piątek, 30 marca 2012

Ian Caldwell, Dustin Thomason – "Reguła czterech"




“Czas to dziwna rzecz. Najbardziej przygniata tych, którzy mają go najmniej.”



Ian Caldwell i Dustin Thomason, dwaj przyjaciele od ósmego roku życia, napisali wspólnie wydaną w 2005 r. „Regułę czterech”. Jest to ich debiut literacki. Autorzy inspirowali się twórczością Umbeta Eco, w szczególności dziełem „Imię Róży”. Przyznam się szczerze, że kupiłam tą pozycję ze względu na zachęcający opis, porównujący książkę do „Kodu Leonarda Da Vinci”.

Paul, Charlie, Gil i Thomas to studenci uczelni Princeton, na co dzień przyjaciele zamieszkujący ten sam pokój w akademiku. Toma i Paula łączy zagadka XV – wiecznej księgi „Hypnerotomachia Polifilii” czyli „Walką Polifila o miłość we śnie”, która została napisana w 1499 r. przez domniemanego autora Francesca Colonne. Tom, narrator powieści, jest synem profesora, który poświęcił całe życie na rozwikłanie zagadki tej księgi. Nie wiadomo kto ją napisał, czy był to awanturniczy mnich czy może renesansowy humanista pochodzący z rodu Colonnów. Nikt przez pięćset lat nie rozwikłał tajemnicy zapisanej w „Hypnerotomachii Polifilii”. Księga napisana jest wieloma językami m. in. łaciną, greką, językiem arabskim, egipskimi hieroglifami czy włoskim. Ma zawierać w swojej treści przekaz, tajemnicę o wielkiej wadze. Bohaterowie próbują więc rozwikłać tą zagadkę, za którą zapłacą wielką cenę. Kluczem do rozwiązania jest tytułowa „Reguła czterech”.

W książce znajdziemy morderstwo, miłość, przyjaźń i wielką tajemnicę. Połączenie tych wszystkich elementów daje niezły efekt, ale nie taki na jaki liczyłam. Duża część fabuły poświęcona jest opisom zwyczajów panujących na uczelni. I nawet mnie to nie irytowało, gdyż o wielu rzeczach nie miałam pojęcia. Tak na marginesie, porównując życie naszych studentów do studentów amerykańskich, wypadamy bardzo blado.

Spodziewałam się raczej bardziej spektakularnego zakończenia, tajemnicy na miarę książki Dana Browna. Tego nie otrzymałam. Dlatego uważam za niezbyt uczciwy chwyt wydawniczy porównujący książkę do „Kodu Leonarda Da Vinci”.

„Reguła czterech” ma oczywiście moim zdaniem wiele pozytywnych stron. Jednym z nich jest wątek tajemniczej księgi, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Doczytałam, że po debiucie tej książki, „Hypnerotomachiia Polifilia” została przetłumaczona na język angielski. Autorzy przyczynili się więc de facto do upowszechnienia wiedzy na jej temat. Jest to najbardziej tajemnicza księga jaka ukazała się w Europie w dobie renesansu. Jej egzemplarzy jest mniej niż Biblii Gutenberga. Pewnie wy też o tym nie wiedzieliście. Jeśli ktoś szerzej zainteresował się tematem tego dzieła, to odsyłam pod ten link: Gnosis.

Zagadki rozwiązywane przez bohaterów były również bardzo zajmujące. Akcja dość dynamiczna, dobrze zarysowane postacie. Książka wciągająca, chociaż zakończenie trochę rozczarowuje. Mimo wszystko polecam. Nie będzie to z pewnością stracony czas.




Ian Caldwell, Dustin Thomason

środa, 28 marca 2012

Michael Cunningham – "Godziny"



„Ale i tak pozostają godziny, prawda? Jedna, po niej druga, przechodzisz przez tę pierwszą, a zaraz o Boże, jest następna.”




Michael Cunningham to amerykański pisarz, który najbardziej polskim czytelnikom kojarzony jest właśnie z ww. powieścią. „Godziny” to książka, która powstała w 1998 r. Jest trzecią w dorobku autora.. Powieść ta uznawana jest za jego najlepsze dzieło, o czym świadczy wiele nagród m.in. nagroda Pulitzera.

„Godziny” to opowieść o jednym dniu z życia trzech kobiet, żyjących w różnych czasach.

W roku 1923 Virginia Woolf rozpoczyna pracę nad książką życia „Panią Dalloway”. Mieszka na przedmieściach Londynu wraz z mężem, którego nie kocha. Przebyta choroba psychiczna nadal odciska swoje piętno. Virginia nie czuję się szczęśliwa. Wie, że nie tak miało wyglądać jej życie. Uzmysławia sobie swoje skłonności homoseksualne. Wszystko to powoduje, że pisarka postanawia odebrać sobie życie.

