sobota, 30 czerwca 2012

Wakacyjny stosik

Dawno nie pokazywałam wam moich nowych zdobyczy książkowych. Wszystko przez stały brak czasu. Dlatego dzisiaj po prostu muszę się wam pochwalić moimi nowymi skarbami :)


Wczoraj listonosz przyniósł mi moją wygraną w konkursie na blogu u Larysy. Zestaw 3 części książek z serii Ulysses Moore.








Do tego mała niespodzianka od Larysy. Serdecznie dziękuję :)











A to moje nowe skarby do kolekcji:
E. Martin, A. Carranza - "Tajemnica Gaudiego"
S. King - "Cztery pory roku"
S. King - "Komórka"
M. Warda - "Nikt nie widział, nikt nie słyszał"
C. A. Morgen - "Noc rudego kota"
I. Iwasiów - "Ku słońcu"







M. Blake - "Tańczący z wilkami"
K. Grochola - "Zdążyć przed pierwszą gwiazdką"
S. Ortiz - "Panna Samotne Serce"
D. Kornaga - "Cięcia"
J.L. Wiśniewski - "Martyna"
J. Carroll - "Kraina Chichów"
K. Fessaro - "Niewinność"
E. Schrefer - "Efektowna katstrofa"
K. Eichenwald - "Intrygant"





Stosy książkowe nieustannie mi się powiększają, a czasu niestety nie przybywa. Czy wy też tak macie? Znacie jakiś lek na uzależnienie bibliofilskie? :)



czwartek, 28 czerwca 2012

Wywiad z Luizą Dobrzyńską, autorką książki "Dusza"

Dzisiaj w ramach moich rozmów z pisarzami, chciałam wam przedstawić wywiad z Luizą Dobrzyńską, autorką książki "Dusza", którą niedawno przedstawiałam na moim blogu.


Luiza Dobrzyńska, z zawodu technik medyczny. Autorka pisze od dwunastego roku życia. Jest fanatyczną miłośniczką kotów i popularnego "Star Treka". Niektórzy z was mogą ją znać dzięki popularnemu blogowi „Stara panna i morze”, który prowadzi od dłuższego czasu. Za książkę „Dusza” otrzymała I miejsce w konkursie na Literacki Debiut Roku.

awiola: Jest Pani z zawodu technikiem elektroradiologii. Skąd wzięła się Pani fascynacja fantastyką?

Luiza Dobrzyńska: Wydaje mi się, że ta fascynacja jest przynajmniej częściowo wynikiem kilkuletniego mieszkania w ZSRR. Byłam wtedy dzieckiem, a więc istotą bardzo podatną na kształtowanie, a trzeba wiedzieć, ze w ZSRR fantastyka naukowa, szczególnie w wydaniu dla młodzieży, była znacznie popularniejsza niż w Polsce, Do dziś pamiętam piękne filmy o tematyce sf, kręcone specjalnie dla dzieci i młodzieży. Na przykład zapomniany już dziś u nas „W drodze na Kasjopeę” oraz „Przed nami Kasjopea”. Były to filmy w pewien sposób wychowujące młodzież w duchu komunizmu, ale jednocześnie rozbudzające zainteresowanie nowoczesną technologią i tym, co człowiek może osiągnąć.

awiola: Jaką książkę czy opowiadanie poleciłaby Pani czytelnikowi aby właśnie od tego tytułu rozpoczął swoją przygodę z literaturą fantastyczną?

Luiza Dobrzyńska: Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Każdy z nas ma nieco inne preferencje i to, co jednemu wyda się czymś wspaniałym, drugiego znudzi. Jeśli chodzi o literaturę, ja zaczęłam od pięknej noweli francuskiego pisarza Maurice'a Vauthiera „Planeta Kalgar”. Potem był „Mały książę” - w końcu to też fantastyka. A potem już Lem, który zafascynował mnie spójną logiką swych opowieści i całą ich warstwą intelektualną. Jednak, jak wspomniałam, każdy musi znaleźć swą własną drogę ku gwiazdom.

awiola: Czytając niektóre posty na Pani blogu, odniosłam wrażenie, że jest Pani feministką. Co Pani rozumie pod tym pojęciem?

Luiza Dobrzyńska: Nie uważam się za feministkę. Sądzę, że oprócz rzeczywistego wyzwolenia z pewnych schematów ruch sufrażystek przyniósł też wiele złego. Przede wszystkim spowodował, że mężczyźni przestali czuć się zobligowani do jakichkolwiek uprzejmości w stosunku do płci pięknej. Czymś równie złym jest to, że kobiety przestały się szanować i przestały wymagać szacunku dla siebie. Wiele z nich traktuje swe ciała jak towar na sprzedaż, są dumne z tego, że się sprzedają i wcale nie mówię tu o zawodowych prostytutkach, którym należy raczej współczuć. To wszystko wynik źle pojętego feminizmu – bardzo na rękę mężczyznom i wbrew pozorom bardzo szkodliwego dla kobiet.

awiola: Dlaczego tak długo czekała Pani z wydaniem pierwszej książki?
 

Luiza Dobrzyńska: Odpowiedź jest prosta – ponieważ wszystkie wydawnictwa, do których się zgłaszałam, odrzucały moje teksty. Jeden wydawca co prawda podpisał ze mną umowę kilka lat temu, ale się z niej nie wywiązał, bez podania przyczyn. Dopiero WFW zaryzykowało...

awiola: Książka „Dusza” jest Pani debiutem literackim. Skąd pomysł na poruszenie tematyki sztucznej inteligencji w kontekście duszy i człowieka?

