poniedziałek, 30 stycznia 2012

Dana Łukasińska – “Piąta pora roku”




„Miłość! Ludzie nauczyli się usprawiedliwiać nią wszystko. Najczęściej wszystko, co zrobią źle. Oszukują, zabijają, kłamią i zdradzają. Z miłości. Przez miłość. Z jej winy. A przecież powinna być samym dobrem…”


Dana Łukasińska to autorka, z którą nie miałam wcześniej do czynienia. Pewnie dlatego, że „Piąta pora roku” to jej pierwsza wydana książka. Jest to powieść, na którą składa się pięć wątków. Każda historia jest inna, każda uzmysławia nam coś ważnego. Razem dopełniają całości obrazu. Książka podzielona jest na cztery pory roku: Wiosna, Lato, Jesień, Zima oraz na tytułową piątą porę roku – Porę zbliżenia.

Maria, farmaceutka, kochanka żonatego mężczyzny. Sama nie wie co czuje, nie wie czego oczekuje od życia. Nie umie utrzymać swoich postanowień. Jest bardzo samotna. Gdy spotyka na drodze życiowej innego partnera, musi dokonać wyboru. Musi przede wszystkim poukładać swoje życie.

Maja, z wydawałoby się ustabilizowanym życiem. Ma męża, ma wspaniały dom, świetną pracę, na wszystko ją stać. Z powodu obsesji zajścia w ciążę, nie zauważa, że mąż ją zdradza. Po jego odejściu, ona również musi na nowo poukładać swoje życie. Znaleźć w nim jakiś cel.

Sara, poznajemy ją na sali sądowej. Rozwodzi się ze swoim mężem, który zdradził ją z jej koleżanką. Bohaterka wspomina swoje małżeństwo. I ona jak dwie pozostałe bohaterki, musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Julia, trzydziestokilkuletnia, ambitna kobieta jest żoną o wiele starszego od siebie Ryszarda. Wyszła za niego jedynie z powodu pieniędzy. Za tą decyzję płaci wysoką cenę, gdy dowiaduje się o niezdrowych skłonnościach męża.

Kaśka, mężatka, pracownica korporacji. Zatraca się zupełnie w wielkim świecie pieniędzy, bankietów i szybkiego życia. Nie docenia męża, traci kontrolę nad swoim zachowaniem. Prowadzi ją to do tragicznego finału.

Natomiast Pora zbliżenia to całkowicie odrębna historia.

„Szukam kogoś na niepogodę! Żeby zawsze miał przy sobie płaszcz nieprzemakalny i kalosze, i aspirynę na rozgrzanie! I żeby umiał kichać zgrabnie i przez kałuże przenosił…”

Wszystkie te historie przeplatają się ze sobą. Nie są to moim zdaniem jedynie opowieści o kobietach. Są to opowieści o trudnych relacjach damsko-męskich, różnych priorytetach życiowych i różnych postawach ludzi. Większość z tych opowiadań nie napawa optymizmem, wręcz odwrotnie. Wszystkie te kobiety, nieważne czy są kochankami, żonami, matkami i kobietami sukcesu, chcą być kochane. Nie zawsze podążają właściwą drogą ku temu celowi.

Dana Łukasińska zaprezentowała nam historie ludzi, które nie są łatwe. Opowiadań tych nie czyta się szybko i lekko. Ja wiele razy zatrzymywałam się w trakcie czytania. Nie spodziewałam się takiej formy po tej książce. Autorka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Polecam.

Dana Łukasińska

niedziela, 29 stycznia 2012

Nowe łupy!

Muszę się pochwalić, gdyż jak każdy mol książkowy, jestem szczęśliwa z nowych książek, jakie uzupełnią moją kolekcję. Pod pojęciem "nowe" rozumiem także książki kupione w antykwariacie czy po prostu książki używane. Co więcej takie książki często mają swoją historię, a wyblakłe, żółte kartki ukazują ilu czytelników miało daną lekturę przede mną.