Rok 1949 Laura Brown, matka małego synka Richiego, nosząca w sobie drugie dziecko, mająca kochanego męża, idealna pani domu. Jest molem książkowym. Przed szarą rzeczywistością ucieka w świat książek, w szczególności w świat „Pani Dalloway”. Zastanawia się, jakby to było odebrać sobie życie jak autorka książki. Laura nie jest szczęśliwa, życie które wybrała nie jest jej życiem. Po impulsywnym pocałunku przyjaciółki, ona również odkrywa prawdę, która w niej drzemie.

Clarissa Vaugham, to mieszkanka współczesnego Nowego Jorku, końca dwudziestego wieku. Od piętnastu lat trwa w związku homoseksualnym z inną kobietą. Ma zamiar wydać przyjęcie na cześć swojego przyjaciela - poety, dawnego kochanka, który jest gejem chorującym na AIDS. Zastanawia się ja potoczyłoby się jej życie gdyby związała się ze swoim przyjacielem, który nazywa ją Panią Dalloway, jak bohaterkę książki Virginii Woolf.
Wszystkie trzy postacie jak widać łączy książka „Pani Dalloway” oraz skłonności homoseksualne. Autor bardzo umiejętnie wprowadził biografię Virginii Woolf, angielskiej pisarki żyjącej na przełomie XIX i XX wieku. Co prawda nie czytałam jeszcze żadnej powieści Virginii ale sama jej postać nie jest mi obca. Virginia mieszkała pod Londynem z mężem Leonardem. Jej biografowie twierdzą, że pisarka była homoseksualistką, dlatego też nie była szczęśliwa w małżeństwie. W wieku 59 lat, napełniając kieszenie kamieniami rzuciła się do rzeki, blisko swojego domu. Pierwotnym tytułem „Pani Dalloway” - najsłynniejszego dzieła autorki miał być właśnie tytuł „Godziny”. Pewnie stąd Cunningham wziął tytuł do swojej książki. W powieści zauważyć można bardzo wyeksponowany wątek homoseksualny. Nie bez znaczenia zostaje fakt, że Cunningham jest gejem, stąd takie szerokie nawiązania do homoseksualizmu.

Pisarz świetnie połączył trzy historie. Potrafił umiejętnie wpleść trzy wątki w jedną całość. Bohaterki są bardzo realistyczne. Czytając ich historie, czułam się jakbym sama była Laurą czy Clarissą. „Godziny” to z pewnością studium psychologiczne kobiety. Wszystkie trzy zaplątane są w niewole upływających godzin. Wspominają w nich przeszłe bądź nigdy nie osiągalne szczęście.

Godziny płyną, czas mija. Jedna podobna do drugiej. Życie to wiele godzin, ciągle upływających. Od nas zależy jak je wykorzystamy.

Dzięki przeczytaniu „Godzin” mam zamiar zabrać się do książek Virginii Woolf. Tą pozycję polecam bez dwóch zdań.


Myślę, że obowiązkowo każdy kto przeczyta książkę powinien obejrzeć również film „Godziny” z 2002 r. w reżyserii Stephena Daldry'ego. Genialna obsada: Clarissa –Meryl Streep, Virginia – Nicole Kidman, Laura – Julianne Moore. Akcja dzieje się w trzech przedziałach czasowych 1941, 1951 i 2001. Jedyna różnica między książką a filmem to czas życia Clarissy. W książce jest to koniec XX wieku, w filmie rok 2002. Powiem wam, że kompletnie zaskoczyła mnie Nicole Kidman. Po pierwsze na początku jej po prostu nie poznałam, a po drugie jej rola Virginii to dla mnie mistrzostwo świata. Nie bez przyczyny dostała za tę rolę Oscara z 9 nominacji dla tego filmu. Prawie dwie godziny oglądania wciągnęły mnie bez reszty. Świetna muzyka, wprowadzająca nastrój i również dobre gry aktorskie pozostałych dwóch bohaterek. Ekranizacja jest po prostu jest świetna i tyle. Naprawdę warto obejrzeć po przeczytaniu książki. Balsam dla duszy. POLECAM


Michael Cunningham

niedziela, 25 marca 2012

Eric Jerome Dickey – "Przyjaciele i kochankowie"



„Mężczyźni są tacy zadziorni, zwłaszcza kiedy nie ma o co zadzierać. Gdyby zapytać braci, dlaczego poszli na wojnę, większość nie potrafiłaby udzielić odpowiedzi. Walczyli tylko po to, by walczyć.”




Eric Jerome Dickey to znany amerykański pisarz ale także komik, poeta i scenarzysta. W swojej twórczości skupia się przede wszystkim na życiu współczesnych Afroamerykanów, dlatego też postanowiłam przeczytać tę książkę. Byłam ciekawa jak autor przedstawi ich życie na tle współczesnej Ameryki.