Luiza Dobrzyńska: To nie jest nowy temat. Wiem o tym. Jednak wydał mi się wyjątkowo fascynujący. Wielu naukowców zadaje pytanie, czy mamy prawo tworzyć coś, co będzie myślało samodzielnie i może okazać się bardziej do nas podobne, niż byśmy chcieli. Jednak jeśli jest to możliwe, w końcu się stanie. Narodzi się wtedy bardzo poważny problem etyczny: czy TO będzie niewolnikiem, czy niezawisłym bytem. Obawiam się, że na to drugie rozwiązanie ludzie nie będą chcieli się zgodzić, a pierwsze będzie po prostu niemoralne. I to właśnie chciałam pokazać.

awiola: Wiem, że wydała też Pani e-booka o wampirach. Czy może nam Pani coś więcej przybliżyć na ten temat?

Luiza Dobrzyńska: To, co wydałam, jest częścią pisanej latami serii o przygodach francuskiego aktora, Gerarda Philipe'a, który zostaje zamieniony w wampira. Myślę, ze u podłoża tej serii leżała niemożność pogodzenia się z przedwczesną śmiercią tak wspaniałego człowieka i tak dobrego aktora, jakim był Philipe. Pomysł, że prowadzi teraz tajemnicze, nocne życie jako wampir był dla mnie po prostu zbyt kuszący, by mu się oprzeć. Obecnie, przy zalewie wampirycznych książek, filmów i seriali pewnie bym już tego nie napisała, ale gdy zaczynałam, wampiry nie były jeszcze tak modne, jak obecnie.

awiola: Jest Pani również współautorem książki dokumentalnej. Co to za książka?

Luiza Dobrzyńska: Nazywa się ona „Dorys – między pokoleniami”. Jest to książka o życiu i twórczości mojego wujka, Benedykta Dorysa, znanego warszawskiego fotografika, którego prace są częścią dziedzictwa narodowego. Pracowałam nad tą książką razem ze swym ojcem, Ludwikiem Dobrzyńskim. Została wydana z okazji wystawy prac wujka w Łazienkach Królewskich.

awiola: Prowadzi Pani od kilku lat bloga „Stara Panna i morze”. Czytając posty niejednokrotnie przedstawia Pani swoje poglądy na temat różnych sfer społecznych od polityki po literaturę. Czy spotkała się Pani z jawną krytyką swoich poglądów od czytelników bloga?

Luiza Dobrzyńska: O, nawet bardzo często. Kiedyś ogromnie mnie to bolało, obecnie nauczyłam się dzielić krytyków na takich, którzy wskazują mi rzeczywiste błędy i na takich, którzy próbują się dowartościować wyśmiewając to, co robi ktoś inny. Sama stosuję i wszystkim piszącym polecam stosowanie zasady francuskiego poety Boileau:

Gdy krytyk na me pisma żółć piórem wyleje

Ma li słuszność? Korzystam. Błądzi? To się śmieję.


awiola: Wiem, że kontynuacja „Duszy” niebawem na rynku wydawniczym. Czy może nam Pani uchylić rąbka tajemnicy jak potoczą się dalsze losy Etty i Raula?

Luiza Dobrzyńska: Powiem tylko, że wyprawa dojdzie do skutku, ale jej uczestnicy nawet nie spodziewają się tego, jak bardzo ich zadanie okaże się skomplikowane i z czym przyjdzie się im zmierzyć.

awiola: Współpracuje Pani z paroma portalami internetowymi dotyczącymi literatury. Który z nich jest Pani w stanie polecić czytelnikom mojego bloga?
 

Luiza Dobrzyńska: Zdecydowanie Szuflada.net i Paradoks. Oba oferują nie tylko rozrywkę, ale możliwość własnego rozwoju.

awiola: Jakie rady przedstawiłaby Pani początkującym pisarzom?

Luiza Dobrzyńska: Ciężko pracować i nie zrażać się niepowodzeniami, a przede wszystkim wyrobić sobie odporność na złe słowa. Na pewno usłyszą ich bardzo wiele.

awiola: Jakie są Pani najbliższe plany pisarskie?

Luiza Dobrzyńska: Kończę teraz powieść dla młodzieży, której tłem jest wieś pod Krakowem. Książka opowiada o nastolatce, która dowiaduje się, że jako dorosła kobieta będzie mogła zostać czarownicą, podobnie jak była nią kiedyś jej matka. Wie, ze będzie musiała dokonać trudnego wyboru, ale na razie musi poradzić sobie ze szkolnymi chuliganami i starać się o jak najlepsze stopnie, by móc w przyszłości studiować wymarzoną weterynarię. Niestety jej życie zaczyna się komplikować, i to głównie za sprawą drzemiących w niej zdolności. Mam nadzieję, że uda mi się zainteresować tym jakieś wydawnictwo.

awiola: Nie mogę nie zapytać o jedną kwestię, bardzo dla mnie osobiście istotną. Czy uważa Pani, że Erich von Daniken chociaż po części ma rację twierdząc, że ludzkość została stworzona przez obcą cywilizację?

Luiza Dobrzyńska: Naprawdę trudno mi się do tego ustosunkować. Argumenty Danikena są bardzo ciekawe, a co ważniejsze brzmią logicznie. Nie ze wszystkimi wywodami Danikena się zgadzam, wiele z nich jednak wydaje mi się wartymi uwagi. Bardzo szanuję tego zapaleńca i jego pasję, która zresztą ściąga na niego gromy, prześladowania, a nawet oszczerstwa. W jednym ma on niezaprzeczalną rację – to, dlaczego jesteśmy inteligentni, stanowi zagadkę, której nie da się wytłumaczyć teorią ewolucji. Gdyby bowiem było inaczej, na Ziemi roiło by się od inteligentnych gatunków niehumanoidalnych.



