piątek, 30 listopada 2012

Kaari Utrio – "Spiżowy łabędź"








„Co było dawniej, było i teraz, bowiem między przeszłym a teraźniejszym nie istniała różnica. Świat pozostawał taki sam, jedynie ludzie się zmieniali, na miejsce każdego, który odszedł w zaświaty, przychodził taki sam nowy.”





Powieść historyczna to gatunek, po który nie sięgam zbyt często. Otrzymując do ręki „Spiżowego łabędzia” początkowo przeraziłam się objętością książki. Do tego doszła jeszcze obawa w postaci nieznajomości fińskiej literatury, gdyż nie często mam okazję ją poznać. Jak to jednak bywa w życiu, pierwsze wrażenie jest często mylne. Od pierwszej kartki bowiem historia spisana przez autorkę na ponad pięciuset stronach wciągnęła mnie bez reszty.

Kaari Utrio, a raczej Utrio-Linnilä to fińska historyczka i feministka. Jako pisarka napisała dziesiątki powieści historycznych. Obecnie jest właścicielką własnego wydawnictwa i wraz z mężem wychowuje trójkę dzieci. Autorka działa też aktywnie w kilku organizacjach społecznych. Książka „Spiżowy Łabędź” po raz pierwszy ukazała się w Polsce w 1997 r. pod tytułem „Miedziany ptak”. Powieść ta w Finlandii przez parę miesięcy utrzymywała się na szczycie bestsellerów wydawniczych. Jest to pierwsza część pięciotomowego cyklu.

A teraz chciałabym was zaprosić do XI wiecznej Europy, do świata, który dopiero zaczyna kształtować podwaliny naszej obecnej cywilizacji. Główna bohaterka, piękna Terhen jest Finką, która została obdarzona przez los zdolnościami magicznymi. Dzięki naukom szamana potrafi przenosić się do krainy zmarłych. Do tego włada zaklęciem potrafiącym wywołać mgłę, a jej myśli potrafią tamować krew. Od dzieciństwa towarzyszy jej brzydki, czerwony wareg Eryk Mocny, który potrafi ochronić ją przed każdym niebezpieczeństwem. Będąc młodą dziewczyną Terhen wraz ze swoim oddanym przyjacielem aby uratować swoje życie na kijowskim dworze króla Jarosława, podaje się za córkę szwedzkiego króla, która zginęła w wyprawie. Odtąd jako królewna Torgerda, z każdym rokiem traci poczucie własnej tożsamości oraz wszelkie uczucia, jakie decydowały o tym, kim naprawdę jest. Co więcej sama zaczyna wierzyć w wymyślone wspólnie z Erykiem kłamstwo. Oziębłość i brak uczucia do bliźnich na kilkanaście lat przesłoniają bohaterce jej prawdziwe oblicze. Losy Terhen i czerwonego wikinga, to podróż po całej średniowiecznej Europie. Wraz z bohaterami przybędziecie do Finlandii, Konstantynopola i Normandii. Poznacie ówczesne dzieje historyczne Brytanii czy Kijowa. Spotkacie się ze swoimi przodkami na wielu bitwach i ucztach dworskich. Co więcej, zajrzycie w alkowę najszlachetniejszych dam dworu. A to tylko nieliczne atrakcje jakie na was czekają.

Powieść jest wielką gratką dla sympatyków historii i ludzi, którzy interesują się początkami chrześcijańskiej Europy. Kaari Utrio w iście mistrzowskim stylu ukazała ścieranie się dwóch światów w XI wiecznej Europie – świata pogan i chrześcijan. Główni bohaterowie reprezentują owe dwa światy: Terhen to poganka, która do końca nie wierzy w nową religię, natomiast Eryk Mocny to zagorzały chrześcijanin. Tłem losów głównych bohaterów jest walka pomiędzy tymi dwoma nurtami religijnymi. To świetna lekcja historii, tym bardziej, że większość faktów historycznych i postaci w powieści jest autentycznych. Autorka nieznacznie zmodyfikowała niektóre fakty, naginając je na potrzeby fabuły książki. Oprócz tła historycznego, czytelnik znajdzie również obszerne wątki romansowe, gdyż oprócz władzy i religii, w tamtych czasach pożądane były piękne niewiasty. Rola kobiet w ówczesnych, kształtowanych dopiero społeczeństwach nie była łatwa. Warto wiedzieć, jak wyglądało wówczas dworskie życie i nie tylko.

Czytając przedstawione przez autorkę losy Terhen, na początku gubiłam się w koligacjach rodzinnych poszczególnych rodów. Niespotykane imiona niektórych bohaterów i poplątane stosunki rodzinne nie ułatwiały mi ułożenia sobie w głowie drzewa genealogicznego poszczególnych rodów. Na szczęście, autorka zapobiegawczo na początku książki zamieściła spis poszczególnych postaci, dzięki czemu miałam ściągę w razie potrzeby. Język powieści nie jest zbyt prosty, ale po paru rozdziałach czytelnik jest w stanie się do niego przyzwyczaić. Na pewno łatwiej będą mieli ci, którzy znają mapę średniowiecznej Europy, wówczas łatwiej jest dopasować pewne wydarzenia do konkretnego miejsca. Książka jest obszerna, warto więc nastawić się na dłuższe czytadło, ale jakże wciągające.

Jestem zafascynowana życiem naszych przodków przed tyloma wiekami. Oprócz morderstw, wojen religijnych, podbijania nowych ziem i spisków na dworach królewskich, tych ludzi dotyczyły również namiętności, zdrady czy wzniosłe uczucia. Śmierć była postrzegana całkowicie odmiennie niż obecnie, w naszej rozwiniętej cywilizacji. W przyszłym roku zapowiadana jest kontynuacja sagi pod tytułem „Waleczny jastrząb”. Nie wyobrażam sobie nie poznać dalszych losów Terhen i Eryka. A wam pozostaje mi polecić „Spiżowego łabędzia”. Lektura zapewni niezapomniane wrażenia. Teraz wędrówka w przeszłość jest taka prosta, wystarczy wziąć do ręki powieść i zacząć czytać…



Kaari Utrio


Recenzja tygodnia (17.11.2014 r. - 23.11.2014 r.) na portalu



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Szara Godzina


wtorek, 27 listopada 2012

Magdalena Zych – "Siedem szklanek"





„Na świecie w ogóle nie ma heteryków. Są tylko źle podrywani biseksualiści.”


Zaletą sklepów outletowych jest to, że można od czasu do czasu kupić za grosze książkę, która okazuje się później perełką. Tak było w przypadku „Siedmiu szklanek”. Od dawna jestem nastawiona na odkrywanie nowych, współczesnych, rodzimych pisarzy, nie mogłam więc przejść obojętnie nad taką okazją. Tym bardziej, że opis z okładki sugerował jakiś dziwne relacje łączące dwóch mężczyzn. Musiałam tę książkę przeczytać.

Magdalena Zych to mieszkanka Warszawy. Autorka jest właścicielką firmy, w której wykonuje wiele różnych funkcji od menedżerki do sekretarki. Jest absolwentką lingwistyki stosowanej i anglistyki. Jej zainteresowania skupiają się wspinaczce skałkowej, jeździe na rowerze czy czytaniu. Ważna informacją w kontekście samej książki jest to, że autorka żyje w związku partnerskim z inna kobietą. Aktywnie uczestniczy również w różnych akcjach na rzecz zalegalizowania związków homoseksualnych. Powieść „Siedem szklanek” to jej debiut literacki. Zapraszam na stronę książki - Siedem szklanek.

Głównymi bohaterami powieści są dwaj mężczyźni – Kuba i Emil. Kuba to z pozoru zwykły, dwudziestopięcioletni student anglistyki, który niczym szczególnym się nie wyróżnia. Oprócz nawiedzających go dziwnych, surrealistycznych snów, bohater nie ma żadnych większych problemów. Pewnego dnia na imprezie jakich wiele w jego życiu poznaje nieprzeciętnego mężczyznę Emila, który jest wszędzie duszą towarzystwa. Emil to postać ekscentryczna i wielce kontrowersyjna. To bowiem artysta o bliżej nieokreślonej płci nazywany pieszczotliwie „ciotką”. Kuba widząc go po raz pierwszy myśli, iż jest on piękną kobietą. Wydawałoby się, że dwóch nie mających ze sobą absolutnie nic wspólnego mężczyzn nie powinno nic łączyć. Jednak impreza staje się początkiem budowania między nimi silnych relacji. Relacji, które wykraczają daleko poza utarte schematy i stereotypy. Relacji, które ciężko w ogóle jakikolwiek sposób zdefiniować.