Bohaterami powieści są dwaj przyjaciele i dwie przyjaciółki – Tyrel - dyrektor dobrze prosperującej firmy komputerowej, Leonard – komik, który znajduje się w swojej szczytowej formie, stewardesa Shelby oraz pielęgniarka Debra. Wszyscy czterej bohaterowie spotykają się ze sobą w pewnym momencie ich życia i tak właśnie zaczynają rodzić się między nimi uczucia miłości i przyjaźni. Debra i Leonard zakochują się w sobie i niedługo potem, zawierają małżeństwo by razem budować wspólną przyszłość. Tyrel i Shelby natomiast łączy bardziej skomplikowane uczucie. W pewnym momencie ich miłość zostaje wystawiona na ciężką próbę. Kochankowie rozstają się pod wpływem złości i wielkiego żalu. Dopiero wielka tragedia Leonarda i Debry powoduje, że zaczynają żałować uczucia, które utracili.

Czytając ten opis nie myślcie, że to zwykły romans obyczajowy. Owszem, książka ma w sobie elementy romansu, ale przede wszystkim to dogłębne studium ludzkiej psychiki. Poszczególne rozdziały opisywane są z perspektywy każdego z bohaterów. Czytelnik więc wie jakimi uczuciami kieruje się dana postać, i co tak naprawdę myśli i czuję, nie mówiąc tego wprost.

Muszę zaznaczyć, że ze wszystkich bohaterów bardzo irytowała mnie Shelby. Kompletnie nie rozumiałam tej postaci, jej zachowań i dziwnych decyzji. Za to Debra była mi bardzo bliska.

Nie jest to książka z dynamiczną akcją, szeroko wyeksponowanym wątkiem miłosnym czy mająca w sobie jakieś wielkie przesłanie. Opowiada historię przeciętnych ludzi, na tle przeciętnej scenerii. Ale może właśnie to jest jej zaletą. Poza tym pokazuje niezwykły klimat mniejszości Afroamerykanów. Do tej pory nie wiedziałam, że zwracają się oni zwrotem: „Siostro” czy „Bracie” do kompletnie nieznanych sobie ludzi. Szybko upłynął mi czas podczas tej lektury, chociaż nie było szału. Nie czytałam wcześniejszych książek tego autora, więc gdyby teraz wpadła mi w rękę jego kolejna pozycja to pewnie z chęcią bym ją przeczytała.

Podsumowując nie jest to książka, która powala na kolana, lecz ma w sobie coś, co może czytelnika zaciekawić. Polecam.



Eric Jerome Dickey

piątek, 23 marca 2012

Przechowywanie książek w trakcie przeprowadzki

Jestem obecnie w trakcie przeprowadzki. Wyobraźcie więc sobie moją konsternację przy pakowaniu książek, których mam naprawdę dosyć dużo. Przez długi czas zastanawiałam się jak spakować moją kolekcję, by książek nie uszkodzić i nie zniszczyć. Tym bardziej, że będę one leżeć nierozpakowane przez około trzy miesiące, gdyż tyle potrwa urządzanie i remont nowego mieszkania. Przyznam się szczerze, że miałam wielki problem.
Mój kocur pomagał mi jak mógł przy pakowaniu. :)
Nie wiem jak wy, ale ja dbam o swoje książki jak o skarby, każda ma swoją historię i na swój sposób duszę, dlatego jest to dla mnie bardzo istotna kwestia, by ich stan był jak najlepszy. Na szczęście znalazłam kilka cennych wskazówek (porad) dotyczących przechowywania książek. Te wskazówki właśnie uchroniły mnie przed wielkim błędem przy przechowywaniu mojego zbioru, o czym napomknę niżej. Może ktoś z was też ma taki problem i przyda mu się kilka cennych rad dotyczących tego tematu. Oto i one:

Miejsce przechowywania musi być przede wszystkim przewiewne. Nie można dopuścić do tego, aby nasze zbiory dopadła wilgoć. Trzeba jednak pamiętać, że wietrząc miejsce przechowywania książek, należy ograniczyć dopływ wilgotnego powietrza, gdyż to powoduje osadzanie się wilgoci na grzbietach woluminów i po prostu niszczy papier.

Z drugiej strony książek nie można trzymać zbyt blisko źródła ciepła i słońca. Wysuszają się wtedy, co może spowodować wyschnięcie kleju i rozklejenie się stron. Promienie UV natomiast mogą spowodować ich wypłowienie. W żadnym wypadku nie kładźcie książek na grzejniku!

Jeśli zrobicie tak jak ja tzn. spakujecie książki w kartonowe pudła ( to chyba najwygodniejsza forma ich przetrzymania w okresie przeprowadzki), nie okładajcie ich gazetą. Ja bym tak zrobiła przekonana, że jest to świetny pomysł. Okazuje się, że papier gazetowy ma odczyn kwaśny, co może spowodować, że okładki stracą kolory, a papier stanie się łamliwy i podatny na zniszczenia. Najlepszym materiałem jest tkanina bądź bibuła.