Dziękuję autorce za poświęcony czas. Polecam bloga Luizy Dobrzyńskiej "Stara panna i morze". Czekam z niecierpliwością na drugą część "Duszy".

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Brunonia Barry – "Wróżby z koronek"




„Stare domy wplatają w siebie ludzi, którzy w nich mieszkali, jak nici wplecione w koronkę. Zazwyczaj te nici spoczywają spokojnie, dopóki ktoś ich nie poruszy.”



Brunonia Barry, absolwentka literaturoznawstwa. Obecnie mieszka w Salem, gdzie jest współwłaścicielką firmy zajmującej się produkcją puzzli i gier logicznych. Za swój debiut „Wróżby z koronek” autorka zarobiła dwa miliony dolarów, gdyż książka była jednym z największych bestsellerów w 2008 roku.

Trzydziestoletnia niegdyś mieszkanka rodzinnej Wyspy Żółtego Psa - Towner, po piętnastu latach powraca do rodzinnego Salem po otrzymaniu wiadomości o śmierci ukochanej babki Evy. Sophya, bo tak bohaterka ma naprawdę na imię w wieku piętnastu lat wyjechała z miasta po samobójczej śmierci siostry bliźniaczki Lyndley. Wtedy właśnie przeszła załamanie nerwowe, trafiła do zakładu psychiatrycznego, a jej leczenie trwało kilka lat. Zamieszkała na stale w Kalifornii aby wspomnienia z przeszłości ponownie nie zrujnowały jej życia.

Towner pochodzi ze starego rodu Whitneyów, rodu czarownic z Salem. Kobiety z tej rodziny posiadają nadprzyrodzone zdolności i potrafią czytać przyszłość z koronek. Bohaterka powracając w rodzinne miejsce napotyka się na osoby, które odegrały kluczową rolę w jej przeszłości. Przeszłości, która nie do końca jest jasna. Nawiedzona matka, dawny kochanek, znienawidzony wujek Carl - założyciel sekty kalwinów. Powrót do Salem doprowadzi do tego, że Towner będzie musiała zmierzyć się ze swoim dziedzictwem i prawdą o swoim życiu.

„Wróżby z koronek” to książka pisana dość specyficznym stylem. Mieszają się w niej wspomnienia ze snem i rzeczywistością. Czasami czytelnik może mieć problem z odróżnieniem co jest czym. Pomieszanie narracji pierwszoosobowej i trzecioosobowej wbrew pozorom dodaje książce atrakcyjności. Na każdej karcie powieści czuć specyficzny klimat miasteczka Salem. Autorka umie plastycznie opisać każdy szczegół domu babki Evy, jej herbaciarni czy klimat panujący na ulicach miejscowości turystycznej. Akcja na początku rozleniwia czytelnika ale od połowy książki wszelkie niedopowiedzenia i sekrety krok za krokiem doprowadzają do rozwikłania tajemnicy. Tajemnicy, która jest szokująca. Tajemnicy, która spychana była w głębokie obszary podświadomości przez główną bohaterkę.

Towner na początku powieści raczy czytelnika słowami: „Nigdy mi nie wierzcie. Kłamię przez cały czas.” Są to słowa, które po przeczytaniu ostatniej kartki, nabierają sensu.

To okładka przyciągnęła mnie do tej książki. Nie udało mi się przewidzieć zakończenia i rozwikłać sekretu rodu kobiet z Salem zanim nie zrobiła tego autorka, co najlepiej świadczy o wartości powieści. Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło. Poza tym powieść ma niesamowity klimat. Polecam, naprawdę warto.

Brunonia Barry

środa, 20 czerwca 2012

Luiza Dobrzyńska – "Dusza"



„Początkowo myślała o nim jak o przedmiocie – dużej, interaktywnej lalce, której kaprys nadał rysy pięknego mężczyzny. Jednak z biegiem czasu coraz lepiej rozumiała, że jest to istota. Myśląca samodzielnie i po swojemu czująca istota.”




Luiza Dobrzyńska, z zawodu technik medyczny. Autorka pisze od dwunastego roku życia. Jest fanatyczną miłośniczka kotów i popularnego "Star Treka". Niektórzy z was mogą je znać dzięki popularnemu blogowi „Stara panna i morze”, który prowadzi od dłuższego czasu. Za książkę „Dusza” otrzymała I miejsce w konkursie na Literacki Debiut Roku.

Wyobraźcie sobie bliżej nieokreśloną przyszłość na Ziemi. Nasza planeta po wielkiej katastrofie ekologicznej próbuje na nowo odzyskać równowagę. Etta, nauczycielka historii jest w obecnym społeczeństwie zerówką. Cóż to oznacza? Bohaterka nie może mieć swoich dzieci, gdyż stwierdzono u niej dużą możliwość wystąpienia wady genetycznej u potencjalnego potomka. Wyrok ten jest jednoznaczny z samotnością, gdyż żaden mężczyzna nie będzie chciał takiej kobiety pojąć za żonę. Etta może jedynie spełniać funkcję kochanki. Dlatego też, aby zaradzić samotności takich ludzi, stworzono sztuczną inteligencję. Są nimi androidy, które mogą przybierać postać kobiety bądź mężczyzny. Takiego androida posiada również Etta. Raul jest jej wiernym towarzyszem, a nawet kochankiem. Dzięki niemu nie odczuwa tak swojej inności wśród ludzi.