Po przeczytaniu paru wywiadów internetowych i radiowych z autorką już wiem, że fabuła „Siedmiu szklanek” to fikcja literacka, ale charaktery Kuby i Emila zostały wykreowane w oparciu o Magdalenę Zych i jej partnerkę. Jednakowoż jak mówi autorka, główni bohaterowie nie są ich kopiami, „są bardzo mocno przetworzeni”. Jak na dłoni widać, że reprezentują oni dwa różne światy. Kuba jest przewidywalny i łatwo go zdefiniować, natomiast Emil to osoba, którą trudno jakkolwiek określić. W miarę rozwoju całej tej historii tożsamość Kuby zostaje zachwiana, a Emil staje się jeszcze bardziej niejednoznaczny niż na początku.

Tytuł książki to nawiązanie do klasyki literatury, a mianowicie znanej wam dobrze „Akademii Pana Kleksa”. W jednym z rozdziałów Adam Niezgódka śnił o siedmiu szklankach. Poza tym w utworze znajdziecie przy każdym istotnym wydarzeniu szklankę, jest ich dokładnie siedem. Po przeczytaniu powieści na pewno zrozumiecie dlaczego akurat taki tytuł, a pomoże wam w tym wstęp, który jest fragmentem wyżej wymienionego utworu Jana Brzechwy.

W powieści, co bardzo mi się podobało znalazłam mnóstwo cytatów z piosenek, polskich jak i zagranicznych. Najczęściej są to utwory nawiązujące do poszukiwania ukrytej tożsamości, która dla wielu jest zagadką. Najbardziej zaskoczył mnie tytuł jednego z rozdziałów i cytat do niego z kawałka, którego od dawna nie słuchałam, a mianowicie „Babie lato” Kalibra 44. Pierwszy raz spotkałam się z cytowaniem rapu Magika w książce.

Interesujące jest również ukazanie psychiki Kuby, który przechodzi kryzys własnego ja. Autorka ukazuje czytelnikowi jak szybko człowiek będący pewien swoich preferencji seksualnych, traci tą wiarę nie wiedząc kim jest i czego tak naprawdę chce. Ogólna konkluzja powieści jest taka, jak w cytacie na wstępie mojej recenzji. Każdy z nas jest tak naprawdę biseksualistą, sami tylko o tym nie wiemy. Nie zgadzam się z tym, ale szanuje pogląd Magdaleny Zych.

Jakie minusy? Irytowała mnie zbyt częsta zmiana narratora i marzenia senne Kuby, które uważam, że niczego nowego nie wnosiły do całej tej niecodziennej historii. Antagonistów związków homoseksualnych przestrzegam, pewne fragmenty mogą wam się wydać niesmaczne. Dlaczego autorka napisała tak kontrowersyjną moim zdaniem książkę? Jak sama mówi chciała poprzez nią wyrazić swój pogląd, że mniejszości homoseksualne mają prawo w takim samym stopniu obnosić się ze swoimi preferencjami seksualnymi jak osoby heteroseksualne. Jednak wydaje mi się, że postać Emila jest trochę przerysowana, tak naprawdę nie reprezentuje on jednego typu mniejszości. Można o nim powiedzieć, że jest zarówno gejem, transwestytą czy biseksualistą. A zakończenie dotyczące wyboru Emila jest co najmniej dziwne, tak jak cała ta postać.

Dla niektórych sam temat powieści Magdaleny Zych może okazać się nie do przetrawienia. Książka bowiem porusza fundamentalne pytania o własną tożsamość i preferencje seksualne. Szkoda, że głównymi bohaterami nie są kobiety, to byłaby dopiero gratka. Autorka zachęca czytelników do swojego debiutu zdaniem:

„Ta książka odpowiada na najważniejsze pytania ludzkości, a jednocześnie dzięki swoim rozmiarom doskonale nadaje się do podłożenia pod nogę rozchybotanego stolika.”

Ja „Siedmiu szklanek” nie podłożę pod nogę stolika. Mimo tego, że nie zgadzam się z główną tezą jaką próbuje nam uzmysłowić autorka uważam, że książka skłania do dłuższej refleksji nad kondycją współczesnego człowieka i jego tożsamością. Podziwiam, że Magdalena Zych odważyła się napisać tę powieść i nie boi się wyrażać swoich poglądów. Paradoksalnie dzięki „Siedmiu szklankom” wiem, że na pewno moja tożsamość seksualna jest zgodna z moją osobą i wewnętrznym ja, a Historia Emila i Kuby tylko mnie w tym przeświadczeniu umocniła. A wam polecam, oryginalna i niepowtarzalna książka.

„To bardzo dziwne i trudne nie wiedzieć, gdzie się jest, nie wiedzieć, kim i jak się jest, jeśli się nie zostanie wywołanym, określonym, zdefiniowanym jak Kochanie, Miś Kubuś, Bejbe albo Skarb.”


Magdalena Zych



Recenzja bierze udział w WYZWANIU


Przypominam o trwającym konkursie rocznicowym na blogu. Zachęcam do wzięcia w nim udziału :)

KONKURS


niedziela, 25 listopada 2012

Marek Lenarcik – "Tajski epizod z dreszczykiem"




„Autor nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne szkody powstałe w wyniku jej użytkowania w sposób niezgodny z przeznaczeniem, takie jak: bankructwo, uzależnienie od alkoholu i (lub) narkotyków, przegrzanie (w tym udar słoneczny), pobyt w tajskim więzieniu, zarażenie wirusem HIV i innymi chorobami wenerycznymi, obcięcie członka lub śmierć poniesiona w wyniku konfrontacji z zazdrosną Tajką, bądź też zakończenie żywota w jakikolwiek inny sposób.”



Książki podróżnicze to gatunek po który rzadko sięgam w swojej czytelniczej pasji. Wynika to z faktu, że zbyt częste nagromadzenie nazw i opisów różnych ciekawych miejsc mnie po prostu nuży. Nie jestem w stanie ich zapamiętać, co dodatkowo doprowadza mnie do irytacji. Zdecydowanie wolę je oglądać na żywo. Pomimo tej słabości nie poddaje się jednak i w związku z tym postanowiłam zabrać się za autoreportaż gatunkowo podciągnięty pod książkę podróżniczą.

Marek Lenarcik jak sam siebie określa to podróżnik od urodzenia, miłość do podróży zaszczepili w nim rodzice. Przemieszczając się po Europie i innych państwach świata w charakterze dziennikarza, prowadził jednocześnie w sieci portal, opowiadający o swoich przygodach. Po skończeniu studiów wyjechał do Irlandii i zaczął pracować w korporacji Microsoftu. Na tym powinnam zakończyć jego krótką biografię, gdyż o dalszych losach Marka opowiada jego debiutancka książka „Tajski z dreszczykiem”. Zachęcam do zajrzenia na stronę: Życie w tropikach i Tajski epizod.

Bohater i zarazem autor swoich wspomnień niesiony tęsknotą za tropikalną Tajlandią, w której bywał na wakacjach, postanawia porzucić korporacyjne życie w ponurym Dublinie i wyjechać do słonecznego kraju Tajów. Trzydziestolatek zdaje egzamin TEFL i rozpoczyna pracę jako nauczyciel angielskiego w tajskiej szkole wyższej. Dwadzieścia trzy miesiące (od czerwca 2009 r. do maja 2011 r.) to zapis miłosnych uniesień Marka z młodymi i atrakcyjnymi Tajkami, poszukiwania pracy i sposobu na klimatyzację w odmiennie kulturowo cywilizacji. Cała książka składa się z trzynastu rozdziałów, podzielonych tematycznie i chronologicznie.

Paradoksalnie dzięki temu, że książka nie zawiera mnóstwa opisów ciekawych miejsc i historii, przypadła mi do gustu. Czytając różne recenzje „Tajskiego z dreszczykiem”, głównie negatywne, Lenarcikowi zarzucano, że jako książka podróżnicza jest pozycją gatunkowo słabą. Tymczasem autor napisał:

„To nie jest opis podróży, a najciekawsze momenty z ponad rocznego życia w tym kraju, zebrane w jedną historię. To książka dla marzycieli i podróżników.”

Lenarcik rzeczywiście ukazał ciekawe momenty swojego życia wśród młodych Tajlandczyków, a raczej Tajek. Jego ekscesy seksualne, wielokrotne orgazmy i związek z niezrównoważoną Piam zajmują znaczną część jego autorepotrażu. Nie przypadły mi do gustu poglądy autora dotyczące emancypacji kobiet i zachowania się Tajek, które stale porównywał do zachowania Europejek, oczywiście na plus dla azjatyckich społeczności. Absolutnie nie zgadzam się z jego podejściem do spraw seksu i kobiet. Kobieta nie żyje po to by służyć mężczyźnie swoim ciałem.