Przy okazji napiszę też parę zdań na temat trzymania książek po całym bólu przeprowadzki, bo ten temat też mnie osobiście dotyczy. Oto kilka wskazówek:

Większość z nas chyba wie, że książki powinny być przechowywane na stojąco. Ale ważne jest również to, że powinny być odpowiednio ściśnięte (ogranicza to dostęp tlenu). Rząd książek nie powinien być podparty inną książką, gdyż może się ona zniekształcić. Najlepiej użyć jakiejś podpórki. Natomiast opasłe tomy można kłaść na płasko, nie powinny się zniszczyć.

Najlepszym rozwiązaniem jest oszklona gablota, w której książki nie będą się tak bardzo kurzyć. Drewno jest chyba najlepszym naturalnym materiałem – służy książkom. Na jasnym drewnie nie widać tak kurzu dlatego taki kolor polecam. Drugą alternatywą jest regał kartonowo-gipsowy. Jego zaletą jest plastyczność, możemy utworzyć takie półki jakie chcemy, o różnych kształtach.

Przy sprzątaniu należy też pamiętać o naszych książkach. Niezbędna do tego jest miotełka z odpowiednio delikatnym włosem bądź sucha ściereczka. W żadnym wypadku nie czyście woluminów mokrą bądź wilgotną szmatką.


Źródło: http://mojeksiazki.republika.pl/intro.htm

Mam nadzieję, że ktoś z was Kochani mole książkowi, skorzysta z tych cennych rad. Ja przynajmniej jestem teraz spokojna o moją kolekcję. Brakuje mi tylko tej atmosfery mojego pokoju z półkami pełnymi książek, w którym uwielbiam czytać. Ale taki urok przeprowadzki. A może Wy znacie jakieś sprawdzone rady dotyczące przechowywania książek, o których nie mam pojęcia?

wtorek, 20 marca 2012

Kirył Bułyczow – "Miasto na górze"



„(...)nie wolno udostępniać wiedzy wszystkim. Wiedza wzbudza niepokój, niepokój z kolei rodzi wrogość i poczucie niezaspokojenia (...) Wiele się dowiedziałeś, ale twoja głowa nie była na to przygotowana. Wyobraziłeś sobie, że jesteś wszechwiedzący.”



Będąc u mojego chrzestnego (zapaleńca fantastyki), zauważyłam na półce ten znanie brzmiący tytuł. Pamiętam, że dawno temu już wpadła mi w rękę ta powieść. Postanowiłam więc odświeżyć nieco pamięć o niej.

Kirył Bułyczow (Igor Wsiewołodowicz Możejko) to rosyjski historyk i pisarz fantastyki naukowej, szerzej znany raczej starszemu pokoleniu czytelników. Myślę, że warto napisać parę zdań na temat pisarza i jego twórczości, gdyż jest klasykiem w swojej dziedzinie. Pseudonim autora pochodzi od imienia żony – Kira oraz od nazwiska panieńskiego matki – Bułyczow. Jest on najsławniejszym rosyjskim autorem fantastyki.

Powieść „Miasto na górze” paradoksalnie została po raz pierwszy opublikowana nie w Rosji, lecz właśnie w Polsce w 1983 r., ze względu na to, iż w ZSRR książka została umieszczona na indeksie ksiąg zakazanych. Pisarz nie mógł opublikować jej w swojej własnej ojczyźnie. Powód oczywiście jest jeden, a mianowicie kontekst polityczny. Zarówno ta powieść jak i inne jego utwory nawiązywały do sytuacji politycznej w ówczesnym Związku Radzieckim.

„Miasto na górze” opowiada o cywilizacji, która w wyniku wielkiej wojny zeszła pod ziemię, aby tam przetrwać. Z każdym pokoleniem zaciera się pamięć o życiu na górze, aby w końcu miasto na górze stało się mitem i legendą. W społeczeństwie tym władzę sprawuje bezwzględny dyktator oraz Rada Dyrektorów. Ludzie podzieleni są na czystych i brudnych. Większość mieszka w jaskiniach, w których panuje mrok i wszechobecna wilgoć. Przedstawicielem najniższej grupy społecznej jest rurarz Kroni, który należy do kasty brudnych. Kroni śni o mitycznym mieście na górze, o lepszym życiu. Wyrusza na poszukiwanie dowodów świadczących o istnieniu życia na powierzchni. Nie spodziewa się, że w wyniku jego ciekawości wybuchnie rewolucja, która odmieni życie ówczesnej podziemnej cywilizacji.

Wydaje mi się, że „Miasto na górze” jest trochę zapomnianą książką. A przecież dorównuje moim zdaniem takiemu kanonowi literatury światowej jak „Rok 1984” Orwella. Czytając powieść zauważyłam mnóstwo analogii to systemu komunistycznego, i nie wiedziałam wtedy, że autor rzeczywiście nawiązywał w swoich dziełach do rządów totalitarnych. Dopiero później czytając jego biografię, zdałam sobie sprawę, że to nie tylko moje wyobrażenia.

