poniedziałek, 27 lutego 2012

Anna Frank – "Dziennik Anny Frank"



„(…) Wierzę, że ludzie są dobrzy.”




Dzisiaj będzie wyjątkowo długo i obszernie. Usiądźcie więc wygodnie w fotelu….

W dniu swoich trzynastych urodzin (1942 rok), Anna Frank, żydówka mieszkająca z rodzicami oraz siostrą w Holandii, otrzymuje w prezencie zeszyt. Postanawia prowadzić swój osobisty pamiętnik, nie spodziewając się, że w ciągu następnych dwóch lat, będzie on jej jedynym powiernikiem.

Po trzech tygodniach rodzina Franków (Otto – ojciec, Edith – matka i Margot – siostra) wraz z Anną uciekają do miejsca, które ma zapewnić im bezpieczeństwo. Tym miejscem jest sekretna Oficyna, znajdująca się w biurze, w którym na co dzień pracują ludzie. Miejsce, o którym wiedzą tylko wtajemniczeni w schronienie przyjaciele rodziny. Wraz z rodziną Franków, do Oficyny wprowadzają się państwo van Pels z synem oraz w późniejszym okresie Albert Dussel.

Osiem osób, żyje w zamknięciu przez ponad dwa lata wojny ( od 8 lipca 1942 r. do 4 sierpnia 1944 r.). Przez dwa lata Anna, jej rodzina i pozostali mieszkańcy, nie wychodzą na zewnątrz. Ich oknem na świat jest radio i garstka przyjaciół, którzy zapewniają żywność i podstawowe potrzeby mieszkańców. Anna, spisuje w swoim pamiętniku wspomnienia oraz przemyślenia, dotyczące życia i stosunków międzyludzkich. Widzimy jej nie najlepsze relacje z matką, nabieranie pokory do życia oraz swoistą przemianę z dziecka w kobietę. Widzimy również, jak wspólne mieszkanie wpływa negatywnie na ludzi, którzy codziennie muszę się znosić. Ludzi, którzy nie mają prywatności. Ludzi, którzy żyją w ciągłym strachu przez obozami koncentracyjnymi i śmiercią z rąk hitlerowców.

„Wyjść stąd, wyjść stąd! – Krzyczy coś we mnie. – Tęskno mi za powietrzem, za śmiechem!”

Anna doskonale ukazuje ludzką psychikę, jej zapiski pokazują dramatyczność sytuacji w jakiej się znaleźli napiętnowani żydzi. Ekstremalne warunki egzystencji, niepewność jutra, to powoduje w tych ludziach agresję i niezrozumienie. Zresztą nie ma się czemu dziwić ich frustracji i poczuciu zagrożenia.

Dla czytelników, którzy sądzą, że otrzymają kolejną dozę typowej literatury wojennej, ta pozycja będzie sporym rozczarowaniem. Wbrew pozorom, nawiązania Anny do wojny są naprawdę znikome w porównaniu do jej wewnętrznego życia, jej planów na przyszłość i rodzącej się miłości, opisanych na łamach pamiętnika. Nie jest to z pewnością lektura dotykająca w oczywisty sposób temat holocaustu. Spodziewałam się właśnie większej ilości odwołań do wojny, tematu zagłady Żydów a dostałam całkowicie coś innego.

„Pieniądze, poważanie – to wszystko możesz utracić, ale szczęście, które mieszka w twoim sercu, może najwyżej czasem zblednąć, lecz, dopóki żyjesz, wciąż na nowo będzie cię uszczęśliwiać.”

Nie wyobrażam sobie przeżycia nawet miesiąca w tak ciasnej przestrzeni, z tyloma różnymi osobowościami, z ciągłą groźbą odkrycia przez oprawców. Trudno określić postać Anny, z pewnością wzruszające są jej marzenia i plany dotyczące przyszłości. Plany, które nigdy się nie ziściły.

Ostatni wpis Anny nosi datę 1 sierpnia 1944 r. W Posłowiu dowiadujemy się o tragedii, która wydarzyła się trzy dni później - 4 sierpnia 1944 r. Wówczas właśnie gestapo wtargnęło do Oficyny…

Książka mnie nie rozczarowała, po prostu była inna niż moje wyobrażenia. Myślę, że Anna Frank jest symbolem niezawinionych śmierci, jakich były miliony w czasie II wojny światowej. Śmierci młodych ludzi, często jeszcze dzieci, którzy mieli plany oraz marzenia, a którym nie było dane ich zrealizować. Jak dla mnie jest to książka nie podlegająca jakiejkolwiek ocenie. Książka, po którą powinni sięgać młodzi ludzie aby uświadomić sobie niewyobrażalny kataklizm tamtych złych czasów. Przecież każdy z nas mógłby być Anną.

Doczytałam, że Dziennik Anny Frank został przetłumaczony na kilkanaście języków, osiągnął wielomilionowe nakłady. Po części więc spełniło się marzenie bohaterki o wydaniu pamiętnika. W Amsterdamie możemy znaleźć muzeum poświęcone Annie, w sieci jest mnóstwo zdjęć ukazujących budynek, w którym ukrywała się rodzina Franków jak również same zdjęcia Anny Frank. Co ciekawe UNESCO wpisało jej pamiętnik w rejestr dokumentów, które mają nadzwyczajną wartość dla świata. Uważam, że naprawdę warto poznać jej historię.

„Wszyscy żyjemy, ale nie wiemy ani po co, ani dlaczego. Każdy dąży do szczęścia, każdy żyje inaczej, a jednak tak samo.”