Pomimo, że intymne zbliżenia bohatera zajmują dużo miejsca, trochę za dużo, książka posiada wiele ciekawych wątków. Podejście mieszkańców Tajlandii do starszych osób, rozwiązłość seksualna czy kwitnący seksbiznes to tylko niektóre zasługujące na uwagę ciekawostki. Zaskoczyło mnie totalnie podejście młodych Tajek do białych mężczyzn, nazywanych farangami czy system szkolnictwa wyższego na tajskich uniwersytetach. Po tej książce zmieniłam wyobrażenie o tym kraju. Tajlandia jest pełna paradoksów i sprzeczności. Ale gorący klimat nadal przyciąga mnie jak magnes.

Styl pisania Marka Lenarcika jest bardzo lekki i często humorystyczny, na pewno dotrze do młodego odbiorcy pragnącego zmian w swoim życiu. Nie zabraknie też troszkę złośliwości w jego wspomnieniach. Może dla kogoś będzie to nawet swoistą motywacją do zmian. Sama książka jest bardzo estetycznie wydana. Z przyjemnością trzyma się ją w rękach dzięki wysokiej jakości papieru. Przy każdym rozdziale znajduje się zdjęcie, i tutaj mój zarzut: zdjęć powinno być więcej, na pewno odbiór byłby jeszcze wiarygodniejszy. Na końcu autor zamieścił praktyczny poradnik dla wyjeżdżających do Tajlandii. Bardzo dobry pomysł dla amatorów wyjazdu do tego egzotycznego kraju.

Nie jest to typowa książka podróżnicza, dlatego też odbieram ją bardzo pozytywnie. Mimo przeładowania opisami dotyczącymi seksu, autobiografię Marka Lenarcika czytałam z zapartym tchem. Podziwiam go za odwagę pójścia na całość i postawienia wszystkiego na jedną kartę. „Tajski z dreszczykiem” może wywołać w was wiele różnych uczuć od szoku do zachwytu. Jeśli spodziewacie się książki podróżniczej, szkoda waszego czasu na ta lekturę. Lecz jeśli chcecie poczytać o prawdziwym życiu naszego rodaka w krainie wiecznego słońca, zachęcam do lektury. Jednocześnie przestrzegam z zaglądaniem do tajskich klubów, w których Tajki przedstawiają swoje talenty w postaci wyrzucania piłek od ping ponga z pochwy…. To taka ciekawostka na koniec :)


Marek Lenarcik



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Zaczytaj się!





Recenzja bierze udział w WYZWANIU

piątek, 23 listopada 2012

Spotkania z autorami


Chciałabym was zaprosić na dwa autorskie spotkania z pisarzami:

Maciej Kaczmarski autor książki "Bóg w sprayu. Filozofia wg Philipa K. Dicka"

Zapraszamy na spotkanie z Maciejem Kaczmarskim, autorem książki "Bóg w sprayu. Filozofia wg Philipa K. Dicka". Wstęp wolny
30.11.2012, g. 17.00, Empik, Galeria Kaskada, al. Niepodległości 36, Szczecin

„Bóg w sprayu” - takie hasło przyświecać będzie twórczemu spotkaniu w salonie Empik w Kaskadzie. Taki bowiem tytuł nosi książka autorstwa Macieja Kaczmarskiego – kulturoznawcy, dziennikarza muzycznego, publicysty portalu nowamuzyka.pl. Kaczmarski – promotor muzyki elektronicznej, kinoman, a przede wszystkim badacz prozy Philipa K. Dicka, tą pozycją wydawniczą próbuje zbliżyć się do odpowiedzi na następujące pytania: Co łączy Philipa K. Dicka, jednego z najwybitniejszych prozaików XX wieku, z filozofią, religią, gnostycyzmem? Jak wyglądałby świat, gdyby Państwa Osi wygrały wojnę? O czym śnią androidy? i wreszcie: Czy Bóg może przybrać formę aerozolu?


Krzysztof Jagielski autor książki "Saga Siedmiogrodzka"

Zapraszamy na spotkanie z Krzysztofem Jagielskim, autorem "Sagi Siedmiogrodzkiej".
29.12.2012, g. 16.30, Książnica Pomorska, Sala Stefana Flukowskiego, ul. Podgórna 15/16, Szczecin
Fragmenty powieści przeczyta Stanisław Heropolitański.
Wstęp wolny.

Od Autora:
Niewiele zapisów wydarzeń z okresu księstwa, a potem Królestwa Węgier jedenastego wieku się zachowało. Zacząłem zbierać materiały do mojej książki wtedy, kiedy nie było jeszcze personal computers, a pomysłodawca Wikipedii nie wpadł jeszcze na ten genialny koncept. Należało więc „pogrzebać” w księgach. O doskonałym dziele historyka węgierskiego György Györffy „Święty Stefan I Król Węgier” nie miałem pojęcia. A gdy na moim biurku już stał komputer, rozwijały się strony Wikipedii, a książkę autorstwa György Györffy przetłumaczono na język polski, okazało się, że niewiele poszerza to moją wiedzę o wydarzeniach i ludziach jedenastowiecznych Węgier. Co gorsza, wiele niejasności i sprzecznych opisów tamtych czasów zmuszało mnie jako autora do detektywistycznej pracy, by uporządkować logicznie moją autorską fantazję. Jeśli fantazja może być logiczna!
Historykom chciałbym wyjaśnić, że jest to powieść, a nie dzieło historyczne. Książka ta jest zapisem mojej wyobraźni. Zżyłem się z jej bohaterami, z którymi doprawdy ciężko mi się rozstać.

O Autorze:
Życiorys Krzysztofa Jagielskiego jest niezwykle bogaty. Autor przeżył II wojnę światową i Powstanie Warszawskie. Działacz "Solidarności", aresztowany przez Służbę Bezpieczeństwa. W 1983 roku wraz z żoną Węgierką i synami wyemigrował do Berlina Zachodniego. Autor książki o NSZZ "Solidarność" w Szczecinie, czytanej w Radiu Wolna Europa, oraz opowiadań zebranych w tomie "Karczma pod Krzywym Ryjem". Członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie w Londynie.

Książkę polecają:
wSzczecinie.pl
Fabryka Historii
Nieznana Historia


Spotkania będą z pewnością interesujące także zapraszam :)

czwartek, 22 listopada 2012

Joy Fielding – "Julio, gdzie jesteś?"




„(…) wielkie nieszczęście, podobnie jak wielkie zło, powstaje często z rzeczy banalnych, zwyczajnych, a decydujące w życiu momenty rzadko kiedy wydają się być ważne w chwili, gdy mają miejsce.”



Udało mi się odnaleźć troszkę zakurzoną już książkę, która stała dłuższy czas na mojej półce. Miałam po prostu nieodpartą ochotę na dobrą powieść psychologiczno-obyczajową w wykonaniu nie znanej mi dotychczas pisarki.

Joy Fielding to popularna na całym świecie autorka bestsellerów. To dla mnie zaskakujące, że czytając jej biografię, nigdy o niej nie słyszałam. Pisarka bowiem ma na swoim koncie wiele książek, które doczekały się licznych przekładów. Bohaterkami jej powieści są najczęściej kobiety, które na swojej drodze spotykają wiele przeszkód w osiągnięciu zadowolenia w życiu. Joy Fielding pochodzi z Kanady, ale paradoksalnie w Stanach Zjednoczonych jej dorobek literacki jest bardziej doceniany. Obecnie mieszka w Toronto i na Florydzie z mężem i dwiema córkami.

Czytając tytuł pewnie sądzicie, że pierwszoplanową bohaterką jest Julia. Mnie też się tak wydawało. Jednakże to mylne wrażenie. Na pierwszy plan autorka wysuwa Cindy, matkę Julii i jej młodszej siostry Heather. Cindy od kilku lat rozwiedziona z mężem adwokatem, dzieli z nim opiekę nad dwiema córkami. 21-letnia Julia dopiero co przeprowadziła się od ojca do Cindy nie mogąc wytrzymać z nową żoną taty. Julia jest piękną, zmysłową, utalentowaną ale również zmanierowaną, początkującą aktorką. Pragnie zrobić karierę za wszelką cenę, nie liczy się z nikim. Gdy ojciec załatwia jej możliwość wzięcia udziału w castingu do nowego filmu znakomitego reżysera, Julia nie kryje swojego zadowolenia. W dniu przesłuchań, od samego rana Julia wścieka się na wszystkich domowników prowokując awanturę z siostrą i własną matką. Padają niemiłe słowa. Słowa, które Cindy słyszy po raz ostatni z ust córki przed jej zniknięciem, Julia bowiem nie wraca do domu na noc. Zrozpaczona matka postanawia na własną rękę dowiedzieć się co się wydarzyło. Nie domyśla się nawet, że prawda może być tak okrutna.