Abstrahując od politycznych przesłanek, „Miasto na górze” to bardzo dobra literatura fantastyczna. Świetnym i nowatorskim pomysłem było zasiedlenie ludzi pod ziemią. Cały aspekt społeczny i obyczajowy jest w niej świetnie wyeksponowany. Bohaterowie są wyraziści, akcja jest dynamiczna. Czyta się tą książkę z czystą przyjemnością. Ja dzięki tej powieści będę częściej odwiedzać wujka i wybierać książki z jego półki z literaturą fantastyczną.

Książkę możecie znaleźć w wielu aukcjach internetowych czy w antykwariatach po bardzo niskiej cenie, także polecam ją przeczytać. Nie chciałabym żeby ta książka została zapomniana przez czytelników.



Kirył Bułyczow

poniedziałek, 19 marca 2012

Konkurs recenzencki Warszawskiej Firmy Wydawniczej

Chciałabym was zachęcić do wzięcia udziału w konkursie recenzenckim Warszawskiej Firmy Wydawniczej:

Wielkimi krokami zbliżają się święta wielkanocne. Z tej okazji mamy dla Was opowiadanie Ewy Pałczyńskiej -Winek "Niedziela Wielkanocna" ze zbioru "Oskar w domu i przedszkolu", które zamieściliśmy tutaj: KONKURS

Jednocześnie zachęcamy do napisania krótkiej recenzji tego opowiadania. Autorzy trzech najlepszych opinii otrzymają jedną z książek Ewy Pałczyńskiej-Winek – "Oskar i reszta" lub "Oskar w domu i przedszkolu" (którą, to już będzie niespodzianka :) Recenzja powinna mieć do 600 znaków (włącznie ze spacjami).

Teksty prosimy przesyłać na adres konkurs@wfw.com.pl do 31 marca 2012 do godziny 23.59.

Życzymy inwencji i powodzenia! :)

Zapraszamy także na cykl spotkań z Ewą Pałczyńską-Winek, połączonych z konkursami, zabawami dla dzieci i pokazem „Jak powstaje książka?”
21.03.2012 godz. 9.30 Książnica Stargardzka
21.03.2012 godz. 12.00 przedszkole nr 4, Stargard
22.03.2012 godz. 10.00 przedszkole nr 2, Stargard
22.03.2012 godz. 12.00 przedszkole nr 3, Stargard
23.03.2012 godz. 10.00 przedszkole nr 1, Stargard
23.03.2012 godz. 12.00 przedszkole nr 5, Stargard
26.03.2012 godz. 9.30 przedszkole Stumilowy Las, Stargard
26.03.2012 godz. 13-16 księgarnia Zamkowa, Szczecin
04.04.2012 spotkanie autorskie w księgarni Zamkowej, Szczecin


Serdecznie was zapraszam do wzięcia udziału w konkursie. Ja na pewno skorzystam.


piątek, 16 marca 2012

Olga i Piotr Morawscy – "Od początku do końca"



”Spełniam moje marzenia, zmagając się z najwyższymi szczytami. Pasja, która pożera wszystko.”




Większość z nas ma jakąś pasję w swoim życiu. Dla jednych, takich jak ja będzie to czytanie książek w domowym zaciszu, a dla innych zdobywanie szczytów górskich. Taką osobą był właśnie Piotr Morawski, polski himalaista. Piotr zginął w 2009 r., podczas wyprawy na Dhaulagiri, gdy na wysokości 5760 m n. p. m. wpadł do 25 cm szczeliny. Tego szczytu nie zdobył. Osierocił dwójkę dzieci.

Książka „Od początku do końca” powstała już po śmierci Piotra. Pisana jest dwutorowo. Zapiski z pamiętników Piotra, które prowadził podczas swoich wypraw, przeplatają się ze wspomnieniami Olgi – jego żony. To właśnie ona znalazła dzienniki męża, które były prowadzone przede wszystkim dla niej. Mimo bólu i tęsknoty postanowiła wydać książkę, która utrwali pamięć o zmarłym ojcu i mężu.

Na łamach książki poznajemy Piotra, jego pragnienia i ambicje. Widzimy jego ciągłą walkę między pasją a miłością do rodziny. Na początku dzienników widać, że miłość między Olgą a Piotrem była gorączkowa i świeża. W miarę upływu lat, przeradza się w dojrzałe uczucie. Uczucie Olgi i Piotra przeszło swoistą ewolucję. Tylko nie wiem czy akurat w dobrym kierunku ta przemiana się dokonała.

Drugi głos w książce to wspomnienia Olgi. Na początku wyjazdów Piotra w góry, była duma i dużo cierpliwości. Z czasem, w szczególności, gdy pojawiło się pierwsze dziecko, Olga zaczęła przewartościowywać swoje życie. Wymagała tego samego od męża, dla którego całe życie pochłaniała jego pasja. Ona zawsze żyła obok, żyła życiem Piotra. Pojawiły się pierwsze żale i smutki.