Na pierwszy rzut uzupełnienie mojej kolekcji kryminałów z serii z Jamnikiem.
Starsze pokolenie pewnie pamięta tą serię, młodsze takie jak ja dopiero ją odkrywa. Sześć kolejnych dobrych kryminałów na zimowe wieczory:
1. Jan Ekstrom - Taniec ognia
2. Jose Giovanni - Śmierć w górach
3. Karol Wilt - Dalszego ciągu nie będzie
4. Auguste Le Breton - Klan Sycylijczyków
5. Zofia Kaczorowska - Urlop z mordercą
6. Catherine Aird - Lekka żałoba
Tutaj wspomnienie moich młodzieżowych lat, gdy zaczytywałam się w Krystynie Siesickiej. Z chęcią sobie przypomnę te lektury, do których mam ogromy sentyment.
1. K. Siesicka - Jezioro osobliwości
2. K. Siesicka - Chwileczkę Walerio...

3. Adrianna Ewa Stawska - Karmiąc zło
I na koniec nowiutkie książeczki, dzisiaj świeżo zakupione przeze mnie. Mam duże wymagania w szczególności do Grażyny Plebanek. Oczekuję interesującej lektury.

1. G. Plebanek - Dziewczyny z Portofino
2. I. Caldwell, D. Thomas - Reguła czterech


Zachęcam was wszystkich do odwiedzin w antykwariatach czy różnego rodzaju wyprzedażach używanych książek. Czasami można naprawdę znaleźć tam perełkę.

A teraz kawa i zabieram się do czytania :-)

piątek, 27 stycznia 2012

Stephen King – "Cujo"



„Mów mi Cujo. Jestem z Doliny Śmierci.



Nie spodziewałam się, że z tak banalnego tematu można zrobić dobrą książkę. To chyba potrafi naprawdę niewielu pisarzy, a na pewno potrafi to Stephen King. Książka powstała w 1981 r., a ciekawostką jest to, że autor tworząc ją był pod wpływem używek m. in. alkoholu i narkotyków. Pisarz nie pamięta jak powstawał „Cujo”.

Castle Rock, fikcyjne miasteczko znane czytelnikom Kinga, jest również tłem historii opisanej na kartach niniejszej powieści. Po raz pierwszy ww. miasteczko pojawiło się w opowiadaniu „Martwa strefa”. Tytułowy Cujo to pies rasy bernardyn, zamieszkujący na farmie Camberów. Cujo to spokojny przyjazny pies, który nigdy nie zrobił nikomu krzywdy. Joe Camber, gospodarz farmy, jest mechanikiem samochodowym. To właśnie u niego rodzina Trentonów poznaje Cuja, który bardzo polubił małego Tada Trentona. Podczas pogoni za królikem, pies wpada pyskiem do jamy, w której schroniło się uciekające zwierzę. Tam niespodziewanie zostaje ukąszony przez nietoperza, chorego na wściekliznę. Tak zaczyna się przemiana Cuja z łagodnego i przyjacielskiego psa w krwiożerczą bestię. Seria zbiegów okoliczności powoduje niewyobrażalną tragedię…

„Nigdzie nie jest powiedziane, że jeśli stchórzysz i nie skoczysz z wieży w poniedziałek, to nie zrobisz tego również we wtorek.”

Tak naprawdę do końca nie wiem czy przyczyną morderczego zachowania psa była wścieklizna czy Cujo został nawiedzony przez byłego psychopatę-policjanta, który mordował przed laty kobiety w miasteczku. Nie jest to wyjaśnione i pewnie o to chodziło autorowi. Z pewnością mimo pojawiających się momentów grozy, nie jest to typowy horror. Jak dla mnie to raczej dramat z domieszką thrillera. Świadczy o tym również głęboka analiza psychologiczna poszczególnych bohaterów. King przedstawia nam świat wewnętrzny każdego z członków rodziny Camberów i Trentonów. Świat wyzbyty pozorów, świat prawdziwych uczuć i dylematów.

„Jesteś mężczyzną, a mężczyźni walczą o byt. Mężczyźni walczą o byt, kobiety walczą z kurzem.”

Warto też napisać kilka słów o tytułowym bohaterze. W książce występuje symultaniczna narracja, czyli widzimy świat oczami Cujo. Widzimy co dzieje się w głowie zwierzęcia, jakie przemiany przechodzi, co czuje. Z drugiej strony czytelnik jest informowany o odczuciach bohaterów. Głównie mowa tutaj o Donnie i Tadzie Trenton. W pewnych momentach Cujo zbudził we mnie nawet uczucie współczucia, a nie tylko odrazy.

„Czy to nie zadziwiające, jak bardzo można cierpieć, kiedy wszystko jest właściwie w porządku?”