Etta i Raul paradoksalnie dzięki temu, że bohaterska jest zerówką, dostają szansę wyruszenia w podróż, która uratuje ludzkość przed zagładą. Ale najpierw muszą zmierzyć się z ludzką nienawiścią i uprzedzeniami. Etta, obserwując swojego androida, coraz bardziej upewnia się, że nie jest on robotem oraz, że posiada duszę jak żywy człowiek.

Autorka bardzo ciekawie przedstawiła czytelnikom koncepcję przyszłości naszej planety. Oczywiście nie chciałabym urodzić się w czasach, gdy od urodzenia człowieka przypinałoby się do określonej kategorii społecznej, a wiele zachowań, dzisiaj zupełnie normalnych, byłoby zakazanych pod groźbą surowej kary.

W książce znajdziemy sporo filozoficznych dysput, które skłaniają potencjalnego odbiorcę do myślenia. Czy sztuczna inteligencja może mieć duszę? Co rozumiemy pod samym pojęciem duszy? Czy to co rozumiemy pod pojęciem duszy to tylko kwestia definicji? Uwierzcie mi, że po przeczytaniu książki Luizy Dobrzyńskiej takich pytań nasuwa się o wiele więcej. Język użyty przez autorkę jest plastyczny, nie nudzi czytelnika. A sama książka jest cieniutka, wystarczy na jeden wieczór.

Debiut Luizy Dobrzyńskiej bardzo zapadł mi w pamięć. Wiem od autorki, że kolejna część jest już w przygotowaniu. Oczekuje więc na nią, gdyż autorka zostawiła mnie z uczuciem niedosytu. Jestem głodna dalszych dziejów Etty i Raula.

Tak na marginesie okładka jest genialna. Minimalizm i prostota. Polecam.


Luiza Dobrzyńska


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Warszawskiej Firmie Wydawniczej

niedziela, 17 czerwca 2012

Łucja Fice – "Przeznaczenie"



„Tkwi w nas jądro, czyli dusza, której nikt i nic nie może unicestwić. Jeśli chodzi o zło, to nie jest one bytem jak dobro. Zło jest metafizyczną próżnią, która powstaje tam, gdzie nie ma dobra. Ludzie czynią źle wtedy, kiedy nie czynią dobrze.”





Łucja Fice, z wykształcenia chemik. Należy do RSTK w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie ćwiczy swój warsztat twórczy. Przez cztery lata swojego życia autorka pracowała w Anglii. Tam robiła zapiski i notatki dotyczące życia na emigracji. Myślę, że właśnie te informacje posłużyły jej do napisania swojej pierwszej książki pt. „Przeznaczenie”.

Gabrysia, bezrobotna od dłuższego czasu pięćdziesięcioletnia wzorowa żona i matka, postanawia wyjechać do Wielkiej Brytanii. Bohaterka pozytywnie przechodzi etap rekrutacji w Polsce i zostawiając męża i córkę wyjeżdża pracować do zakładu opieki nad osobami starszymi. Gabrysia nie jest zwykłą kurą domową, która postanawia odmienić swoje życie. Jest zadbaną, nie wyglądającą na swój wiek kobietą, która potrzebuje od życia czegoś więcej niż nudny mąż i codzienna rutyna. Poza tym od pewnego czasu bohaterkę nawiedza w snach zmarła matka, wskazując jej niejasny cel. Gabrysia posiada również nadnaturalne umiejętności w postaci proroczych snów.

W zakładzie którym pracuje, poznaje wielu starych, schorowanych staruszków, w tym tajemniczego mieszkańca o polskim nazwisku. Gabrysia będzie musiała odkryć tajemnicę łączącą ją z tym człowiekiem. Tajemnicę, która ściśle łączy się z jej rodziną i przeszłością. Do tego spotka miłość, niewyczekiwaną przez nią w tym wieku i dość zaskakującą jak na te realia. Wszystkie te zdarzenia będą ją nieuchronnie prowadzić ku tytułowemu przeznaczeniu.

Autorka bardzo realistycznie przedstawiła życie Polaka na emigracji. Bez upiększeń i koloryzacji. Życie Gabrysi w Anglii nie było usłane różami. Wręcz przeciwnie, stałe przeprowadzki, kłótnie z rodakami, samotność i brak zaufania do innych. Dość smutny obraz emigracji zarobkowej.

I drugi, bardziej przerażający temat opieki nad osobami starszymi i niedołężnymi. Niektóre opisy przeznaczone są dla osób o mocnych nerwach. A trzeba wziąć pod uwagę, że to zakłady opieki w Wielkiej Brytanii, gdzie służba zdrowia jest na wyższym poziomie. U nas jest znacznie gorzej. Wiem to obecnie z własnego doświadczenia. Nie wiem na ile w książce zawarte są własne doświadczenia autorki ale na pewno pobudzają wyobraźnię.

Książka nie jest łatwa. Przejmujący obraz emigracji zarobkowej przeplata się z ciężką, wymagającą dużo siły fizycznej i psychicznej opieką na starszymi ludźmi stojącymi nad grobem.

Przesłanie książki daje nadzieję, że mimo wszystko ludzie są dobrzy. Polecam.



Łucja Fice


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Warszawskiej Firmie Wydawniczej

Recenzja tygodnia ( 25.03.2013 r. - 31.03.2013 r.) na portalu

środa, 13 czerwca 2012

Leonard Foglia, David Richards – "Całun z Oviedo"




„Można uciec od przeszłości, tak jak to zrobiła, ale nie można udawać, że nigdy nie istniała.”