Jestem pełna podziwu dla Olgi, że potrafiła się tak poświęcić dla męża. Nie miała praktycznie swojego życia. Potrafiła przez 3 miesiące siedzieć sama w domu z dziećmi, podczas gdy Piotr zdobywał kolejne góry. Nawet po jego śmierci, wydała książkę, by pozostał po nim jakiś ślad. Jest bardzo odważną kobietą.

„Od początku do końca” to opowieść o życiowej pasji i znalezieniu sposobu na życie. To również opowieść o trudnych wyborach i nieuniknionej śmierci. Polecam. Bardzo wzruszająca historia.

Dla zainteresowanych tematem, powstała również, wydana parę miesięcy wcześniej książka pt.: „Zostają góry”, która jest zbiorem opowiadań i wspomnień o Piotrze Morawskim. Warto przeczytać.

„Wierzę, że życie jest po to, żeby mieć marzenia. Wierzę, że warto próbować tych marzeń dotknąć, że warto spróbować marzenia zmienić w cele, i że cały czas warto marzyć dalej.” Olga Morawska


Olga Morawska


Piotr Morawski



Recenzja tygodnia (04.01.2016 r. - 10.01.2016 r.) na portalu

poniedziałek, 12 marca 2012

Carrie Karasyov – "Klub niewiernych żon"



„Nie jesteśmy martwe. Mamy emocje. Mamy potrzeby. A życie jest kurewsko krótkie, więc musimy te potrzeby zaspokajać. To wcale nie znaczy, że jesteśmy złe. Zasługujemy na coś dobrego.”



To trzecia książka, którą kupiłam w ramach odstresowania się czytając lekką literaturę dla kobiet (poza tym w Biedronce książka kosztowała jedynie 9,99 zł :) Polecam). Do jej kupna zachęciła mnie okładka i dosyć ciekawy tytuł. Poza tym nie czytałam żadnej wcześniejszej książki Carrie Karasyov, znanej autorki powieści dla kobiet, redaktor naczelnej rosyjskiej edycji magazynu Marie Claire.

„Klub niewiernych żon” to opowieść o czterech mężatkach, mieszkających w bogatej dzielnicy Los Angeles, które zawierają tajny pakt. Każda z nich składa zobowiązanie, że w ciągu najbliższego roku nawiąże romans z jakimkolwiek mężczyzną w celu urozmaicenia swojego obecnego życia. Tak właśnie powstaje tytułowy klub niewiernych żon. Żon, które nie czują się doceniane w obecnych związkach. Żon, które nie doceniają swoich mężów i obecnego życia.

„Przede wszystkim, czy monogamia jest rzeczywiście czymś naturalnym? Może to tylko mit stworzony przez społeczeństwo, by utrzymać ludzi w ryzach?”

Victoria, Helen, Leelee i Eliza to postacie, którymi chciałaby być chyba każda z nas. Są bogate, atrakcyjne, niczego im w życiu nie brakuje. Tak naprawdę to nuda i monotonia doprowadzają je do założenia klubu. Swoje problemy chcą rozwiązać zdradzając mężów, co oczywiście nie jest żadnym rozwiązaniem. Moim zdaniem bohaterki są wielkimi egoistkami, myślą tylko o sobie i swoich potrzebach. Mogę zaprezentować stwierdzenie, że są wielkimi snobkami.

„Kobiety pragną dwóch rzeczy: chcą, żeby facet był z początku łajdakiem, ale potem się dla nich zmienił. Nie ma nic bardziej seksownego, niż facet, który się dla ciebie zmienia.”

Wdrażając swoje postanowienia, bohaterki uświadamiają sobie, co jest dla nich najważniejsze i co mogą stracić, dopuszczając się zdrady. Zdają sobie sprawę, że nie tylko zawinili ich obecni partnerzy, ale również one nie są bez winy.

Jest to książka, która absolutnie wciąga czytelnika do ostatniej strony. Mimo tego, że bohaterki są moim zdaniem płytkie, wzbudzają sympatię. Pojawia się zdrada, ukrywane tajemnice i morderstwo. Połączenie wszystkich tych trzech rzeczy, daje niezły wynik. A zakończenie odkrywa nieznane karty w tej grze.

Książka jak dla mnie rewelacyjna. Właśnie tego spodziewam się po dobrej powieści dla kobiet, która pozwala na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości.

„Życie to nie bajka. Nie ma żadnych „żyli razem długo i szczęśliwie”. Nie ma książąt.”


W 2006 r. powstał film pod tym samym tytułem „Klub niewiernych żon”. Pokazuje historię trzech kobiet, które pod wpływem swojej terapeutki, zaczynają zdradzać mężów aby ożywić chłodne małżeństwa. Gdy terapeutka zostaje zamordowana, zaczyna się walka z nieznanym mordercą. Główny motyw książki jest zachowany, reszta natomiast to coś zgoła zupełnie odmiennego. Film kiepski, mało dynamiczna akcja. Spodziewałam się czegoś lepszego. Do tej pory nie wiem czy książka powstała pod wpływem filmu, czy było na odwrót. Nie mogę znaleźć żadnej informacji na ten temat. A może książka nie ma nic wspólnego z filmem oprócz tytułu? Może ktoś z was wie?