Dziennik Anny Frank został po raz pierwszy opublikowany 1947 r. przez ojca autorki – Otto Franka, a w miejscu gdzie ukrywali się przez dwa lata, powstało muzeum upamiętniające ich dzieje. Ciekawostką jest to, że Międzynarodowa Unia Astronomiczna nazwała jedną z planetoid imieniem Anny Frank jak również krater na planecie Wenus nosi nazwę Frank. Ciekawe jest również to, że do dzisiejszego dnia kwestionowana jest autentyczność samego Pamiętnika. W jego prawdziwość nie wierzą neonaziści, podając wiele argumentów. Zainteresował mnie ten temat, więc podam główne nieścisłości dla zainteresowanych tematem:

- Karl Silberbauer – ówczesny oficer policji, który dokonał aresztowania wraz z innymi oficerami, zeznał, iż w domu, w którym ukrywała się rodzina Franków, nie było żadnego pamiętnika ani żadnych kartek leżących na ziemi. Podobno do tego mieszkania policja powracała aż trzy razy. Karl Silberbauer stwierdził, że pamiętnik nie jest autentyczny.
- Ekspertyza Biura Śledczego w Niemczech wykazała, że część Dziennika tzn. IV tom został napisany za pomocą długopisu. A długopis wynaleziono dopiero po 1951 r.
- Ojciec Anny, przyznał, że sam pamiętnik jest taśmoskryptem, a więc w formie papierowej nigdy nie istniał.
- W Dzienniku można wyróżnić kilka stylów pisania, które znacznie różnią się między sobą.
- Mieszkanie, w którym ukrywali się Anna i jej rodzina, jest widoczne z 200 okien. Czy udało im się pozostać niewidocznymi przez tyle miesięcy?
- Wskazuje się wiele sytuacji opisanych w Pamiętniku, które wydają się ze sobą sprzeczne i niezgodne z rzeczywistością.

To tylko nieliczne zastrzeżenia jakie udało mi się odnaleźć. Nie mam zdania na ten temat, gdyż musiałabym spędzić wiele czasu na głębszą analizę tematu. Z pewnością istotne jest to, że holenderski sąd zabronił kwestionowania prawdziwości zapisków Anny Frank. I trzymajmy się tego wyroku.

Pierwsza ekranizacja Dziennika Anny Frank powstała w 1959 r. Była to adaptacja sztuki teatralnej pod tym samym tytułem, której nie udało mi się niestety obejrzeć. Rolę Anny Frank zagrała Millie Perkins, ówczesna modelka. Film czarno-biały, trwający 180 minut, przypadł mi do gustu. Reżyser stworzył klimat adekwatny do czasów w jakich rozgrywa się dramat bohaterów. Najbardziej autentyczna postać z tego filmu to Otto Frank – zagrany przez Josepha Schildkrauta. Film otrzymał trzy Oscary z ośmiu nominacji. Ciekawostką jest to, że w początkowej wersji na końcu filmu ukazana jest Anna w Auschwitz. Ze względu jednak na nieprzychylne przyjęcie przez publiczność, została ona zmieniona. Myślę, że to błąd. Taka scena jeszcze bardziej pobudzałaby widza do refleksji. Film warty polecenia chociażby ze względu na kontekst historyczny w jakim jest obsadzony.

Oprócz wyżej wymienionego filmu, powstał również kolejny w 1980 r. oraz dwa miniseriale z roku 1988 i 2001. Istnieją również filmy dokumentalne na ten temat.

Nie będę się już więcej rozpisywać. Po prostu polecam wam wszystkim zapoznać się z historią Anny Frank.

Anna Frank

piątek, 24 lutego 2012

Stosikowo :)

Muszę się wam pochwalić moimi nowymi nabytkami książkowymi. Stwierdziłam, że jestem jednak bardzo uzależniona od nie tylko czytania książek ale również od ich kupowania. I nic nie jest w stanie mi przeszkodzić w zakupie nowej pozycji. Nawet to, że jestem w trakcie przeprowadzki i książki upycham gdzie się da, co oznacza, że leżą dosłownie wszędzie.
Pokazane na zdjęciu, to zebrane książki w ciągu tego tygodnia. I uwierzcie mi, że i tak się ograniczyłam :)

Kupione pozycje:
1. C. Karasyov - "Klub niewiernych żon"
2. E. J. Dickey - "Przyjaciele i kochankowie"
3. Olga i Piotr Morawscy - "Od początku do końca"

A te otrzymałam od gratowiczów z portalu gratyzchaty.pl:
1. James Patterson - "Rejs"
2. Lewis Perdue - "Tesla Promienie śmierci"
3. Hanna Ożogowska - "Chłopak na opak"
4. A. Vogel, H.E. Schneider - "Rady dla miłośników kotów"

Teraz to będę miała zaległości w czytaniu. Coraz większe stosy książek u mnie w domu, a czasu na czytanie brak. Czy wy też tak macie?

poniedziałek, 20 lutego 2012

Elena Kolina – "Dziennik nowej Rosjanki czyli…"




”Od dawna podejrzewałam, że wszystkie te historie o gorzkim życiu samotnych, zapłakanych kobiet są mocno przesadzone. Nie jest ważne, czy masz męża, ważne, czy masz własne życie.”



Nie miałam do tej pory styczności ze współczesną powieścią rosyjską dla kobiet, dlatego byłam bardzo ciekawa jak wypadnie lektura nazwana rosyjskim odpowiednikiem „Dziennik Bridget Jones”. Niestety bardzo się zawiodłam.

