczyć się dalej w nieznanym mi wcześniej kierunku.
Wielu autorów poleca zawsze nosić przy sobie coś do pisania i kartkę papieru (co w dobie smartfonów należałoby chyba zmodyfikować). Argumentują, że dobre idee wpadają i wypadają z głowy z prędkością światła, a czasem jeden taki moment może warunkować dobrą powieść. Ja zaś wychodzę z założenia, że jeśli pomysł jest naprawdę dobry, to z pamięci nie uleci. A jeśli uleci, to widocznie nie był dostatecznie dobry.

Gdy zaś chodzi o etap zamiany swoich wypocin na produkt końcowy, który pojawi się na półkach, mogę powiedzieć więcej. Szczęśliwie, trafiłem na dwóch wydawców, którzy byli skłonni opublikować moje książki – przy czym stało się to w jednym czasie, więc nazwisko nikomu kompletnie nic nie mówiło.
W przypadku Parabellum minął rok, od kiedy rozesłałem książkę do wydawnictw, do momentu, gdy pojawił się odzew. Niby niedługo, ale dla kogoś, kto dzień w dzień oczekuje na tego jednego maila, telefon, czy cokolwiek – to szmat czasu. Gdy zaś chodzi o Wieżę milczenia, było lepiej, bo zainteresowane wydawnictwo odezwało się po kilku dniach od otrzymania tekstu. Łut szczęścia? Pewnie tak, bo potrzebny jest w każdej sferze życia.
Wiem, że trudno jest ruszyć ze swoim debiutem, ale upór jak widać procentuje. Im więcej człowiek pisze, tym więcej przywar dostrzega w swojej prozie – przywar, które przeciętny redaktor w przeciętnym wydawnictwie widzi już na pierwszy rzut oka, bo ma o literaturze znacznie większe pojęcie od nas, początkujących (a czasem i doświadczonych) autorów. I wydaje mi się, że o tym należy pamiętać, przesyłając swój tekst do wydawnictwa – wbrew pozorom nie siedzą tam potwory czyhające tylko na to, by wyrzucić naszą twórczość do kosza. Wręcz przeciwnie, ludzie ci poszukują tekstów, które ich wydawnictwo byłoby skłonne wydać. Przy tym są naprawdę obeznani z tematem, więc większość z nas trafia na dość głęboką wodę – szczególnie, gdy wcześniej nie pisało się kilka, czy kilkanaście lat, bądź nie pracowało się systematycznie ze słowem, tak jak oni to czynią. Warto więc pastwić się nad swoich tekstem, szukać swoich słabych stron, a najlepiej mieć kogoś, kto w sposób bezpośredni je wytyka – bo to jest chyba dźwignią samodoskonalenia.

awiola: Co na koniec chciałbyś przekazać czytelnikom mojej strony?

Remigiusz Mróz: Serdeczne pozdrowienia, rzecz jasna. A kusi mnie także, żeby zareklamować nową książkę… choć wystawiłaś jej tak pochlebną opinię, że wystarczy chyba na jednego bloga.
Podchodząc jednak poważniej do pytania – bardziej interesuje mnie to, co Czytelnicy chcieliby przekazać nam, autorom. Wszędzie poza kartami powieści to my powinniśmy być tą stroną, która słucha, bierze sobie do serca uwagi, a potem wychodzi naprzeciw oczekiwaniom. Nie pisze się dla samego pisania, pisze się po to, by ktoś później to przeczytał – każdy, kto wydaje książki twierdząc, że jest inaczej, jest hipokrytą (wszak może napisać dla siebie, a potem zamknąć w szufladzie, i powinien być ukontentowany). A mówiąc już całkiem serio, feedback czytelniczy to rzecz bez której pisać się nie da – a póki nie ma się poczytności na poziomie Stephena Kinga, J. K. Rowling, Koontza, Grishama czy Dana Browna, człowiek pochyla się nad każdą pojedynczą opinią, jakkolwiek lakoniczną. Wbrew pozorom, najbardziej nad tymi negatywnymi… choć oczywistym jest, że to przy tych drugich naprawdę zachciewa się żyć. I pisać.



Dziękuję Remigiuszowi za poświęcenie czasu na rozmowę. Mam nadzieję, że przybliżyłam wam postać autora, którego powieści polecam oczywiście przeczytać. Mam przeczucie, że jeszcze nie raz usłyszymy o Remigiuszu. Ja bynajmniej czekam z niecierpliwością na kolejne książki.


17 komentarzy:

  1. Nie słyszałam dotychczas o tym autorze, ale na szczęście dzięki powyższej rozmowie mogłam przybliżyć sobie jego sylwetkę.
    Gratuluje wywiadu. Jest bardzo rzetelny i szczegółowy.
    Natomiast panu Remigiuszowi samych sukcesów w każdej dziedzinie życia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny wywiad. Dzięki niemu chyba trochę szybciej sięgnę po Parabellum, mam nadzieję, że mi się spodoba.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie słyszałam o autorze, ale dzięki twojemu wywiadowi z przyjemnością sięgnę po obie jego pozycje ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podobnie jak poprzedniczki nie słyszałam o tym autorze, ale teraz zapamiętam nazwisko. Podobają mi się te słowa:
    "Warto więc pastwić się nad swoich tekstem, szukać swoich słabych stron, a najlepiej mieć kogoś, kto w sposób bezpośredni je wytyka".
    Jak to dobrze zobaczyć autora skłonnego do doskonalenia się, do wysłuchania czyichś porad :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałem jednym tchem, świetny wywiad, i bardzo ciekawa postać Autora :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale interesująca z niego osoba! Gratuluję wspaniałego wywiadu awiolko.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z bohaterem wywiadu - w projektowaniu okładek ważna jest prostota i minimalizm.

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny wywiad i nawet mnie olśniło, że Wieżę milczenia" mam na póce

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie znam autora, ale gratuluję:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Autor mnie zaintrygował. Naprawdę odrobił lekcje... wszak Tuwim napisał 600 wierszy, zanim pierwszy opublikował... Zgadzam się zupełnie ze zdaniem autora w sprawie "Dallas'63", to King w najlepszym wydaniu. Teraz z przyjemnością poszukam "Wieży milczenia" - okładki na mnie nie działają;) Gratuluję wywiadu, Wiolu!

    OdpowiedzUsuń
  11. super post:D
    http://rozaliafashion.blogspot.com/2013/11/n-retro-style.html

    OdpowiedzUsuń
  12. świetny wywiad, bardzo ciekawy:)
    co do kotków -to myślę, że nie ma się co bać.. Kociaki we dwójkę zawsze czują się raźniej. Mogą się razem bawić i odkrywać nowe przygody:) Wystarczy je odpowiednio sobie przedstawić:) Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Pierwszy raz słyszę o nim i jego książkach, ale gratuluje udanego wywiadu;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Interesujący wywiad. Gratuluję:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Świetny wywiad! Dobrze, że mamy takich młodych i obiecujących pisarzy. Nazwisko na pewno zapamiętam:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Świetny wywiad! Dobrze, że mamy młodych i obiecujących pisarzy. Nazwisko zapamiętam:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Super wywiad, czyta się płynnie i ciekawie :) A z autorem mam zamiar się zapoznać oczywiście na razie w świecie literackim ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję wszystkim za ślad, który tutaj zostawiacie :)