Polecam książkę. Film można sobie odpuścić.





Carrie Karasyov 



Recenzja tygodnia (19.02.2013 r. - 25.02.2013 r.) na portalu:

sobota, 10 marca 2012

Shari Low – "Cała nowa ja"




„Mężczyźni przestają być jedynie częścią otoczenia, a stają się sensem istnienia.”



Ostatnio jestem nastawiona na lekką literaturę dla kobiet, pewnie przez przesyt ambitniejszych książek, o których się myśli zbyt długo po przeczytaniu. Dlatego sięgnęłam i po tę pozycję.

„Cała nowa ja” to historia singielki Leni, która w noc Sylwestrową postanawia w nadchodzącym nowym roku odmienić swoje życie. Pierwszym krokiem jest zmiana pracy. Z nudnej sprzedawczyni sprzętu sanitarnego, bohaterka zostaje osobistą asystentką nieprzewidywalnej, telewizyjnej astrolożki – Zary Delty. Leni wkracza w świat celebrytów, telewizji i wielkich intryg. Nie spodziewa się co przyszła szefowa dla niej zgotuje. Głównym zadaniem Leni jako asystentki będzie bowiem dwanaście randek z mężczyznami, spod różnych znaków zodiaku. Doświadczenia z tych spotkań mają posłużyć Zarze jako materiał do książki.

Większą część powieści stanowią więc opisy spotkań z przeróżnymi osobnikami płci męskiej. Jest przemiły makler giełdowy, maniak komputerowy, dealer narkotyków czy niedoszły gwiazdor muzyki. Leni z każdej randki wyciąga nowe wnioski jak również wplątuje się w skomplikowane, czasem niebezpieczne historie. W tym trudnym zadaniu wspomagają ją przyjaciółka Trish (bufetowa cateringu w telewizji) oraz przyjaciel Stu – uroczy fryzjer- hipochondryk.

Książka na pewno napisana jest lekkim, zabawnym stylem. Ale nie zachwyciła mnie jakoś specjalnie. Z jednej strony bardzo bliska była mi sama bohaterka – nie lubiła ryzyka, lecz ceniła sobie spokój i bezpieczeństwo. Zupełnie jak ja. I to jest jedyna cecha, którą postrzegam pozytywnie.

Powieść po prostu nie przypadła mi do gustu. Co oczywiście nie oznacza, że komuś innemu nie może wydać się interesująca. Na pewno zaskoczyło mnie zakończenie powieści, tutaj chylę czoła autorce za pomysł. Z pewnością jest to pozycja z typu literatury na obcasach. Przypomina trochę „Dziennik Bridget Jones”. Mnie jednakowoż nie zachwyciła. Jest po prostu przeciętna, czegoś w niej zabrakło.

Shari Low

poniedziałek, 5 marca 2012

Carole Matthews – "Z Tobą lub bez Ciebie"




„Kobiety mogą sądzić, że panuje równouprawnienie, ale jedyne, co możemy, to kląć, upijać się do nieprzytomności, uprawiać seks z byle kim, pracować od świtu do nocy za małe pieniądze i rodzić dzieci poczęte ze spermy dowolnego dawcy.”



Carole Matthews, pisarka znana na świecie z książek przeznaczonych w szczególności dla kobiet. W USA jej powieści znalazły się na listach bestsellerów „New York Times” czy „Sunday Times”. I pomyśleć, że autorka zanim zaczęła pisać, pracowała jako sekretarka czy terapeutka oraz jako sprzedawca lodów. Nie czytałam innych książek autorki i z pewnością to zmienię w najbliższej przyszłości.

Jake i Lyssa tworzą wydawałoby się udany związek od czterech lat. Są właścicielami pięknego domu, mają dobrze płatne prace. Do szczęścia brakuje im jedynie wyczekiwanego dziecka. Dziecka, o które starają się od dłuższego czasu. Bez powodzenia. Po czwartej z kolei próbie zapłodnienia in vitro, Jake postanawia się nagle wyprowadzić z domu pod pretekstem odpoczynku od Lyssy na jakiś czas. Bohaterka nie rozumie motywów ukochanego, który zostawia ją w tak ciężkim momencie. Lyssa nie domyśla się, że za nagłym odejściem mężczyzny, kryje się inna kobieta. Bohaterka mimo wszystkich przeciwności, postanawia wyruszyć na trekking do Nepalu. Ta podróż odmienia jej życie.

Muszę przyznać, że książka autentycznie mnie wciągnęła. Na pewno przyczynił się do tego lekki styl pisarki opatrzony dużą dawką humoru. Fabuła była naprawdę bardzo dobrze skonstruowana. Oprócz głównych bohaterów Jake i Lyssy, poznajemy też perypetie życiowe siostry Lyssy oraz przyjaciela Jake.