Nowa Rosjanka to rozwiedziona pani doktor, grubo po trzydziestce, która wykłada psychologię na wyższej uczelni. Po pracy samotnie wychowuje piętnastoletnią córkę Murę i boryka się z problemami natury materialnej. Poznajemy ją w trakcie romansu z żonatym mężczyzną. Bohaterka posiada wiele (dokładnie pięć) oddanych sercem przyjaciółek, matkę która ciągle ją poucza oraz byłego męża i jego żonę, z którą utrzymuje bardzo zażyłe stosunki. Cały dziennik skupia się na jej przemyśleniach dotyczących facetów, wymyślaniu durnych teorii o życiu oraz kompromitowaniu się w wielu sytuacjach.

Nie wyobrażam sobie aby taka osoba w ogóle mógła być wykładowcą. Bohaterka kompletnie nie reprezentowała poziomu, jaki powinien posiadać nauczyciel młodego pokolenia. W wielu sytuacjach wręcz kompromitowała się i wcale nie było to śmieszne, przynajmniej dla mnie. W zamierzeniu autorki może miało takie być, nie udało się to jednak. Wiele wydarzeń opisanych w Dzienniku wydało się mało prawdopodobnymi, dlatego trudno było mi dobrnąć do końca tej książki. Przeczytałam ją od deski do deski z czystej przyzwoitości.

Jedyny pozytyw jaki zauważyłam to obraz współczesnego Petersburga i generalnie Rosji, w której tak naprawdę nie ma klasy średniej. Są jedynie milionerzy i biedacy. I pewne nawiązania do obecnej sytuacji politycznej tego kraju też podniosły jej wartość. I jeden dobry cytat:

„Dla mnie nie czytać to to samo co nie jeść, nie pić i w ogóle nie żyć.”

Spodziewałam się ciekawej historii, opatrzonej humorem, na tle współczesnego, wielkiego miasta w Rosji. Otrzymałam jeden wielki bełkot, opatrzony brakiem humoru. Nie polecam. To tylko strata czasu. Nawet jak na lekką literaturę kobiecą, książka jest za słaba.


Elena Kolina

piątek, 17 lutego 2012

Grażyna Plebanek – "Dziewczyny z Portofino"



„Walczył o prawdę, o wielką prawdę. Ale małej się bał. Myślisz, że istnieje na świecie mała prawda, Hanka? I że warto o nią walczyć?”



Cztery główne bohaterki, dziewczyny z ulicy Portofino – Agnieszka, Mania, Hanka i Beata. Poznajemy je podczas wprowadzania się na blokowisko w Warszawie w latach 70. Bohaterki pochodzą z różnych środowisk społecznych. Agnieszka to córka lekarza, który wychowuje ją samotnie bez matki. Rodzice Manii są alkoholikami, często chodzi głodna. Hanka doświadcza przemocy domowej w postaci maltretowania jej matki przez własnego ojca. Natomiast Beata dojrzewa w cieniu ojca opozycjonisty zdradzającego własną żonę.

Dziewczyny dorastają na blokowisku, mimo różnych pozycji społecznych przyjaźnią się. Razem przeżywają pierwsze miłości, rozczarowania i trudne wybory. Mimo tego, że każda z nich kroczy własną ścieżką, nie pozostają wobec siebie obojętne. Do tego wszystkiego przeplata się tajemnica, którą ukrywa ojciec Agnieszki. Tajemnica, która będzie miała wpływ na życie wszystkich czterech przyjaciółek.

Wielką zaletą książki i to co najbardziej mi się podobało to świetnie ukazany klimat schyłku PRL-u. Aspekt społeczno-obyczajowy i polityczny przeplata się z historią bohaterek. Nie jest on nadmiernie wyeksponowany, ale cały czas widoczny. Z pewnością dla pokolenia lat 70, książka jest idealnym pretekstem do powspominania czasów młodości. Robienie „widoczków” czy granie w gumę, to tylko niektóre symbole dzieciństwa PRL-u. Dla młodszych czytelników, to świetna okazja dowiedzenia się jak żyła ówczesna młodzież, tak różna od tej dzisiejszej.

Bohaterki są bardzo realistyczne, bardzo prawdziwe ze swoimi zaletami i wadami. Nie ma tutaj upiększania i pomijania niewygodnej prawdy. Przerwanie ciąży, seks z nieznajomym, pójście do zawodówki, nie dostanie się na studia – samo życie. Czytelnik obserwuje od wczesnego dzieciństwa dojrzewanie przyjaciółek. Autorka kończy ich historię, gdy mają po dwadzieścia kilka lat, już w wolnej Polsce po upadku komunizmu. Przekrój czasowy jest więc spory.

Jedyne co mnie trochę drażniło to fragmenty pisane kursywą - wycinki z teraźniejszości. Czasami można było się pogubić. Uważam, że jest to zbędne. Książka godna polecenia dla osoby w każdym wieku. Myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie, coś co skłoni nas do chwilowej refleksji. Na mnie zrobiła duże wrażenie mimo, że nie jestem pokoleniem opisanym w książce.

A ciekawostką jest to, że Grażyna Plebanek to pseudonim artystyczny pisarki:

„Plebanek to moje terytorium pisarskie w sensie symbolicznym. Pochodzi od nazwy lasu, który odziedziczyłam po babci. Teraz już tak się ze mną skleiło, że nawet znajomi kojarzą mnie bardziej jako Grażynę Plebanek niż wiążą z nazwiskiem, które mam w dowodzie.”
(http://www.grazynaplebanek.pl/wywiady.php?id=8)

Miałam wielkie oczekiwania w stosunku do tej powieści. Nie zawiodłam się w żadnym aspekcie. Na pewno przeczytam kolejne książki Grażyny Plebanek, gdyż naprawdę warto.