Na łamach książki czytelnik obserwuje rozpacz matki podczas dwóch tygodni od zaginięcia ukochanej córki. Celowo użyłam tutaj przymiotnika „ukochanej”, gdyż oprócz warstwy psychologicznej zrozpaczonej matki, możemy zauważyć wątek rywalizacji sióstr. Cindy nie zdając sobie sprawy, przez całe życie faworyzuje starszą córkę, kosztem tej młodszej. Mimo tego, że to właśnie Heather jest cały czas przy niej. To samo odniesienie widać na przykładzie Cindy i jej siostry Leigh. Bohaterka sama będąc matką, powtarza błędy swojej rodzicielki.

Postać Cindy to rzeczywiście dobry portret psychologiczny kobiety po przejściach. Mimo, że od rozwodu minęło wiele lat, bohaterka podświadomie marzy o tym, by wrócić do męża, który notabene zdradzał ją wielokrotnie podczas ich małżeństwa. Mimo widocznej nienawiści, Cindy nadal coś do niego czuje, co pokazuje pewien epizod w książce. Na szczęście na horyzoncie pojawia się przystojny i rycerski mężczyzna, który pozwoli przewartościować Cindy swoje życie.

Muszę przyznać, że zakończenie mnie zaskoczyło i to bardzo. Spodziewałam się, że nie będzie to jakieś zwykłe porwanie czy zabójstwo, ale takiego scenariusza nie przewidziałam. Tym bardziej byłam zaskoczona przebiegiem akcji na ostatnich kartkach i zachowaniem Cindy. Brawa dla autorki za świetnie zbudowaną fabułę, która moim zdaniem całkiem dobrze buduje napięcie. Podczas czytania nie mogłam się doczekać końca i dowiedzieć się, gdzie jest Julia.

Styl pisania Joy Fielding trafi w gusta każdego czytelnika. Myślę, że nawet tego najbardziej wybrednego. Nie spodziewajcie się po tej powieści wielkiej sensacji i mrożących krew w żyłach scen, jest to bowiem typowa powieść psychologiczno-obyczajowa pokazująca, że czasami warto po prostu przewartościować swoje życie. Wątek zniknięcia Julii jest tylko tłem do pokazania czegoś zupełnie innego.

Książka wciąga, świetne wydanie, zaskakujące zakończenie. Czegóż chcieć więcej na jesienny wieczór. Polecam.


Joy Fielding


Przypominam o trwającym konkursie rocznicowym na blogu. Zachęcam do wzięcia w nim udziału :)


KONKURS




poniedziałek, 19 listopada 2012

KONKURS rocznicowy :)


Dzisiaj kochani mija dokładnie rok od utworzenia mojego bloga. Zakładając swoje miejsce w internecie nie spodziewałam się, że wytrwam tak długo w tym blogowym świecie. Z każdym nowym postem rozwijam swój warsztat pisarski i dzięki wam dowiaduje się o wielu ciekawych książkach, które chciałabym przeczytać. Dzięki pisaniu o literaturze stałam się bardziej systematyczna i o wiele dokładniej wybieram lektury warte przeczytania. Dziękuję, że cały czas jesteście ze mną! :) Mam nadzieję, że jest to pierwsza i jedna z wielu rocznic jakie będę mogła z wami celebrować. Pierwsze urodziny bloga chciałabym uczcić pod postacią konkursu, w którym nagrodą jest książka:

Emilly Giffin - "Dziecioodporna" - recenzja TUTAJ

Organizatorem konkursu jest blog Subiektywnie o książkach









  1. Zgłoś chęć udziału w konkursie w komentarzu pod tym postem odpowiadając na pytanie (ilość znaków nieograniczona):

    W jaki sposób ułożylibyście książki w waszym ulubionym kawiarnio-anytkwariacie?

    Pod odpowiedzią podaj równocześnie swój adres email. Nie musisz mieć konta na bloggerze.
  2. Jeśli prowadzisz bloga zamieść niżej ukazany baner na swoim blogu informujący o moim konkursie. Baner musi być podlinkowany do tego posta.
  3. Nie musisz dodawać mojego bloga do obserwowanych. Jeśli ktoś ma na to ochotę to będzie mi bardzo miło :)
  4. Odpowiedzi przyjmuje do 6 grudnia do północy. Następnego dnia nastąpi ogłoszenie wyniku. Mój wybór jest całkiem subiektywny.
  5. Osobie, która zostanie wybrana przeze mnie wyślę wiadomość o wygranej. Jeśli w ciągu trzech dni od wysłania powiadomienia zwycięzca nie poda mi adresu do wysyłki, wybiorę drugą odpowiedź, która najbardziej przypadnie mi do gustu.



Zapraszam was wszystkich do zabawy! :)

niedziela, 18 listopada 2012

Emily Giffin – „Dziecioodporna”





„Jeśli największą zaletą wczesnego rodzenia dzieci jest to, że szybciej masz je z głowy, a największą zaletą późnego rodzenia dzieci jest odwleczenie tej mordęgi, to czyż zupełna rezygnacja z dzieci nie stanowi najlepszego rozwiązania?”



Całkiem niedawno o tej książce było dosyć głośno na blogach książkowych. W końcu i mnie udało się ją przeczytać. A czy był to czas stracony? Zapraszam do lektury.

Emily Giffin, to pisarka dotychczas mi nieznana. Czytając jej biografię, możemy się dowiedzieć, iż dla pisarstwa porzuciła obiecującą karierę prawniczą. Autorka obecnie mieszka z mężem i trójką dzieci w Atlancie. Jej poprzednie książki były bestsellerami. „Dziecioodporna” to trzecia jej powieść w karierze.

Tytułowa dziecioodporna to trzydziestopięcioletnia Claudia. Bohaterka mieszka w Nowym Jorku i ma bardzo satysfakcjonującą pracę, jest bowiem redaktorem w popularnym wydawnictwie. Poznając Bena stwierdza, iż znalazła mężczyznę swojego życia. Ben bowiem, podobnie jak Claudia nie chce mieć dzieci. Bohaterowie zawierają więc niepisaną umowę przed ślubem – żadnych dzieci w przyszłości.

Ben i Claudia chcą być wolni, chcą korzystać z życia pełnymi garściami, a dziecko tylko komplikuje idealnie zaplanowane życie. Niestety dla Claudii, jakiś czas po ślubie Ben zmienia zdanie. Pod wpływem małego bobasa przyjaciół, bohater zaczyna namawiać swoją żonę do zmiany decyzji. Chce mieć dziecko, niezależnie od życiowych planów i ograniczenia wolności. Claudia musi więc wybrać, co jest dla niej ważniejsze. Własna wolność czy ukochany mężczyzna.

Na wstępie zaznaczę, że nie polubiłam postaci głównej bohaterki. I to nie dlatego, że nie chciała mieć dzieci. Określiłbym ją jako próżną i zadufaną w sobie osobę. Z pewnymi jej poglądami dotyczącymi macierzyństwa i posiadania dzieci trudno było mi się nie zgodzić, jednak dziecioodporna Claudia mnie po prostu irytowała. Spodziewałam się, że książka będzie zawierać mnóstwo akcentów dotyczących dzieci i odbioru społecznego kobiet, które dzieci nie chcą. Owszem, w powieści można znaleźć kilka odniesień do tych sytuacji, ale jest ich jednakowoż za mało. Wydaje mi się, że problem dziecioodpornych kobiet był tylko tłem do ukazania wątku rozpadu małżeństwa. A nie tego oczekiwałam. Na plus na pewno oddziaływają akcenty dotyczące kilku kobiet z otoczenia Claudii – sióstr i przyjaciółek. Każda z nich reprezentowała inną postawę życiową. Można było dzięki temu zobaczyć kontrast pomiędzy nimi.

Styl pisania Emily Giffin jest bardzo lekki. Książkę czyta się szybko i sprawnie dzięki narracji w pierwszej osobie. Niestety koniec był dla mnie bardzo przewidywalny, dlatego „Dziecioodporną” mogę przyrównać jedynie do powieści z serii „Literatura na obcasach”. Łatwo, lekko i przyjemnie.

Polecam osobom, które nie będą spodziewać się po tej powieści wzniosłych przemyśleń i kontrowersyjnych poglądów. To zwykłe, babskie czytadło i tyle. Co nie oznacza, że jest złe. Dla relaksu przy kawce jak najbardziej polecam.

A na koniec cytat, który bardzo mi się spodobał”


"Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie byłe mole książkowe są nieatrakcyjne. Wręcz przeciwnie, myślę, że tworzymy wspaniały gatunek - jesteśmy ekscentryczni, bystrzy i o wiele bardziej interesujący niż typowa cheerleaderka albo były sportowiec.”



Emily Giffin


A już jutro zapraszam was do udziału w konkursie, w którym nagrodą będzie właśnie powieść Emily Giffin "Dziecioodporna".

piątek, 16 listopada 2012

Inga Iwasiów – "Ku słońcu"





„Pamięć zapachów zniekształcają sentymenty. Nikt nie tęskni do smrodu, rozpadu, gnicia.”