Jestem pełna podziwu, że Lyssa postanowiła tak odmienić swoje życie. Postawiła wszystko na jedną kartę i wygrała. Sama często chciałabym rzucić wszystko i wyjechać daleko stąd, gdzie mnie nikt nie znajdzie. Może i ja potrafiłabym żyć bez suszarki do włosów czy kosmetyków. Być może dlatego jej historia bardzo mi się podobała.

Jeśli macie ochotę na tę książkę, to nie zastanawiajcie się nad jej kupnem, tylko biegnijcie do księgarni. Powieść jest idealna na zimowe wieczory. Polecam z pełną odpowiedzialnością. A Carole Matthews od tej chwili została wpisana na moją listę ulubionych pisarek literatury dla kobiet.

„Tylko, z drugiej strony, ilu z nas może sobie pozwolić na wycofanie się z życia, by przemyśleć, co tak naprawdę chcielibyśmy robić? Większość ludzi za bardzo się stara, chcąc przetrwać każdy kolejny dzień, by zastanawiać się, czy siedzenie w biurze i przekładanie papierów, które pozwala spłacić gigantyczny kredyt hipoteczny, jest wymarzonym sposobem spędzania czasu.”



Carole Matthews

czwartek, 1 marca 2012

Ireneusz Gębski – "W cieniu Sheratona"



„Niemal wszyscy chyba wiedzą, że prawdziwe życie nie opiera się jedynie na jasnych i czytelnych regułach. W każdej dziedzinie wiele zależy od różnych zakulisowych działań.”



Po lekturze „Spowiedzi bezrobotnego”, czas na drugą książkę Pana Ireneusza Gębskiego. O tej pozycji dowiedziałam się od samego autora. Cieszę się, że udało się panu Irkowi wydać kolejną książkę.

„W cieniu Sheratona” to krótki wycinek z życia polskich emigrantów mieszkających w Anglii. Jurek - rozwodnik i ojciec nastolatki, pracujący na zmywaku w hotelu Sheraton, próbuje się odnaleźć na emigracji. Ewelina – świeżo upieczona absolwentka biologii, wyjeżdża do Anglii po porzuceniu przez narzeczonego oraz z braku perspektyw płacowych. Rafał i Ania – para z kilkuletnim stażem w związku w którym zaczyna się coś psuć. Wszyscy opisani wyżej bohaterowie pracują w nadmorskim kurorcie - hotelu Sheraton. Pomiędzy Jurkiem i Eweliną, pomimo znaczącej różnicy wieku zaczyna rodzić się uczucie. Jednocześnie związek Ani i Rafała jest pełen napięć oraz żalów.

Perypetie miłosne bohaterów, przeplatają się z perspektywą stosunków panujących w pracy. Czytelnik widzi, jak naprawdę wygląda życie i praca na obczyźnie, często wśród niezbyt przychylnie nastawionych ludzi wokół. Emigracja zarobkowa do Anglii obecnie dotyczy wielu osób. Nie ma chyba rodziny w której ktoś nie wyjechałby do tego kraju. Autor pokazuje realistyczny obraz życia w UK. Życia, które nie jest kolorowe i usłane różami jak wielu sądzi. Bardzo często jest tam bardzo trudno, a zarobki wcale nie są takie duże.

Pan Irek świetnie moim zdaniem ukazał naszą polską cechę narodową, z której nie powinniśmy być dumni. Chodzi mianowicie o chwalenie się swoim majątkiem oraz stwarzanie pozorów bogactwa. Stawanie swoim samochodem pod polskim kościołem w Anglii w niedzielę, jest doskonałym pretekstem do pochwalenia się swoją własnością. Śmieszne jednakowoż jest to smutna prawda o nas.

Autor również umiejętnie wprowadził rzeczywistą postać ze swojej wcześniejszej książki „Spowiedź bezrobotnego”. Chodzi mianowicie o Berniego. W Sheratonie jest swoistym symbolem cwaniactwa i manipulacji. Brawa dla autora za tak zręczne wprowadzenie tej postaci do książki.

Domyślam się, po lekturze wcześniejszej pozycji, że pomysł na książkę powstał pod wpływem osobistych doświadczeń autora. Dlatego pewnie, życie emigrantów nakreślone jest tak realistycznie.

Książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, lektura na jeden wieczór. Pozwala na chwilę wczuć się w sytuację bohaterów, podejmujących życiowe decyzje. Być może Pan Irek szykuje kolejną książkę z dalszymi losami czwórki naszych rodaków. Z chęcią dowiedziałabym się jak potoczyły się ich dalsze perypetie.

Polecam przeczytać, w szczególności dla tych, którzy sądzą, że życie na emigracji to raj na ziemi. Naprawdę warto.


Ireneusz Gębski



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Warszawska Firma Wydawnicza