Grażyna Plebanek

wtorek, 14 lutego 2012

Karen Blixen –"Pożegnanie z Afryką"




„Afryka uczy nas tego, że Bog i Szatan są jednym, majestat obu jest równie odwieczny, nie ma dwu nie mających początku, lecz jest jeden tylko…”





Od dawna byłam bardzo ciekawa tej książki. Książki, o której słyszałam od wielu lat a nigdy nie miałam okazji jej przeczytać. Książki, którą postrzegałam przez pryzmat filmu. I okazało się, że niesłusznie.

Karen Blixen, duńska arystokratka, wydała „Pożegnanie z Afryką” w 1937 r. pod pseudonimem Isak Dinesen. Po wielkim sukcesie książki, odkryto, że pod tym nazwiskiem kryje się kobieta. Dlaczego akurat taki pseudonim? "Dinesen to moje nazwisko panieńskie, a Isak znaczy – ten który się śmieje" – odpowiadała Karen. Pisarka wyszła za mąż za szwedzkiego barona w 1916 r. i wówczas właśnie przeprowadziła się do Kenii. Tam nastąpiła separacja i rozwód w wyniku czego baronowa sama prowadziła plantację kawy przez 10 lat. To właśnie z tego okresu pochodzą jej zapiski znane wszystkim jako „Pożegnanie z Afryką”. Jest to moim zdaniem po części powieść autobiograficzna.

Książka przedstawiona jest czytelnikowi w formie dziennika, w którym zapisane są luźne przemyślenia autorki i wiele wspomnień z jej pobytu w Afryce. Karen odsłania nam stosunki jakie wiążą ją z tubylcami, ich zwyczaje i przekonania. Z drugiej strony pokazuje nam świat białych ludzi, kolonizatorów, którzy w większości uważają się za lepszych od rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Obydwa światy przeplatają się ze sobą, prowadząc do nieprzewidywalnych zdarzeń. Oprócz tego występują piękne opisy przyrody i pracy na plantacji kawy. A także stosunki z nowo poznanymi przyjaciółmi m. in Denysem i Berkeleyem.

„Biały człowiek, chcąc komuś powiedzieć coś miłego, napisałby: ”Nigdy cię nie zapomnę”. Mieszkaniec Afryki mówi: ”Nie wyobrażamy sobie, abyś mógł o nas kiedykolwiek zapomnieć.”

Sama bohaterka jest dla mnie wyjątkową postacią mimo wielu skrajności, jakie zauważyłam w jej osobie. Myślę, że Afryka stanowiła dla Karen, pewien rodzaj ucieczki przed światem cywilizowanym. I ta ucieczka wyszła jej na dobre. Jestem pełna podziwu dla niej za brak tchórzostwa bądź jak kto woli za przeciwstawienie się strachowi. Pisarka w Afryce oprócz pracy na plantacji kawy polowała na lwy, jeździła na safari a także latała samolotem. W tamtych czasach kobieta, która zajmowała się takimi rzeczami nie mogła zostać niezauważona. Ale widać też pewną skrajność w jej poglądach. Baronowa nie rozumiała stosunku tubylców do zwierząt czy wywożenia żyraf do europejskich zoo. A sama przecież zajmowała się polowaniem. Polowaniem bez żadnej określonej przyczyny. Po prostu dla zabawy. Jakoś nie mogę tego pojąć. Ale trzeba przyznać, że tym bardziej Karen stała się dla mnie bardziej ludzka, ze swoimi słabościami i wadami.

W książce nie znajdziemy wątku miłosnego. O swoim mężu pisarka wspomina tylko raz pod koniec książki. Gdybym nie przeczytała jej życiorysu, nie wiedziałabym nic o jej życiu prywatnym. Co więcej, Karen swoją osobę odsuwa na dalszy plan. Najważniejsza jest Afryka. Nie dowiemy się z kart książki o jej romansie z Denysem.

Muszę przyznać, że spodziewałam się zupełnie czegoś innego po tej książce. Ale to nie znaczy, że mnie rozczarowała. Nie ma w niej wartkiej akcji ani wielkich przygód. Dla niektórych ta powieść może wydawać się nudna i bez życia. Dla mnie nieocenione okazały się plastycznie ukazane opisy życia w Afryce. Oczywiście, nie wszystko przypadło mi do gustu. W niektórych momentach byłam bardzo zaciekawiona np. podczas opisu znaczenia kobiet wśród plemion afrykańskich. Czasami zwyczajnie się nudziłam, w szczególności podczas zbyt długich opisów przyrody. Czasami też uśmiałam się z filozofii tubylców. Z pewnością styl pisania autorki jest godny podziwu. Bardzo lekki i barwny.

Naszła mnie też taka myśl, że w tej książce został uchwycony obraz Afryki, której już nigdy nie będzie nam dane zobaczyć. Z pewnością przez tyle lat, wiele się tam zmieniło. Tamtej Afryki już nie ma. I to jest wielkim plusem książki jak również zachętą do jej przeczytania.

Polecam, nawet dla osób, które nie lubią zbyt dużej ilości opisów. To dzieło po prostu warto znać.

„Pożegnanie niesie ze sobą dziwne uczucie. Jest nim zawiść. Mężczyźni odchodzą, by sprawdzić swoją odwagę, ale największą próbą, jest próba cierpliwości. Cierpliwości do obywania się bez kogoś.”


Wspominałam na początku o filmie „Pożegnanie z Afryką” (1985 r.) w reżyserii Sydney Pollacka. Rolę Karen zagrała w nim Meryl Streep, natomiast osławiony amant tamtych czasów Robert Redford – zagrała Denysa. Film zdobył aż siedem Oscarów, czemu osobiście wcale się nie dziwię. Jeśli ktoś spodziewa się wiernej kopii książki, to może poczuć się zawiedziony. Na pierwszy plan w filmie wysuwa się bowiem wątek miłosny Karen i Denysa. To powoduje wielką różnicę między książką a filmem. Ciekawostką jest to, że początkowo rolę Karen miała zagrać Audrey Hepburn, a replika domu głównej bohaterki powstawała przez cały rok. Natomiast lwy ukazane w filmie ściągnięto aż z Kalifornii. Premiera filmu miała miejsce w 100-lecie urodzin pisarki. Mnie osobiście bardzo się spodobał. Jest jakby dopełnieniem książki. Z tym, że polecam najpierw przeczytać książkę a później obejrzeć film.