„Ku słońcu” (2010) to kontynuacja powieści „Bambino” (2008), o której ostatnio pisałam - recenzja TUTAJ. Pierwsza część kończy się w 1981 r., natomiast druga książka opowiada o dalszych losach bohaterów do czasów nam współczesnych. Z pewnością dobrze jest przeczytać „Bambino”, żeby zrozumieć pewne wątki ukazane w „Ku słońcu”.

Inga Iwasiów, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, krytyk literacki, poetka i prozaiczka. Jest również redaktorem naczelnym dwumiesięcznika literackiego "Pogranicza". W jej dorobku literackim można znaleźć opowiadania, wiersze, rozprawy i eseje. Pisarka prowadzi w sieci swój blog - Inga Iwasiów.

Magda, córka Janka i Marysi, bohaterów znanych nam z pierwszej części, 20 lat temu wyjechała do Niemiec. Osiadła na stałe w Amsterdamie, skończyła studia informatyczne. Pracując na obczyźnie w dużej firmie, dowiaduje się, że jej ciotka Ula umiera. Przyjeżdża więc do Polski, a wspomnienia związane z młodością odżywają na nowo. Dawny przyjaciel Tomek, obecnie majętny biznesmen, znowu pojawia się w jej życiu.

Sylwia, żona Tomka, doktorantka pracująca na uniwersytecie, próbuje na nowo ułożyć swoje relacje z mężem. Jej małżeństwo wydaje się idealne, lecz to tylko gra pozorów. Bohaterka pracuje w zakładzie prof. Małgorzaty, która jest cenioną badaczką literatury.

Małgorzata dobiega pięćdziesiątki i właśnie wtedy wdaje się w romans ze swoim doktorantem Markiem, młodszym od niej o wiele lat. Kochankowie wspólnie próbują odkryć tajemnicę autorki z XVIII wieku – Hildegardy. Czy ta emancypantka rzeczywiście istniała? Czy może jej życie jest jednak zmyślone?

Wszystkich bohaterów łączy wspólna przeszłość mimo, że są ludźmi pochodzącymi z różnych pokoleń. Przez książkę stale przewijają się wspomnienia stanu wojennego, donosicielstwa, pracy w służbach i nowej Polski po przemianach w 1989 r. Biografie postaci wykreowanych przez autorkę przeplatają się ze sobą, dlatego tak ważne jest zapoznanie się z pierwszą częścią. Wtedy łatwiej jest połapać się w wielu wątkach i epizodach.

Warto też zauważyć, że bohaterowie są moim zdaniem odzwierciedleniem różnych postaw życiowych. Takie zróżnicowanie postaci jak student, emigrantka, były tajniak, profesorka o poglądach feministycznych czy działacz podziemia – później „Solidarności”, daje świetny efekt. Czytelnik jest w stanie porównać różne podejścia do życia, wyrobić sobie opinię na temat wielu kwestii dotyczących moralności.

Sam tytuł możemy rozumieć dwojako. „Ku słońcu” to nazwa alei, przy której znajduje się Cmentarz w Szczecinie. Każdy z nas przecież zmierza ku temu, można to nazywać różnie, ale śmierć jest nieunikniona. "Ku słońcu" to również odniesienie do końca książki, którego nie będę wam zdradzać.

Powieść Ingi Iwasiów można z pewnością nazwać powieścią obyczajową. Pełno w niej refleksji, wspomnień, emocji, a także poetyckich metafor. Oczywiście, tak jak w pierwszej części, występują krótkie, często urwane zdania jakie autorka wplata w fabułę. Dość oryginalny zabieg, który nie każdemu jednak może się spodobać. „Ku słońcu” to proza ambitna, z wyższej półki. Strony powieści trzeba sobie odpowiednio dozować.

Skomplikowane relacje wiążące bohaterów na tle postkomunistycznej Polski, każą co parę chwil się zatrzymać i dokonać refleksji. Polecam obydwie części, będzie to z pewnością niezapomniana wędrówka w przeszłość.


Inga Iwasiów

Recenzja bierze udział w WYZWANIU

wtorek, 13 listopada 2012

Inga Iwasiów – "Bambino"





„Tak, być może, najgorsza zdrada to ujawnienie zapachu przeszłości, tej tam, tej po drodze, tej od nowa zaczynanej.”


Nie mogłam nie zajrzeć do tej książki, brzmiącej tak swojsko znanym w PRL-u tytułem. Inga Iwasiów, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, krytyk literacki, poetka i prozaiczka. Jest również redaktorem naczelnym dwumiesięcznika literackiego "Pogranicza". W jej dorobku literackim można znaleźć opowiadania, wiersze, rozprawy i eseje. Pisarka prowadzi swój blog w internecie, kojarzona jest również z ruchem feministycznym. Powieść „Bambino” wydana w 2008 roku została nominowana do literackiej nagrody Nike.

„Bambino” to nie tylko jak wiele, szczególnie młodym osobom takim jak ja, nazwa kojarząca się z lodami. Jest to również nazwa modnego w latach Polski Ludowej gramofonu, ale nawiązując do samej powieści nazwa baru mlecznego w Szczecinie, w którym spotykają się główni bohaterowie wykreowani przez Ingę Iwasiów. Bar mleczny „Bambino” w Szczecinie istniał naprawdę. Może ktoś z was, pochodzących z tego miasta go nawet pamięta, bądź kojarzy z opowiadań rodziców. Szczecin to miasto, które po wojnie stało się miejscem zamieszkania ludzi o różnorodnej tożsamości narodowej. Ludzie ci często z bagażem wielu niemiłych wspomnień wojennych musieli zaczynać swoje życie od nowa w tym miejscu. Takimi ludźmi są właśnie czterej bohaterowie „Bambino”.

„Mają z sobą coś wspólnego: nie mają tu, w mieście, rodzin. Uklepują swoje życie, stykając się naskórkami z ludźmi stąd, zawierają przymierza, składają przysięgi.”


Marysia pochodzi z Ukrainy, jest wiejską dziewczyną, która próbuje sobie ułożyć życie w wielkim mieście daleko od zacofanych rodziców. Janek to nieślubne dziecko, którego wychowywali dziadkowie w Wielkopolsce. Anna pochodzi z Gorlic, to ambitna i wiedząca czego chce kobieta z tzw. dobrego domu. Ula, właściwie Ulrike to z pochodzenia Niemka. Próbuje odnaleźć swoją tożsamość narodową. Zarówno Marysia, Janek, Anna i Ula poznają się w tytułowym barze „Bambino”. Od tego momentu ich losy nieodłącznie się ze sobą splatają. Powieść ukazuje ich poplątane życiorysy od końca II wojny światowej do roku 1981, kiedy to wydarza się tragedia, na zawsze zmieniająca ich życie.

Książka Ingi Iwasiów jest trudna i wieloznaczna. Sama konstrukcja budowy zdań może na początku zniechęcić potencjalnego czytelnika do dalszego zagłębiania się w jej treść. Cała książka to częste, krótkie, czasami urwane zdania. Zdania często zawierające po dwa lub trzy słowa. Zdania niedokończone. Język więc jak widać jest bardzo ciężki i dość nieprzystępny. Z każdą kartką jednak czytelnik przyzwyczaja się do niego, chcąc więcej.

Autorka przedstawia nam losy ludzi na tle przemian społecznych i politycznych w Polsce. Jest to swoista lekcja historii o prawdziwych ludziach. Postacią przykuwającą moją szczególną uwagę był Janek. Bohater od dzieciństwa napiętnowany brakiem ojca i bez ślubnym urodzeniem. Ten bękart jak go nazywali, w Szczecinie zaczyna robić karierę w służbach bezpieczeństwa. Jest to jego zemsta, ale także udowodnienie wszystkim i sobie samemu, że jest coś wart. Iwasiów w iście mistrzowskim stylu przedstawia psychologię poszczególnych bohaterów. Połączenie tła społeczno-obyczajowego z psychologią postaci, skłania czytelnika do głębokiej refleksji.

Mimo początkowych trudności z oryginalną narracją, książka wciągnęła mnie bez reszty. Idealnie ukazane realia PRL-owskiej rzeczywistości, naturalizm bohaterów, kultowy bar „Bambino”, wymusiły na mnie wiele przemyśleń. Sam wydźwięk powieści moim zdaniem jest raczej pesymistyczny i nie napawa wielką nadzieją. Żaden z bohaterów straconego pokolenia nie jest szczęśliwy z wyborów dokonanych w swoim życiu. Smutna refleksja ale niestety prawdziwa.

Czy polecę wam tę książkę? Tak, ale jedynie osobom, które nie zniechęcą się do początkowo trudnej w odbiorze budowie zdań. Jest to powieść dla osób nie bojących się trudnych pytań i równie trudnych odpowiedzi dotyczących kondycji życia ludzkiego. Kontynuacją „Bambino” jest książka „Ku słońcu”. Niebawem moja opinia o niej, gdyż jestem w trakcie jej czytania.