Leonard Foglia i David Richards, amerykański reżyser teatralny i były krytyk teatralny. Napisali wspólnie powieść, która jest pierwszą częścią trylogii. Kolejne po „Całunie z Oviedo” są „Syn” oraz „Zbawiciel”. Jest to ich trzecia wspólnie napisana książka.

Moim pierwszym skojarzeniem biorąc do ręki tę powieść była inna książka, którą niedawno czytałam – „Reguła czterech”. W tym przypadku podobnie książkę napisało dwóch autorów, a na okładce napis „Dla miłośników "Dziecka Rosemary" i "Kodu Leonarda da Vinci". Znowu odniesienie do powieści Dana Browna. Widać taka reklama przyciąga do zakupu potencjalnych klientów.

Zacznę może od tytułowego Całuna z Oviedo. Na pewno większość z was zna albo słyszało o Całunie Turyńskim. Czyli tkaninie okrywającej ciało Chrystusa jak twierdzi część badaczy. Mało osób natomiast wie, że istnieje drugi relikt. Jest nim właśnie Chusta z Oviedo, która według przekazów miała okrywać twarz Chrystusa podczas jego śmierci na krzyżu. Ostatnie badania poczynione na obydwóch tkaninach wykazały, że znajduje się na nich ta sama grupa krwi – AB. Daje to oczywiście argument zwolennikom teorii, że chusta i całun to relikwie z męczeńskiej śmierci Zbawiciela.

I właśnie ta hipoteza posłużyła autorom książki do stworzenia fabuły, odnoszącej się do religii. Całun z Oviedo strzeżony jest w świętej komnacie, do której dostęp ma jedynie ksiądz Miguel. Całun raz w roku pokazywany jest wiernym i chowany z powrotem w komnacie. Podczas jednego z takich szczególnych dni, ksiądz zostaje zaatakowany i umiera na zawał serca w miejscu spoczynku chusty. Co ciekawe sama chusta nie zostaje skradziona, co wydaje się być bardzo dziwnym przypadkiem.

Parę lat później poznajemy Hannah Manning, 19 letnią kelnerkę, która mieszka u wujostwa od śmierci swoich rodziców. Bohaterka nie jest szczęśliwa, pragnie zmienić swoje życie. Przez przypadek znajduje ogłoszenie fundacji Partnerstwo w Rodzicielstwie, które zajmuje się znajdowaniem surogatek – kobiet chcących urodzić komuś dziecko. Hannah decyduje się na zostanie zastępczą matką, pomagając w ten sposób małżeństwu Whitfieldów. W niedługim czasie, pod wpływem konfliktu z wujostwem, bohaterka wprowadza się do z pozoru przemiłego małżeństwa, któremu nosi dziecko. Ale jak to zwykle bywa pozory mylą. Hannah nie spodziewa się kogo dziecko nosi w swoim brzuchu i kim tak naprawdę są Whitfieldowie. Bohaterka na szczęście może liczyć na przyjaciółkę Teri oraz młodego, przystojnego księdza Jimmego.

Okładka książki przykuwa uwagę. I co mogę od razu stwierdzić, powieść warta jest przeczytania. Pomimo braku wartkiej akcji, pomimo szybkiego rozszyfrowania tajemnicy i mdłego zakończenia, jest nadal świetnym czytadłem. Dlaczego? Głównym powodem jest nieprawdopodobny pomysł, który mam nadzieję, nigdy nikomu nie przyjdzie do głowy aby go zrealizować w rzeczywistości. Rozchodzi się tu o klonowanie, DNA i Zmartwychwstanie Jezusa. Chyba łatwo się domyśleć o co chodzi.

Książki tej nie powinno się porównywać do „Kodu Leonarda da Vinci”. Jest ona całkowicie inna. Jedyną cechą wspólną jest osoba Jezusa i sekty. Poza tym warsztatowi pisarskiemu autorów „Całunu z Oviedo” nie mogę niczego zarzucić. Szkoda tylko, że czytelnik może bardzo szybko wywnioskować jaką tajemnicę kryje fabuła. Pewnie dlatego książka ta nie odniosła spektakularnego sukcesu na świecie. Wielka szkoda.

Leonard Foglia



David Richards


Recenzja tygodnia (11.05.2015 r. - 17.05.2015 r.) na portalu

wtorek, 12 czerwca 2012

Wywiad z Markiem Żakiem

Dzisiaj chciałam wam przedstawić mini wywiad w autorem trzech książek, o których niedawno pisałam na blogu: „Szczęśliwy w III Rzeszy”, „Szczęśliwy w Ameryce” oraz „Bieg”.





Marek Żak, rocznik 1953, jest absolwentem Politechniki Warszawskiej oraz międzynarodowych studiów podyplomowych w Japonii i Szwajcarii. W przeszłości pisał felietony do „Przeglądu Technicznego”. Obecnie jego praca zawodowa związana jest z przemysłem farmaceutycznym. Dzięki uprzejmości autora, mogę przeprowadzić swój pierwszy wywiad w życiu. Niestety na razie tylko w formie elektronicznej ale w przyszłości na pewno rozwinę te formę do spotkania twarzą w twarz :)




awiola: Marku, w przeszłości pisałeś felietony do „Przeglądu Technicznego”. O czym wówczas pisałeś, jakie treści zawierały twoje felietony?