Warto znać historię Karen Blixen. Historię, która urzekła już niejedno pokolenie.

Karen Blixen

sobota, 11 lutego 2012

Krystyna Kofta – "Sekretny dziennik Melanii R"



„…jestem dziwadłem. Żyję w nierealnym świecie. Odkładam prawdziwe życie na później. Ale czy ci, co żyją w parach i w stadach są szczęśliwi?”



To moje pierwsze spotkanie z Krystyną Koftą. Słyszałam wcześniej to nazwisko w mediach, ale nie miałam nigdy okazji przeczytać niczego z twórczości pisarki. Po lekturze „Sekretnego dziennika Melanii R” wiem, że muszę nadrobić stracony czas.

Tytułowa bohaterka to trzydziestotrzy letnia pani biolog, która prowadzi badania na myszach w celu wynalezienia leku na białaczkę. Jej praca zawodowa to tak naprawdę jedyne życie jakie posiada. Wracając do domu, wkracza w świat telewizji i jej filmowych bohaterów. Uprawia z nimi wirtualny seks. Tylko w ten sposób jest w stanie doświadczyć rozkoszy cielesnych. Jest to świat, który wciąga ją bez reszty. Melania uzależnia się od telewizji i wyobrażonych kochanków.


„W tym świecie nikt nie musi być stary. Czas się cofa, zatrzymuje. Nikt tu nie jest martwy naprawdę. Śmierć to iluzja. Wystarczy nacisnąć guzik. Jeszcze tego samego dnia oglądasz tych, co umarli. To raj, prawdziwe zmartwychwstanie.”

Pod wpływem środowiska, w którym pracuje oraz matki, z którą wiążą ją toksyczne relacje, bohaterka wychodzi za mąż za alkoholika. Małżeństwo to z góry jest przegrane. Mimo wszystko Melania decyduje się na nie po to, aby dogodzić ludziom, którzy ją otaczają. Temu wszystkiemu towarzyszy tajemnica, którą bohaterka skrywa od lat. Tajemnica, która na zawsze wpłynęła na życie Melanii. Tajemnica, która nie pozwala kobiecie zbliżyć się do żadnego mężczyzny.


„Strach, lęk, drżenie serca, mózgu, duszy, wszystko odkładane na święty nigdy, żeby tylko nie zostać sam na sam z sobą.”


Próbowałam znaleźć jakieś informacje na temat tej książki ale o dziwo w Internecie tych informacji jest bardzo mało. Na stronie pisarki też cisza. Powiedziałabym, że książka jest dziwna tak jak dziwna jest sama bohaterka. Na pewno nie można przy tej lekturze zostać obojętnym. Cieniutka, mała książeczka, a wprowadza tyle nowych myśli u czytelnika. Nabrałam ochoty na więcej spotkań z twórczością autorki. Polecam, gdy ktoś z was ma ochotę na coś oryginalnego.


Krystyna Kofta

wtorek, 7 lutego 2012

Ireneusz Gębski – "Spowiedź bezrobotnego"



„Szef firmy dzieli zgłoszenia na dwie równe kupki i jedną z nich wyrzuca od razu do kosza. Na pytanie, dlaczego tak zrobił, odpowiada, że nie potrzebuje w firmie pracowników, którzy mają pecha.”



Dotąd nie spotkałam książki poruszającej tematykę bezrobocia w Polsce, po przejściu na gospodarkę wolnorynkową, która właśnie taki sposób poruszałaby ten temat. Jest to z pewnością cenna pozycja, gdyż ukazywana jest z perspektywy bezrobotnego.

Dość specyficzny jest podział książki na dwie części. Pierwsza podzielona jest na rozdziały. Druga część natomiast opisuje lata 2001-2008 w formie pamiętnika autora.

Ireneusz Gębski - sprzedawca, magazynier, operator wózków widłowych, kierownik magazynu, ochroniarz, agent towarzystwa emerytalnego. Mający duże doświadczenie w zbieraniu owoców na saksach, chałupnictwie wysyłkowym oraz w sprzedawaniu pościeli. Pracownik budowlany, wreszcie pracownik auto-szkoły. Chyba udało mi się wymienić wszystkie profesje, jakie wykonywał autor w latach 1990 – 2008.

Pan Gębski w roku 1990 stracił pracę. Od tego momentu jego życie zawodowe to pasmo porażek i małych sukcesów. Autor opisał 18 lat walki z wszechogarniającym zjawiskiem utraty pracy. W pewnym momencie utrata kolejnego zajęcia przestała być dla niego takim wielkim szokiem. Człowiek do wszystkiego jest w stanie się przyzwyczaić. Autor pokazuje czytelnikowi wiele negatywnych zjawisk społecznych, jakie narodziły się wraz z nowym ustrojem. Wyzysk pracowników, nieprzestrzeganie prawa pracy, totalna ignorancja praw człowieka. Z tymi wszystkimi patologiami każdy z nas może się spotkać. Gębski przedstawił swoje cenne spostrzeżenia, na przykładzie wyjazdów za granicę m. in. do Szwecji czy Norwegii.