Inga Iwasiów


Recenzja bierze udział w WYZWANIU

piątek, 9 listopada 2012

Emily Dubberley – "Talia miłości. Seksprzewodnik dla par"



„Seks jest ważną częścią życia. Spójrzmy prawdzie w oczy – nie byłoby nas tutaj, gdyby nie on.”



Nigdy nie miałam zaufania do jakichkolwiek przewodników po świecie seksu. Doradzanie w tak intymnej sferze, jaką jest nasze życie seksualne nie było dla mnie skuteczne i wiarygodne. Uważam, że seks zależy wyłącznie od nas samych i żaden poradnik nie sprzeda mi recepty na udane życie seksualne. Jednak przekonałam się, że może to życie urozmaicić.

Emily Dubberley to brytyjska pisarka i dziennikarka zajmująca się zawodowo sprawami seksu. Emily jest autorką wielu publikacji dotyczących tego tematu, które cieszą się uznaniem zarówno w Wielkiej Brytanii jak i USA. Przy tworzeniu kart miłości pomagała jej Dr Dawn Harper, która jest prezenterką oraz lekarzem zajmującym się zdrowiem seksualnym kobiet. W wyniku ich współpracy powstała talia kart, która zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie.

Seks jest przyjemnością, której nigdy za wiele. Uprawianie miłości z ukochaną osobą sprawia, że dostajemy mówiąc kolokwialnie skrzydeł. Ale często niestety jest tak, że po jakimś czasie do związku wkrada się rutyna i monotonia. Dzisiejsze szybkie życie i codzienna pogoń zwykle zamieniają nasze życie seksualne w mechaniczną czynność. A dobry seks to podstawa udanego związku. I nikt mi nie powie, że jest inaczej. „Talia miłości” opracowana przez Emily Dubberley może pozwolić nam urozmaicić nasze zbliżenia tak, by rutyna jak najmniej zaglądała w tajemnice naszej alkowy.

Cała talia to zestaw 52 kart nieprzypadkowo w kolorze czerwieni, w końcu to kolor miłości. Każda karta zawiera z jednej strony rysunek, który ukazuje określoną pozycję seksualną. Natomiast na rewersie autorka zawarła instrukcję w której uszczegóławia poziom trudności danej pozycji, ukazuje korzyści jakie oboje partnerzy mogą dzięki niej uzyskać oraz uwagi dotyczące ewentualnych przeciwwskazań jakie mogą utrudnić czerpanie nam przyjemności ze zbliżenia. Karty podzielone są na cztery grupy: mężczyzna na górze, kobieta na górze, siedząc i stojąc oraz od tyłu, jak widać dla każdego coś się znajdzie :) Do zestawu została dołączona również mała książeczka w formacie kieszonkowym, w której zostały zawarte ogólne uwagi dotyczące zastosowania talii.

Wydanie kart jest bardzo praktyczne. Ilustracje na kartach są duże i myślę, że nie wymagają wielkiej wyobraźni do ich interpretacji. Twarde pudełko pozwoli nam schować talię przed ciekawskimi osobami. Całe wydanie jest subtelne, z lekką nutką erotyzmu. Karty można stosować na wiele sposobów, jak kto woli. Możecie je losować czy wybierać konkretną by rozpocząć wasze miłosne igraszki. Macie ochotę na seks dyskretny na pieska bądź astronoma? Wystarczy wybrać kartę i zacząć grę.

„Talia miłości. Seksprzewodnik dla par” to świetny pretekst do urozmaicenia naszego życia seksualnego. Czasami brak nam pomysłów na wymyślenie czegoś nowego, bądź nie mamy po prostu siły na wymyślanie nieprzeciętnych pozycji. Karty zapewnią wam na pewno świetną zabawę i dostarczą powiew świeżości w tej sferze. Wiem, bo sama sprawdziłam, chociaż jeszcze wiele przede mną :) Polecam.


Emily Dubberley


Za możliwość skorzystania z talii kart dziękuję Wydawnictwu Studio Astropsychologii

wtorek, 6 listopada 2012

Marta Guzowska, Agnieszka Krawczyk, Adrianna Michalewska – "Mordercze miasta"





„Praca to niewdzięczna kochanka. Zabiera nam cały czas, nie daje nam spać po nocach. A potem porzuca i każe sobie radzić bez niej.”




Dawno nie miałam w ręku rodzimego kryminału. Zaczytana w powieściach obyczajowych, utknęłam trochę w tym gatunku. Dlatego też ucieszyłam się propozycją zrecenzowania miejskich opowiadań kryminalnych, którego autorkami są trzy kobiety. Byłam ciekawa jaki nurt obiorą pisarki, czy będzie to poważny temat zbrodni, czy też raczej element groteski i czarnego humoru.

Autorkami „Morderczych miast” są trzy pisarki, które poszły o krok dalej i założyły portal pisarski „Zbrodnicze Siostrzyczki”. Ich strona internetowa zawiera charakterystyczne logo z dwiema kobietami trzymającymi w rękach pistolety. Autorki zamieszczają na niej swoje recenzje oraz nowości ze świata literackiego kryminału. Jedną ze współtwórczyń portalu i książki jest Adrianna Michalewska. Oprócz napisania opowiadań kryminalnych, autorka pisuje regularnie do czasopism obyczajowych. Marta Guzowska to druga autorka opowiadań. Jest doktorem archeologi oraz pracownikiem Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Pisarka specjalizuje się w kryminale archeologicznym, obecnie mieszka w Wiedniu. Trzecią współtwórczynią jest Agnieszka Krawczyk, autorka znana niektórym z trzech wydanych już powieści kryminalnych. Jej książki charakteryzują się dużą dawką optymizmu i poczuciem humoru. Wszystkie trzy panie mają na celu wspierania kobiet piszących książki, jak również stworzenie forum przeznaczonego do dyskusji merytorycznej.

Warszawa, Kraków i Wrocław, trzy najpiękniejsze i najbardziej reprezentacyjne miasta Polski zostały wybrane przez autorki jako tło ich opowiadań nieprzypadkowo. Piękne, zabytkowe kamienice i parki kryją w sobie grozę i zbrodnię. Nawet w tak cudownych miejscach nikt nie jest bezpieczny. Marta Guzowska otwiera antologię trzema opowiadaniami dotyczącymi Warszawy. Przejedziecie się pociągiem podmiejskim, w którym pasażerowie nie są tymi na których wyglądają, znajdziecie garaż w którym dokonano morderstwa oraz przekonacie się, że segregacja śmieci nie zawsze jest bezpieczna. Kolejne trzy opowiadania to morderczy Kraków ukazany przez Agnieszkę Krawczyk. Znajdziecie w nich zbrodnie inspirowane sztukami Szekspira, morderstwo związane z nocną linią autobusową, którą rozgryza emerytowany policjant z psem o imieniu Arszenik oraz przestrogę dotycząca zapisywanie się na wycieczki z nieznajomymi sobie ludźmi. Tomik zamyka Adrianna Michalewska i jej morderczy Wrocław. Poznacie w tej części detektywa Karola Nemeca, który próbuje rozwikłać zagadkę altarzysty sprzed pięciuset laty. Jego zadaniem będzie również śledztwo dotyczące starego, neobarokowego hotelu w którym podobno straszy oraz sprawa tajemniczych zabójstw franciszkanów w postaci podpalenia.

Jak widać każde opowiadanie wyróżnia się czymś innym. Marta Guzowska w przemyślany sposób dociera do czytelnika poprzez ujęcie tematu zbrodni w sposób troszkę prześmiewczy, troszkę groteskowy. Jej opowiadanie pt. „Śmieci” jest genialne. Postacie: ucznia Komara i mordercy młodziutkiej dziewczyny są banalne, ale zarazem przyciągają uwagę czytelnika. A zakończenie tego utworu to mistrzostwo. Przy okazji tej historii przypomniały mi się odcinki kiedyś popularnego filmu odcinkowego pt.: „Opowieści z krypty”. Ten sam klimat zawierają utwory napisane przez Martę Guzowską, zapadają w pamięć.

Agnieszka Krawczyk stwarzając postać emerytowanego policjanta, który pisze kryminały i przy okazji pomaga policji rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw, nasunęła mi skojarzenie z typowymi kryminałami z epoki lat PRL-u. Powrót do tego specyficznego klimatu był bardzo przyjemny. Dzięki niej postanowiłam powrócić do zaczytywanych kiedyś przeze mnie nałogowo kryminałów z serii z Jamnikiem. Z trzech opowiadań zaprezentowanych przez autorkę polecam „Nocną linię”. Dlaczego akurat ten utwór? Miejskie klimaty w połączeniu z nadkomisarzem Wroną to świetna hybryda.