Marek Żak: Opisywałem krytycznie ówczesną sytuację, widzianą przez człowieka, pracującego w fabryce. Jako, że samego ustroju krytykować nie było można, opisywałem konkretne ułomności systemu. To cenzura jeszcze w miarę tolerowała.

awiola:Twoim debiutem literackim była książka „Szczęśliwy w III Rzeszy”. Skąd w ogóle pomysł na książkę o tak kontrowersyjnej tematyce?

Marek Żak: Była to moja reakcja na panującą powszechnie opinię o wojnie i okupacji. Sprowadzała się do akceptacji poglądu, że Hitler nas napadł, a wyzwolenie przyszło ze strony ZSRR. Polacy, mieszkający po wschodniej stronie Bugu, w tym mój ojciec, widzieli wszystko zupełnie inaczej. Pakt Ribentropp-Mołotow nie był, jak wciąż wielu wierzy, początkiem IV rozbioru Polski, był początkiem planu biologicznego zniszczenia narodu polskiego przez dwóch największych morderców w historii. Okładka przedstawia twarz mężczyzny, po jednej stronie Brama Brandenburska, po drugiej – Kreml. Gdy dojdzie się do tego wniosku, należy zmienić także opinie na temat postaw Polaków w czasie wojny, ruchu oporu itd. To dla wielu, w tym dla mnie, było bardzo bolesne przeżycie.

awiola: Z jakimi zarzutami spotkałeś się po premierze „Szczęśliwego w III Rzeszy”?

Marek Żak: Największy zarzut dotyczył samego tytułu. Sądziłem, że książka będzie budziła większe kontrowersje, tymczasem niemal wszyscy, którzy ją przeczytali, zgadzali się z przedstawionymi w niej tezami.

awiola: Marek Gar, bohater twoich dwóch książek, jest szczęśliwy prowadząc życie opisane na łamach książki. Czym dla Ciebie jest szczęście?

Marek Żak: Bohater powieści jest szczęśliwy, ponieważ prowadzone przez niego prace służą ludziom. Jest to odniesienie do Fausta, który jest szczęśliwy, służąc innym. Jednocześnie szczęście jest następstwem spełnionej miłości w trudnych czasach. Trzecim wymiarem szczęścia jest obserwacja morderczej wojny, toczonej przez naszych wrogów. Im bardziej się nawzajem zniszczą, tym większe szanse będzie miała Polska na odzyskanie niepodległości. Odpowiada mi definicja szczęścia przedstawiona w książce W. Tatarkiewicza "O szczęściu”. Szczęście jest zadowoleniem ze swojego życia, jako całości.

awiola: Nazwa twojego bloga to „Koniec martyrologii”. Co dokładnie rozumiesz przez tą nazwę?

Marek Żak: Zerwanie z martyrologicznym, cierpiętniczym stosunkiem do przeszłości, a także z ciągle silnym wpływem rosyjskiej kultury, w której wszyscy bohaterowie są nieszczęśliwi. Żyjemy w wolnym kraju, który odniósł nieprawdopodobny sukces. Jako, że pracuję w dużej mierze z cudzoziemcami wiem, jaki niekłamany podziw budzi u nich to, czego dokonaliśmy w ostatnich 20 latach.

awiola: W twoich książkach zawarte są myśli seksistowskie. Czym jest dla Ciebie seksizm?

Marek Żak: Seksizm jest uznaniem tego, że mężczyzna i kobieta są zupełnie innymi istotami i widzą świat inaczej. Mężczyźni widzą świat w kategoriach rywalizacji, w tym rywalizacji o wybraną kobietę. Aby zwyciężyć muszą być silni i zdeterminowani. U kobiet istotne jest poczucie bezpieczeństwa, jakie zapewnia silny, mądry facet. Przy wszystkich wadach Marka Gara, jest on człowiekiem twardym, niepoddającym się własnym słabościom i przeciwnościom losu. Kobiety to widzą i to budzi w nich uznanie. Postawie jeszcze jedną, może niepopularną tezę. Kobieta aby być szczęśliwa, nie może wygrać walki o dominację w związku z mężczyzną. Innymi słowami, nie może kochać faceta, od którego jest silniejsza. W "Szczęśliwym w Ameryce" Claudia, która cały czas walczy o to, żeby jako milionerka, mogła o wszystkim decydować, mówi do Marka: ,,Wojna skończona, wygrałeś”. Dopiero to może stać się przełomem.

awiola: Czy napisanie powieści, której temat jest dość kontrowersyjny, nie wpłynęło na twoje życie osobiste i karierę zawodową?

Marek Żak: W żadnym wypadku. Z początku traktowano moją działalność pisarską z pewnym niedowierzaniem, później jednakże otrzymałem wiele dowodów uznania ze strony czytelników, którzy są moimi partnerami zawodowymi. Moje książki poruszają zupełnie fundamentalne problemy nas Polaków i nas – ludzi, a więc wolność i jej granice, miłość i wierność, granice kompromisu.

awiola: Czy pod wpływem przeczytania jakiejś książki zmieniłeś swoje poglądy?

Marek Żak: W młodości przeczytałem 2 książki, które bardzo na mnie wpłynęły. K. Hamsum – "Błogosławieństwo ziemi” i N. Peale – "Power of positive thinking”. Po ich przeczytaniu wiedziałem już, że sukces w życiu odnosi się wyłącznie wytrwałością, pracą, wiarą i pozytywnym nastawieniem do tego co się robi. Szybko można wyłącznie coś spieprzyć.

awiola: Jak oceniasz rynek wydawniczy w Polsce?