Myślę, że jest to dobra książka dla ludzi, którzy myślą bardzo stereotypowo o bezrobotnych. Autor na swoim przykładzie pokazuje, że osoba bezrobotna wcale nie musi być osobą bierną, która nie chce znaleźć pracy. Wpływ na to ma wiele czynników, najczęściej niezależnych od tej osoby. Jest to z pewnością dobry dokument tego, w jakich czasach przyszło nam żyć i pracować.

Książka liczy ponad 450 stron, a czyta się ją w miarę szybko. Byłam bardzo ciekawa jak zakończy się bezskuteczne dotąd poszukiwanie odpowiedniej pracy od tylu lat przez Pana Irka. O wielu zjawiskach, które były opisywane przez autora słyszałam nie raz. Mimo wszystko, pewne wątki bardzo mnie zaskoczyły. Autor pokazał mi niestety smutną rzeczywistość w jakiej żyjemy wszyscy w Polsce. Tym bardziej, że obecnie temat bezrobocia jest bardzo aktualny powiedziałabym, że na czasie. Pocieszające jest to, że mimo wszystkich przeciwności Pan Irek pokazał, że należy walczyć o godny byt. A każda porażka uczy czegoś nowego.

Polecam, w szczególności dla osób, którym zjawisko bezrobocia nie jest bliżej znane. Dla osób, które w statystykach nie widzą tragedii drugiego człowieka.

„Można rzec, że wszystkiemu winien jest ustawiczny brak pieniędzy. To właśnie dla ich zdobycia nie wahamy się przed podjęciem kroków, których niejednokrotnie potem żałujemy.”


Ireneusz Gębski







sobota, 4 lutego 2012

Krystyna Januszewska – "Rozbitek@brzeg.pl"



„Życie widzę jak rzekę. Płynie korytem przed siebie i musi radzić sobie z zakrętami, czasami pęknie na pół, zabłądzi, to znów zawróci. To opadnie, to zatopi wszystko po drodze, aż do ujścia, gdy umiera w słonym cmentarzu rzek.”



Otrzymawszy tę książkę, nie spodziewałam się widząc tytuł, tak skomplikowanej treści i tylu rozważań o życiu.

Krystyna Januszewska nie jest debiutującą pisarką, ma już w swoim dorobku kilka pozycji, o których jak zdążyłam się zorientować, krążą całkiem dobre recenzje. I wcale się nie dziwię. Po przeczytaniu tej pozycji moja opinia jest również jak najbardziej pozytywna.

Tytułowy rozbitek to Antoni. W 1962 r. aktywnie działał na polu kulturalnym, tworząc z ówczesnymi przyjaciółmi Piwnicę, miejsce spotkań brzeskiej elity. Zapowiadał się na wielkiego artystę, jego pasją było malarstwo, miał naprawdę duży talent. Bohatera poznajemy w latach współczesnych podczas jego zmagania się z rakiem. Antoni jest alkoholikiem utrzymującym się z renty. Mieszka z siostrą, która opiekowała się nim przez całe życie. Nie widział swojej córki od trzydziestu lat. Podczas choroby przeprowadza swoisty rachunek sumienia, jest to jego spowiedź. Czytelnik poznaje jego przeszłość, kryteria jakie decydowały o podjęciu przez niego życiowych decyzji. Antoni daje odpowiedź na pytanie co jest ważne w życiu, paradoksalnie pod koniec swojego nieudanego żywota.

Książka porusza wiele problemów zarówno egzystencjonalnych jak i filozoficznych i psychologicznych.

„Nic na darmo, nic po nic. Wszystko w jakimś celu z własnym początkiem i końcem. Przemyślane, zaplanowane, wykonane, sprawdzone.”

Jednocześnie cała historia Antoniego w moim mniemaniu jest przesycona smutkiem
i beznadziejnością. Dlatego trudno się ją czyta. Ja wracałam do niej kilka razy, pewne stwierdzenia musiałam przemyśleć zanim zaczęłam czytać dalej. Bohater był mi bliski z jednego powodu. Czytał mnóstwo książek i to w nich szukał odpowiedzi na kluczowe pytania dotyczące życia. Żadna książka nie pomogła mu jednak w uniknięciu życiowych błędów.

„Na tym świecie wszystko jest halucynacją (…) Zabieramy ze sobą nawet pamięć o sobie. To, co zostaje, to tylko legenda, wymuskana i gładka.”

Jego przemyślenia dotyczące życia są bliskie każdemu z nas, przynajmniej w pewnym stopniu. Podczas brania środków przeciwbólowych, przenosi się w świat fantazji i ulubionych książkowych bohaterów. Widzi, że jego życie było podobne do ich losów. Antoni między innymi fascynuje się „Faustem” oraz „Mistrzem i Małgorzatą”. Brawa dla autorki za nawiązanie do tych dzieł. To naprawdę nie było łatwe, bo te dzieła nie są łatwe. Trudno przez nie przebrnąć.

„Niebo i piekło to czysto ludzki produkt, wymyślony przez ludzkość, na potrzeby ludzkości, sztuczny twór, niepasujący do fizjologii, ułomności i nędzy mojego ciała.”