Morderczy Wrocław jaki przedstawiła Adrianna Michalewska ujął mnie połączeniem zbrodni z dawną historią. Okazuje się, że nie zawsze przeszłość to zapomniana historia, czasami stare dzieje dopadają teraźniejszość. W tym przypadku giną niewinni ludzie, których tajemnicze śmierci stara się wyjaśnić prywatny detektyw. Opowiadanie pt.: „Monopol” dotyczące starego hotelu, czytane wieczorem, będąc samemu w domu, może przyprawić o gęsią skórkę. Od teraz inaczej będę patrzeć na kelnerów w zabytkowych restauracjach. I to opowiadanie wam najbardziej polecam.

Bardzo ciekawą inicjatywą jest połączenie trzech miast naszego kraju, dziewięciu opowiadań kryminalnych, tak różnych pod wieloma względami z trzema różnymi autorkami, z których każda reprezentuje inny styl pisania. Myślę, że każdy znajdzie w tych utworach coś dla siebie. A sympatycy kryminałów, tacy jak ja docenią fantazję autorek. Wiem, że nie wszyscy lubią czytać krótkie formy jakimi są opowiadania, ja też w niektórych utworach napisałabym więcej, dodała parę faktów, ubarwiła fabułę, ale czasami poznając kilka ujęć i kontekstów, łatwiej nam ocenić warsztat pisarski autora. Tak też było w przypadku tej antologii.

Cieszę się, że powstała taka książka, że miejski kryminał ma jeszcze na naszym rynku wierne grono czytelników. Tym bardziej, że autorkami są kobiety. Nie będę szukać na siłę minusów, gdyż generalnie styl wszystkich trzech Pań mi w zupełności odpowiadał. Z tym, że najbardziej przypadły mi do gustu opowiadania Marty Guzowskiej i to po niej z racji wykształcenia jakie ma spodziewałam się kontekstów historycznych. A tutaj nastąpiło całkiem miłe rozczarowanie w postaci wciągających historii bez tego ujęcia.

Trochę groteski, trochę czarnego humoru, intrygi poważne i mniej poważne to wszystko znajdziecie w „Morderczych miastach”. Zachęcam do przeczytania, ale uprzedzam po tej lekturze jazda autobusem nocnym czy segregacja odpadów już nigdy nie będzie taka sama. Przekonacie się również, że historia to nie tylko przeszłość, którą minęła. Myślę, że autorki pokazały w czym tkwi ich „Siła sióstr”. Polecam.

Marta Guzowska

Agnieszka Krawczyk

Adrianna Michalewska



Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorkom oraz Wydawnictwu Szara Godzina


Recenzja bierze udział w WYZWANIU:

niedziela, 4 listopada 2012

Sherry Argov – "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy"





„Zołza jest miła. Jest słodka jak brzoskwinia. Uśmiecha się i jest kobieca. Ona tylko nie podejmuje decyzji pod pręgierzem strachu, że zostanie bez mężczyzny.”



Koleżanka z pracy powiedziała mi, że kupiła świetną książkę. Światowy, bestsellerowy poradnik, który mówiąc kolokwialnie połknęła bardzo szybko w jeden wieczór. Nie mogłam nad tym faktem przejść obojętnie. Pożyczyłam więc „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy”. Stwierdziłam, że akurat świetnie się złożyło, gdyż całkiem niedawno czytałam inny poradnik o podobnej tematyce „Silna i kobieca. Jak wzmocnić swój magnetyzm”, którego recenzję możecie znaleźć TUTAJ. Założyłam, że porównam sobie obie książki i rady dla kobiet w nich zawarte.

Autorce, Sherry Argov udało się napisać książkę o której dzisiaj mowa oraz jej kontynuację pt. „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy”, które wydano w 30 językach na całym świecie. Do tego jej poradniki doczekały się adaptacji teatralnej, publikowano je również w około 50 magazynach takich jak „Cosmopolitan”, „Elle” czy „Glamour”. Sherry Argov wystąpiła również w wielu programach telewizyjnych.

Słowo zołza nieodłącznie kojarzyło mi się do tej pory z wredną, egoistyczną babą, która sprawuje kontrolę nad swoim partnerem, nie pozwalając mu o niczym decydować. Dlaczego więc autorka w ten sposób zatytułowała swój poradnik? Dlatego, że pojęcie zołzy w jej wykonaniu jest zgoła odmienne. Zołza to bowiem kobieta niezależna, znająca swoją wartość, mająca swoje pasje, asertywna ale i szczyptę egoistyczna w dążeniu do swoich celów. Zołza to sprawna manipulantka, ale nie w całkowicie negatywnym tego słowa znaczeniu. W opozycji do zołzy stoi natomiast miła dziewczyna, czyli kobieta, która nadskakuje swojemu facetowi, całe życie podporządkowuje tylko jemu, jest nadopiekuńcza i pozbawiona poczucia własnej wartości. Bez partnera u swego boku czuje się nic nie warta.

Poradnik w głównej mierze przedstawia nam 100 zasad atrakcyjności, które kobieta powinna sobie przyswoić i wprowadzać w życie, aby podsycać uczucie swojego partnera. Dowiecie się jak zachowywać się na pierwszych randkach, co na nich gotować, co robić, a czego nie robić. Kiedy pójść z mężczyzną do łóżka czy jak zachowywać się asertywnie gdy czujemy, że obiekt naszych zainteresować traci dla nas swoją uwagę. Zasady te zostały opracowane na podstawie rozmów jakie Sherry Argov przeprowadzała z wieloma mężczyznami.

Cała książka napisana jest z duża dawką humoru, dlatego czyta się ją bardzo szybko. Ten zabawny poradnik przeznaczony jest dla kobiet, które dopiero wchodzą w jakieś nowe relacje bądź mają w planach nowy związek. Dla osób, które są już w wieloletnim związku, niektóre specyficzne sytuacje opisane w ramach stu zasad, uzmysłowią jedynie jakie błędy popełniło się na samym początku znajomości. I uwierzcie mi, nie jest to zbyt pocieszające. Największy uśmiech na mojej twarzy spowodowały opracowane przez autorkę style zrzędzenia. Dlaczego? Dlatego, że odnalazłam tam samą siebie :)

Porównując „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” z poradnikiem „Silna i kobieca. Jak wzmocnić swój magnetyzm” stwierdziłam, iż ten pierwszy bardziej nastawiony jest na praktyczne zachowania na początku znajomości, natomiast drugi pozwala skupić się wyłącznie na własnej kobiecości. Obydwa natomiast stanowią doskonałe uzupełnienie.

Nie ze wszystkimi poradami przedstawionymi przez autorkę się zgadzam. Kobieta owszem powinna być ciut egoistyczna, nie powinna być zawsze miła i uległa, a od czasu od czasu powinna umieć tak zmanipulować by postawić na swoim bez wiedzy partnera. Ale, to tylko sucha teoria. Gdy do tego dołączy się miłość i przywiązanie to trudno te zasady zawsze stosować by być superbabką. Warto na pewno o nich pamiętać i od czasu do czasu którąś wprowadzić w życie, gdy rutyna zaczyna dopadać nasz związek.

Mój główny zarzut dotyczy przekonania autorki, jakoby kobieta musiała w wielu sytuacjach grać określoną rolę. Chwalić faceta za wszystko co zrobi, nawet gdyby to było jedynie wyjęcie listów ze skrzynki pocztowej czy udawać, że nie obeszło nas za bardzo jego wieczorne wyjście z kolegami. Moim zdaniem tak się po prostu nie da. Być może na początku znajomości się to sprawdza, ale co potem? Ile można mieć twarzy i jak długo można tłamsić prawdziwe uczucia? Mimo tego, wiele jej rad można wziąć sobie do serca, aby podgrzać trochę atmosferę wzajemnych relacji.

Kiedyś słyszałam, że kobiety kochają wyłącznie tych mężczyzn, którzy nimi pomiatają, a pomiatają tymi, którzy je kochają. Wydaje mi się, że jest w tym ziarnko prawdy. Dlatego warto znaleźć złoty środek, aby od czasu do czasu stać się jędzą na przemian z miłą kobietką. To przecież też pewnego rodzaju urozmaicenie. Ten poradnik może wam otworzyć oczy na wiele życiowych sytuacji. Polecam.