Marek Żak: Z jednej strony szalenie konkurencyjny. Z drugiej, jestem często na forach literackich, np. w gazecie.pl i czytam wiele opinii o współczesnych książkach. Głównym motywem jest rozczarowanie.

awiola: Co twoim zdaniem można byłoby zrobić aby zwiększyć poziom czytelnictwa w naszym kraju?

Marek Żak: Wydaje mi się, że jest lepiej, niż kiedyś. Często jeżdżę SKM-ą do i z Warszawy i widzę mnóstwo ludzi czytających książki. Kiedyś ludzie czytali gazety, teraz przede wszystkim książki.

awiola: Jakich rad udzieliłbyś początkującym pisarzom, którzy nie mają doświadczenia z wydawnictwami?

Marek Żak: Początki są trudne w każdej dziedzinie. Wytrwałość i wiara w siebie, a także w to, co napisali.

awiola: O czym będzie twoja kolejna powieść, której premiera już wkrótce?

Marek Żak: Powieść "Globalne ocieplenie” porusza dwa tematy. Jednym jest właśnie globalne ocieplenie, o którym tyle się mówi. Czy jest to fakt, czy konfabulacja i kto z niego tak naprawdę mógł skorzystać. Drugim jest wzajemna zależność miłości i pieniędzy. Bohaterem jest naukowiec, Polak, przebywający w USA na stypendium. Będąc służbowo na Florydzie poznaje Joanę, która okazuje się być jedyną córką miejscowego multimilionera. Razem pracują i zwiedzają Florydę. Jak można się domyśleć, tatuś z dużą podejrzliwością będzie obserwował związek córki z przybyszem z dalekiego kraju. Czy dr Mróz wytrzyma presję, czy dojdzie do wniosku, że lepiej dać sobie spokój?

Tak więc, jak zawsze Harlequin, dla tych, którzy lubią książki o miłości. Miłość jest przecież najważniejsza :)


Bardzo dziękuję Markowi Żakowi za poświęcony czas. Polecam wam przeczytać jego książki i zapraszam na blog autora "Koniec martyrologii". A ja czekam z niecierpliwością na kolejną książkę Marka Żaka :)



sobota, 9 czerwca 2012

Marek Żak – "Szczęśliwy w Ameryce"



„Mężczyzna zawsze kupuje kobietę. Uczuciem, urokiem osobistym, inteligencją, obietnicami, ale jeśli potem oferuje tylko biedę jest łobuzem i oszustem.”




Marek Żak, warszawski pisarz, rocznik 1953, którego książkę już po raz trzeci goszczę na swoim blogu. Autor jest absolwentem Politechniki Warszawskiej oraz międzynarodowych studiów podyplomowych. W przeszłości pisał felietony do „Przeglądu Technicznego”. Obecnie jego praca zawodowa związana jest z przemysłem farmaceutycznym.

„Szczęśliwy w III Ameryce” to kontynuacja powieści pt. „Szczęśliwy w III Rzeszy”, o której niedawno wam pisałam. Główny bohater Marek Gar, po zakończeniu II wojny światowej, wyjeżdża do Ameryki. Nie jest to zwykły wyjazd Polaka do Ameryki w celach zarobkowych. Bohater dostaje od amerykańskiego wywiadu tzw. propozycję nie do odrzucenia. W ramach przejmowania przez amerykanów niemieckich naukowców, Marek zostaje zatrudniony w USA w firmie farmaceutycznej. Odtąd będzie pracował dla amerykańskiego rządu na rzecz wojny z ZSRR. Wraz z żoną Claudią i małą córeczką, próbują ułożyć swoje życie za oceanem.

Niestety odnalezienie się w powojennej rzeczywistości nie jest takie proste. Sytuacja polityczna w postaci rozpoczętej zimnej wojny ze Związkiem Radzieckim przypomina w niektórych momentach jego życie w III Rzeszy. Marek jest stale pod nadzorem amerykańskiego wywiadu. Jest zbyt cennym naukowcem by Amerykanie pozwolili sobie na jego stratę. Jego żona Claudia nadal nie może wybaczyć mu zdrady jakiej się dopuścił z byłą żoną Karen. A ponieważ życie czasami zatacza koło, po odejściu Claudii do amerykańskiego milionera, któremu de facto Marek uratował życie wnuczki, bohater próbuje na nowo ułożyć sobie życie uczuciowe. Jest więc kolejny ślub, kolejne romanse, odniesienie do sytuacji Kuby w ówczesnych czasach i sporo pikantnych, łóżkowych scen. Do tego kuszące opisy Florydy, Kuby czy Nowego Jorku.

Na tle tego wszystkiego, czyli upadków i wzlotów Marka, czytelnik widzi powojenną sytuację podzielonej Europy na komunistyczny wschód i demokratyczny zachód. W książce poruszone są takie fakty historyczne jak zrzucenie bomby na Hiroszimę, rewolucja na Kubie czy odrzucenie planu Marshalla przez Polskę pod dyktaturą Stalina. Autor pokazał mi swój punkt widzenia dlaczego taki podział polityczny po wojnie w ogóle zaistniał. I dlaczego naród amerykański nam nie pomógł abyśmy nie stali się satelitą Związku Radzieckiego. Zrozumienie pewnych mechanizmów i wyzbycie się martyrologii w każdym z nas, pomagają zrozumieć pewne niuanse historyczne naszego kraju.