Narratorem jest sam Antoni. Opowiada o swoim życiu, błędach jakie popełnił. Z pewnością ciekawe jest to, że bohater istniał naprawdę. Była to osoba bliska autorce.
„W Rozbitku musiałam jednak użyć tego imienia, bo książka jest oparta na faktach i Antek, to prawdziwy Antek, więc Maria też musiała być Marią”

Na potwierdzenie tego przytoczę fragment wywiadu z Krystyną Januszewską:

„To dość skomplikowana historia, nie wiem, czy dam radę odpowiedzieć na to pytanie zgrabnie i z sensem. Gdybym mogła mówić, zamiast pisać, zajęłoby mi to pewnie kilka godzin. Spróbujmy więc w skrócie.
Antonii Gruda, to brat mojej mamy, Zochy z Rozbitka, Maria tym samym, to moja ciotka, starsza ode mnie zaledwie o dziewięć lat, Antonii, był starszy o trzynaście. Gdy byłam dzieckiem, różnica dała się odczuć, kiedy dorosłam, całkiem się zatarła. Potrafiłam już w tym wieku obserwować i oceniać na swój sposób wiele sytuacji, a miałam ku temu okazję we wczesnym dzieciństwie bo dorastałam z nimi, później spędzałam tam każdego roku wakacje. Moje doświadczenia są więc pewną wypadkową doświadczeń pomiędzy okresem przebywania w ich domu, a czasem dorastania we własnej rodzinie.
Kiedy pisałam Rozbitka nie stawiano mi żadnych ograniczeń. Mam przecież swój rozum i takt, wiec starałam się nie wykorzystywać danego mi zaufania. Nie wstydzimy się tego, że Antonii tak beznadziejnie zaprzepaścił swoje życie. Wstydzimy się jedynie tego, że nikt z nas w odpowiednim momencie nie potrafił mu pomóc. Poza tym, to nie jest książka o nałogu, tylko o człowieku, a więc o sprawach ludzkich, doskonale wszystkim znanych. Od pokoleń nikomu nie udało się znaleźć lekarstwa na tę chorobę, a przecież każdy z nas może na nią zachorować.
Impuls do napisania historii Rozbitka pojawił się po raz pierwszy na jego pogrzebie. Pogrzeb był niemal farsą. Nieboszczyk w otwartej trumnie, w tle słowa odtwarzanej cicho modlitwy, kaplica wypełniała się szybko dalszą i bliższą rodziną. W kapicy narastał hałas. Kolejni przybywający rzucali się z radością sobie w ramiona. Przecież się tak dawno nie widzieli. W pewnym momencie trumna utonęła w tłumie otaczających ją krewnych. Gwar zagłuszał modlitwę. Stałam nieco z boku zaskoczona. Pomyślałam, że to chyba nie pogrzeb, a raczej wesele. Biedny Antonii za życia zlekceważony, lekceważony był nawet po śmierci. Wątlutki, zniszczony nałogiem i trawiącą go miesiącami chorobą, leżał sobie cichutko pomiędzy nimi i milczał, tak samo jak milczał za życia. Nic się, a nic nie zmienił. Oni mieli go w nosie, on miał ich. Pero, pero. Wtedy pomyślałam o książce. Zrozumiałam nagle, że gdy ludzie odchodzą z tego świata, to my, jeszcze pozostający, zapamiętujemy ich z ostatnich lat, albo miesięcy życia. Starym rodzicom pamiętamy to, że przed śmiercią mieli sklerozę i dali nam ostro popalić, że na koniec brudzili pościel, byli nieznośni, niezadowoleni, że zabierali nam drogocenny czas, wolny i czas w ogóle. Innym pamiętamy, że długo chorowali, tłumaczymy, że dobrze, dobrze, że umarł, umarła, to już była męka, nie życie, umierając na pewno czuli wielką ulgę. Tłumaczymy gorliwie usprawiedliwiając ulgę po ich odejściu. Antoniego wszyscy pamiętali już tylko z jego choroby, z tego, jak się zataczał wędrując ulicami swojego miasta, zbierał butelki, wyłudzał pieniądze. Nikt go nie wspominał z czasów, kiedy był przystojnym i ambitnym człowiekiem, pełnym radości, humoru, nadziei, że i jemu pisany będzie łut szczęścia, cudowne życie, jakaś kariera, sława. Był przecież, a właściwie bardzo pragnął zostać prawdziwym artystą. A jego matka (moja babcia) patrzyła w niego jak w obrazek. Był wtedy jej słońcem i wielką nadzieją. Oddałaby za niego życie, jak każda matka. Miał takie piękne, ciemne oczy jak ona, byli do siebie podobni, rozumieli się zawsze bez słów.
To nie są tylko moje przypuszczenia, ani literackie uniesienia, to cała prawda, bo ja tam byłam, miód i wino piłam, a co zobaczyłam szczerze opisałam. Mam trójkę dorosłych dzieci, piękną córkę i dwóch przystojnych synów. Patrzę w nich jak w obrazek, są moimi słońcami, radością i nadzieją. Przerażenie mnie ogarnia na myśl, że któreś z nich mógłby tak skończyć, jak Antonii. Wydawnictwo Zysk i spółka rozpoczęło w tym czasie drukowanie nowej serii książek opatrzonej hasłem – „Żyjemy inaczej, czujemy tak samo”. Pomyślałam, że Antek i jego historia doskonale się do tej serii nadaje. Zaczęłam pisać. Pamiętam też, jak w ostatnich tygodniach swojego jego życia rozmawiał z siostrą na temat Internetu. Słaba to była rozmowa, bo już prawie nie mówił. Powiedział tylko, że Internet, to jak butelka z listem wrzucona do wody. Można w nim zapisać swoją historię, a po wielu latach ktoś ją wyłowi i przeczyta. Żałował, że tego nie doczeka, że nie będzie go nigdy w Internecie.
Dlatego ten tytuł – Rozbitek, to on, brzeg, to miasto, w którym toczy się akcja książki, oraz brzeg Odry, rzeki, która mu szumiała za życia, pl, to kraj.
W podtekście butelka z jego wyznaniem. Analogia do Jacka Kaczmarskiego celowa, Jacek zmarł rok wcześniej, bardzo mnie jego śmierć zasmuciła, ponieważ ceniłam sobie teksty piosenek i wszystkie przez niego napisane wiersze. Nikt ich jeszcze uczciwie nie docenił. Jacek Kaczmarski – chyba też Rozbitek”


Źródło: http://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=79151&aid=-1&answer#-1

Uważam, że Rozbitkiem może być każdy z nas. Pełno takich ludzi, którzy żyli, żyją współcześnie i będą żyli w przyszłości. Ludzie, którzy zmarnowali talent, ludzie którzy wpadli w sieć nałogu, ludzie którzy popełnili masę błędów. Polecam gorąco przeczytać mimo, że nie jest to łatwa literatura.