Sherry Argov

czwartek, 1 listopada 2012

Karolina Wojda, autorka książki "Feniks-Początek" - Wywiad




Po lekturze książki "Feniks-Początek", recenzja TUTAJ, nasunęło mi się kilka pytań dotyczących powieści i samej autorki. Szczęśliwym trafem Karolina Wojda zgodziła się na nie odpowiedzieć, o czym możecie się przekonać w niżej zamieszczonym wywiadzie. Zapraszam :)

Karolina Wojda to początkująca pisarka, która urzeczywistniła swoje marzenie jakim było napisanie i wydanie powieści. Autorka jest studentką Nauki o Rodzinie, interesuje się psychologią. „Feniks–Początek” powstał w cztery miesiące, a autorka potraktowała pisanie tej książki jako ucieczkę w inny świat, bowiem była wówczas świeżo po udarze mózgu po którym nastąpił paraliż i częściowa utrata pamięci. Jak sama powiedziała „Dzięki niemu narodziłam się na nowo”. Karolina jest również blogerką. Swojego bloga założyła, gdy skończyła pisać książkę. W sieci znajdziecie również oficjalną stronę powieści.

awiola: Jesteś młodą, debiutującą autorką. Skąd wziął się pomysł i inspiracja na napisanie książki?

Karolina Wojda: Moja inspiracja - to szum wiatru, szeleszczące liście pod nogami, płacz dziewczynki siedzącej przy chłodnej ścianie, uśmiech matki spoglądającej na własne dziecko czy po prostu mrok za oknem.
Emocje i uczucia, jakie nas otaczają, ludzie i zwierzęta, a nawet martwe przedmioty - to wszystko może stać się inspiracją, a co za tym idzie w dalszej części symbolem z tajemniczą historią.
A jeśli chodzi o Feniksa, to nie mogę powiedzieć, że to był pomysł - odgórnie zaplanowany scenariusz - ponieważ to się prostu wydarzyło, a ja to jedynie spisałam :)

awiola: Czy blog, który założyłaś pomógł Ci w jakimś stopniu w wydaniu powieści?

Karolina Wojda: Bardzo. Ponieważ książka była dużo wcześniej napisana, jednak bałam się. Blog - a raczej jego czytelnicy pokazali mi, że warto. Za co jestem im dozgonnie wdzięczna i będę za pewne do końca życia.

awiola: Jak w trzech zdaniach nakreśliłabyś czytelnikowi zainteresowanemu Twoją książką jej treść?

Karolina Wojda: Nie potrafię tego zrobić. Nawet opis książki, który znajduje się na tylniej okładce, nie ja napisałam. Ponieważ, uważam, że dla każdego będzie ona o czymś innym. Dla mnie to osobisty przekaz i treść w niej zawarta to jedynie, skorupka jajka, która nie jest smaczna, ani ładna, a jest tylko po to, żeby chronić to co w środku.

awiola: Czy twoja powieść jest książką przeznaczoną wyłącznie dla młodzieży?

Karolina Wojda: Nie! Jest przeznaczona także dla dorosłych, którzy chcą zrozumieć swoje dziecko, dostrzec co dzieje się w jego głowie i być może mu pomóc, uporać się z pewnymi sprawami.
Zdaję sobie sprawę, że ponieważ akcja jest dość nierealna to osoby dorosłe mogą podejść do tego sceptycznie, jednak staram się zawrzeć wiele symboli i ukrytych przekazów także dla nich.

awiola: Dlaczego akcję „Feniksa-Początku” umieściłaś w Stanach Zjednoczonych, a nie w Polsce?

Karolina Wojda: Wiele osób to drażni - wiem. Jednak Polska jest moja, mój mały prywatny skrawek nieba. Gdyby Anastacia tu mieszkała, musiałaby być zupełnie inna. Ponieważ mentalność Amerykańskich nastolatków różni się od tego, jak to wygląda w Polsce. A Ana jest właśnie taka i tak ma wiele trudności w życiu, nie chciałam jej tego utrudniać przeprowadzką do Europy hehe
Po za tym, z punktu widzenia prawnego czy choćby kontroli społecznej jaka obowiązuje w Polsce, pewne rzeczy, które wydarzyły się w książce nie miałyby miejsca bytu u nas. Dlatego po części ułatwiłam sobie, tym prace. Jednak zapewniam, że akcja kolejnej książki będzie w Polsce :)

awiola: Skąd wziął się pomysł na zatytułowanie książki symbolem odradzania się jakim jest Feniks?

Karolina Wojda: Nie wiem - szczerze. Być może, to wynik moich własnych doświadczeń, bowiem sama umarłam i narodziłam się na nowo.

awiola: Wierzysz w zjawiska nadprzyrodzone, inne wymiary, anioły i moc magii?

Karolina Wojda: Wierzę i doświadczam jej codziennie.

awiola: Jakie główne przesłanie chciałaś przekazać czytelnikom „Feniksa-Początku”?

Karolina Wojda: Jeśli ktoś je dostrzeże to będę najszczęśliwsza na świecie, a jeśli nie to, znaczy, że albo jestem kiepską pisarką albo nie był jeszcze na nie gotowy - dlatego lepiej, żeby każdy sam je odkrył.

awiola: Czy podciągnęłabyś gatunkowo swoją powieść pod romans paranormalny? Czytujesz ostatnio bardzo modne sagi z tego gatunku? Jeśli tak, to jakie poleciłabyś czytelnikom mojego bloga?

Karolina Wojda: Nie. Uważam, że Feniks nie jest tego typu książką. Tak, jest wątek miłosny - on powstał ponieważ Anastacia się zakochała i tyle. Jednak to nie jest ten fragment jej historii, który jest najważniejszy.
Co do mnie, owszem czytałam Zmierzch. Uwielbiam tę książkę i chyba, nawet nie próbowałabym naśladować Meyer - daleko mi do niej. Ja mam swój styl, a ona swój.

awiola: Czy planujesz kontynuację swojego debiutu, na co wskazuje tytuł książki?

Karolina Wojda: Nie wiem. Zostawiłam sobie furtkę, jednak nie jestem pewna czy z niej skorzystam. Nie mówię nie, ale też nie obiecuję, że tak.
Wiem, że wiele osób krytykuje zakończenie. Owszem pozostawia wiele do życzenia i czasami prosi się, żeby co nieco dopowiedzieć. Jednak z drugiej strony, uważam, że ludzie w dzisiejszych czasach, chcą mieć podane wszystko na tacy - a co z tajemnicą? Być może, Ana nie chce nic więcej mówić, może uznała, że wszystko co chciała zostało powiedziane, a być może wcale nie chodziło o nią tylko o kogoś zupełnie innego w tej historii …, a jeśli tak właśnie jest, to niestety musicie pogodzić się z beznadziejnym zakończeniem lub postarać się odkryć je na nowo.

awiola: Czy Twoje życie zmieniło się po wydaniu „Feniksa-Początku”

Karolina Wojda: Tak. Jednak nie ze względu na autografy, spotkania autorskie czy fakt, że mogę pochwalić się, że „Napisałam książkę”. To co się zmieniło to ja - a przez to całe moje życie.

awiola: Jakie są Twoje dalsze plany pisarskie? Czy piszesz kolejną książkę?

Karolina Wojda: Piszę. Choć na razie ciężko mi to idzie, ponieważ mam na głowie również obronę na studiach, więc zajmuje się tą bardziej priorytetową „pracą pisarską”. Ale na pewno moja kolejna powieść się ukaże. Tym razem bez aniołów czy czarownic - choć uważam, że magia w niej również będzie zawarta. I jak już wspominałam, akcja będzie toczyła się w Polsce.
Jeśli chodzi o fabułę - to nie mam pojęcia. Moi bohaterowie żyją swoim własnym życiem. Nie mam na nich żadnego wpływu. Dlatego nigdy zanim nie postawię ostatniej kropki, nie wiem co się jeszcze wydarzy.

awiola: Co doradziłabyś początkującym pisarzom planującym wydać swoją pierwszą książkę?

Karolina Wojda: Pisz, pisz i raz jeszcze pisz. Oraz wierz w siebie, bo marzenia się spełniają musisz tego tylko bardzo chcieć.

awiola: Wiążesz swoją przyszłość z pisarstwem, czy raczej będzie to zajęcie dodatkowe?

Karolina Wojda: Pisanie to moja pasja, hobby. Moje powołanie to praca z ludźmi jako terapeuta, wychowawca czy jak kto woli dobry przyjaciel w potrzebie. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła pracować jako ktoś inny niż psycholog.

awiola: Co na koniec chciałabyś przekazać czytelnikom mojego bloga?

Karolina Wojda: Chyba to co napisałam na samym końcu książki:

„Ludzie nas potrzebują, pragną naszego uśmiechu i naszych łez, naszego dobrego serca i naszych błędów. Nie ma bowiem rzeczy, która mogłaby sprawić, że nasze życie stanie się nagle bezwartościowe. To my sami decydujemy, jacy jesteśmy, jacy byliśmy i jacy się staniemy"



Dziękuję Karolinie Wojdzie za poświęcony czas. Przeczytajcie książkę "Feniks-Początek", a być może ktoś z was znajdzie jej ukryte przesłanie. A może każdy z was znajdzie w niej poprostu coś dla siebie. Zachęcam.