Marek Żak dosyć ciekawie przedstawił nam przemyślenia i co za tym idzie postawę Marka Gara w kraju, w którym istnieje wolność. A to przecież tego brakowało do szczęścia bohaterowi. Niestety Polak nie zawsze radzi sobie w wolnym kraju. Myślę, że pewne przyzwyczajenia z okresu wojny nie pozwalają mu być wiernym i do końca szczerym. Ilość kobiet, jaka pojawia się w jego życiu, ich powroty i odejścia to cena jaką płaci za chwile szczęścia.

Na pewno bardziej szokująca dla czytelnika będzie pierwsza część. Autor napisał mi, że „Szczęśliwy w Ameryce” jest książką zupełnie inną. I zgadzam się z tym. Ówczesne tło polityczne jest na drugim miejscu. Pierwsze skrzypce grają natomiast wewnętrzne rozterki Marka Gara i odnalezienie się w wolnym kraju, w którym nie trzeba ukrywać swoich myśli i poglądów. Dla bohatera, który był mistrzem kamuflażu w czasach hitlerowskich, wolne życie wcale nie będzie takie proste.

„Jeśli mógłbym porównać obie części to przychodzi mi do głowy ,,Ojciec chrzestny". Pierwsza trochę uproszczona historia o gangsterach, druga to bardziej psychologiczny opis bohatera, granego przez A. Pacino.”

Nie będę porównywać, która część jest lepsza, a która gorsza. Uważam, że obydwie stanowią pewną całość. I dopiero po przeczytaniu obydwóch można dyskutować na temat przekonań i postawy samego bohatera, który na pewno jest przeciwieństwem bohatera romantycznego, a nawet całkowitym jego zaprzeczeniem. Jestem pełna podziwu dla Marka Żaka, że odważył się poruszyć tak drażliwy temat dla naszego narodu. Patrząc obiektywnie w wielu kwestiach ma po prostu racje. A ja polecam obie książki ludziom, którzy nie boją się zaprzeczyć wszechobecnej martyrologii i chcą poznać inny punkt widzenia dotyczący naszej historii.

Pewien redaktor napisał, że książka jest pornolem, czego kompletnie nie rozumiem. Opisy erotyczne nie zajmują zbyt wiele miejsca.

W listopadzie czeka nas premiera nowej książki autora pt. „Globalne ocieplenie”. Jestem ciekawa czym teraz zaskoczy nas Marek Żak.

Niebawem na blogu pojawi się mini wywiad z Markiem Żakiem mojego autorstwa. Zapraszam.

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję autorowi




Marek Żak

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Dennis Bock – "Córka komunisty"



„Nie da się świata podzielić na dwie równe połowy: dobrą i złą. Wojnę i pokój, czarne i białe. To piękne pojęcia, lecz strasznie niedoskonałe.”



Dennis Bock, kanadyjski pisarz mieszkający obecnie w Toronto. Czytelnikom może być znany z opowiadania „Olympia” za którą otrzymał nagrodę Danute Gleed Award. Nie miałam wcześniej przyjemności spotkać się z jakąkolwiek formą twórczości tego autora.

„Córka komunisty” to zbiór fikcyjnych listów pisanych przez znanego, prawdziwego kanadyjskiego lekarza Normana Bethune’a. Lekarz ten uczestniczył w I wojnie światowej, a następnie ratował życie ofiarom wojny w Hiszpanii. Listy pochodzą z okresu, gdy bohater znajdował się w Chinach podczas trwającej wojny chińsko-japońskiej. Tam właśnie w wolnych chwilach, podczas ratowania życia chińskiej ludności, spisywał wyznanie swojego życia. Normana Bethune jak sam tytuł wskazuje był komunistą opowiadającym się za chińskim dyktatorem Mao Zedonga. Dla swojej idei, porzucił ustabilizowane życie i nie poznał nigdy córki oddanej do madryckiego sierocińca.

Abstrahując od prawdziwej biografii Normana Bethune’a, jego literacki pierwowzór stworzony przez Dennisa Bocka, moim zdaniem uciekał przed prawdziwym życiem. Owszem, można mi zarzucić, że ratowanie życia ofiar wojny kosztem prywatnego szczęścia jest godne podziwu. Ale czy godne podziwu jest również uznawanie wojny i komunizmu jako sensu swojego życia i nie przyjęcie odpowiedzialności za życie córki. Bohater kompletnie nie wpisuje się w moje pojęcie osoby godnej podziwiać.

Książka nie jest łatwą lekturą. Wielu czytelników mogą przerazić opisy skutków wojny np.:

„Wszędzie pełno było porozrywanych ciał. Ludzkie kończyny zwisały z gałęzi drzew…”

W pamięci zapadła mi historia uwięzionej w murze dziewczynki. Straszna historia powodująca głębokie refleksje nad sensem wojny.

Na pewno listy Normana przybliżają nam historię wojen w których uczestniczył lekarz. Myślę też, że jego poglądy komunistyczne zasługują na zapoznanie się z nimi i wyciągnięcie własnych wniosków.

Na końcu powieści, autor zawarł informacje, że „Względy estetyczne warsztatu pisarskiego często jednak przeważały nad bardziej przyjętymi wersjami historycznymi życiorysu Bethune’a”. Nie jest to powieść biograficzna, fakty z życia Normana Bethune pomieszane są z literacką fikcją.

Polecam dla osób lubiących połączenie wątku odpowiedzialności człowieka w kontekście wojny.

I na koniec zdanie myślę, że prawdziwe:
„Ale już wtedy wiedziałem, że to wszystko: waleczność, chwała, romantyzm – jest wielkim oszustwem.”




Dennis Bock