Krystyna Januszewska



Recenzja tygodnia (14.09.2015 r. - 20.09.2015 r.)  na portalu

piątek, 3 lutego 2012

Wisława Szymborska

Dopiero dzisiaj udało mi się znaleźć czas aby zamieścić wpis na bloga. Jak zapewne wiecie 1 lutego 2012 r. zmarła Wisława Szymborska – znakomita poetka, laureatka literackiej Nagrody Nobla.


Od razu zaznaczę, że nie jestem fanką poezji. Nigdy też nie czytałam tomików Szymborskiej, oprócz wierszy, jakie przerabiało się w szkole. Śmierć drugiego człowieka powoduje jednak, że często człowiek chwilowo zatrzymuje się w miejscu i robi rzeczy, których na co dzień nie zwykł robić. W wolnej chwili zajrzałam więc do jej wierszy. I chciałabym przytoczyć jeden z nich, który bardzo mnie wzruszył. Nie spodziewałam się takiej reakcji ze strony mojej osoby. Oto on:








"Kot w pustym mieszkaniu"

Umrzeć – tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienla.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.


Nigdy nie lubiłam interpretować wierszy, doszukiwać się w nich ukrytego znaczenia. W tym przypadku, nie musiałam tego robić. Od razu przyszedł mi na myśl mój kotek i cała sytuacja opisana w wierszu. Nie sposób przejść nad tym obojętnie. A czy wy w związku ze śmiercią poetki, zajrzeliście do jej tomików? Gorąco zachęcam. Nawet dla antagonistów poezji, takich jak ja.

środa, 1 lutego 2012

Lisa See – "Dziewczęta z Szanghaju"




„Najpierw jedno odstępstwo od zasad, od tego, do czego w swoim przekonaniu się nie posuniesz, na co się nie zgodzisz, i niedługo potem jesteś już na dnie.”



Lisa See, amerykańska pisarka, której korzenie pochodzą z Chin to autorka dotychczas mi nie znana. Po tej książce, nabrałam ochoty na szersze przybliżenie sobie jej twórczości.

Tytułowe dziewczęta z Szanghaju to dwie siostry Pearl i May, którym niczego nie brakuje do szczęścia. Mają usytuowanych rodziców, dobrą sytuację materialną oraz wykonują swój ulubiony zawód - pracują jako modelki. Poznajemy je w 1937 r., tuż przed wybuchem II wojny światowej i rewolucji w Chinach. Ojciec sióstr, wskutek nałogu gry hazardowej traci cały majątek. Siostry zostają zmuszone do poślubienia dwóch braci, na stałe mieszkających w Stanach Zjednoczonych celem zachowania rodzinnego domu przez rodziców. W międzyczasie Japończycy napadają na Chiny, co powoduje, że Pearl i jej młodsza siostra, muszą wyruszyć za mężami do Ameryki. Na miejscu okazuje się, że wyobrażenia nie zawsze są zgodne rzeczywistością. A Ameryka to wcale nie taka ziemia obiecana, jak mówiono i przedstawiano w Chinach.

Książka ta jest swoistą sagą rodzinną, która rozgrywa się przez dwadzieścia lat (1937-1957). Narratorką jest Pearl, a akcja toczy się w Szanghaju oraz Los Angeles. Czytelnik może wnikliwie spojrzeć w ówczesne stosunki społeczno obyczajowe, jakie panowały w Stanach Zjednoczonych. Chodzi tutaj o stosunek Amerykanów do emigrantów z Chin czy Meksyku. Relacje te przez długi okres czasu nie były zbyt dobre mimo dużej, pozytywnej roli chińskich emigrantów w II wojnie światowej.

To co mnie osobiście zdziwiło to postawa Pearl i May, ich poglądy na życie były bliższe Zachodowi niż tradycji chińskiej, co w tamtych latach było nie lada wyzwaniem. Zauważyć można również głęboką więź, jaka łączy obydwie siostry, mimo ogromnej różnicy charakterów. Bliższa była mi Pearl, May jakoś nie mogłam obdarzyć sympatią. Uważam, że zbyt egoistycznie podchodziła do życia. Poza tym Pearl przeszła wielką przemianę, na którą wpływ miały okropne przejścia w drodze do Stanów Zjednoczonych.

Jest to powieść o trudzie życia, pokonywaniu przeciwności losu, dostosowywaniu się do istniejących warunków, często wbrew sobie. Bohaterkami są przede wszystkim kobiety, których rola w chińskim społeczeństwie jest znacznie umniejszana. Autorka zakończenie książki pozostawia otwarte. Obecnie pracuje nad drugą częścią losów Pearl i May.

Polecam dla osób, które chcą dowiedzieć się jak wyglądało życie chińczyków na tle ważnych wydarzeń światowych. Jest to z pewnością duża gratka dla sympatyków historii. Ja już wiem co oznacza sformułowanie „papierowy syn”. Gdyby nie ta książka, pewnie w życiu bym się nie dowiedziała o tym procederze. Cieszę się, że mogłam na chwilę przenieść się w tamte niepewne czasy i przybliżyć sobie historię z nimi związaną. Wam, też polecam tą podróż w przeszłość.

Lisa See