Książka naprawdę dobra, akcja rozwija się powoli ale myślę, że jest odpowiednio dawkowana.
W 1983 r. powstał film na podstawie książki o takim samym tytule. Reżyser znakomicie pokazał klimat małego, prowincjonalnego miasteczka, tak bardzo charakterystycznego dla powieści Kinga. Znakomita gra aktorska Dee Wallace-Stone jako Donny Trenton. Sam Cujo również nie odstawał od mojego wyobrażenia, był chyba nawet straszniejszy.

Z ciekawostek, w filmie zagrało pięciu bernardynów, jedna mechaniczna głowa oraz człowiek przebrany za psa. Powstał również dokument ukazujący kulisy powstawania filmu pt: „Dog Days: The Making of 'Cujo'”.

Uwielbiam oglądać takie stare filmy. Dzisiejsze nie mają już takiego dobrego klimatu. Muzyka rewelacyjna, potęgowała napięcie. I co ważne zakończenie jest inne niż w powieści. Nawet bardziej mi odpowiada niż zakończenie w książce. Polecam zarówno książkę jak i film. Rewelacyjna dawka grozy, dramatu i thrillera, wykonana w mistrzowskim stylu.


Stephen King

środa, 25 stycznia 2012

Hanka Lemańska – "Chichot losu"


"Kiedyś dawno temu byłam dzieckiem. I wtedy wyobrażałam sobie, że dorosłość oznacza wolność. Że wszystkie możliwości staną przede mną otworem. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Im jestem starsza, im więcej wiem, doświadczam, tym bardziej zawęża się droga przede mną."




Biorąc do ręki tę książkę, spodziewałam się kolejnej lekkiej powieści dla kobiet. Przeliczyłam się i mnie w ten sposób spotkał tytułowy chichot losu. Jest to opowieść, którą owszem czyta się szybko ale równocześnie porusza poważne problemy życiowe.

Joanna, główna bohaterka, młoda kobieta, robiąca karierę w korporacji, żyjąca w wolnym związku, odbiera w nocy telefon od swojej koleżanki Elżbiety. Telefon, który jak się później okaże zmienia jej życie nieodwracalnie. Zgadzając się na trzydniową opiekę nad dziećmi Elżbiety, bohaterka nie spodziewa się jaką niespodziankę szykuje jej los. Mama pięcioletniego Łukasza i trzynastoletniej Aśki bowiem niespodziewanie ginie w wypadku samochodowym wracając do domu. Joanna zostaje więc tymczasową opiekunką dzieciaków. Musi podjąć decyzję czy zdecyduje się na adopcję dzieci czy odda je do domu dziecka. Joanna dla której do tej pory obce były takie wartości jak rodzina, miłość, zaufanie i poświęcenie, wywraca swoje życie do góry nogami. Przekonuje się co oznaczają te wszystkie nic nieznaczące dla niej dotąd słowa.

W historii wykreowanej przez autorkę doskonale ukazany jest portret dzisiejszych trzydziestolatek, dla których najważniejsza jest kariera i udane życie towarzyskie. Historia Joanny na pewno skłania do myślenia co jest najważniejsze w życiu i ile jesteśmy w stanie poświęcić dla drugiego człowieka.

Autorka ostatnim akapitem zostawiła sobie również furtkę do napisania drugiej części tej historii. Niestety nie zdążyła. Hanka Lemańska zmarła w 2008 r., więc już nigdy nie dowiemy się jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. Każdy może uruchomić swoją wyobraźnię i dopisać sobie zakończenie.
Ze względu na to, że książka przypadła mi do gustu, postanowiłam również obejrzeć serial o tym samym tytule, który powstał na jej podstawie. Aczkolwiek zaznaczam, że nie jest to ekranizacja. Główną rolę grają w nim Marta Żmuda Trzebiatowska i Mateusz Damięcki. Serial składa się z trzynastu odcinków, które mnie osobiście przypadły do gustu. Wiele wątków jest pozmienianych, wiele dodanych ale ogólny zarys fabuły pozostał. Na pewno zaskoczyło mnie zakończenie o którym z wiadomych przyczyn nie opowiem. I myślę, że Marta Żmuda-Trzebiatowska dosyć dobrze poradziła sobie z rolą singielki, na którą spada nieoczekiwany obowiązek związany z byciem zastępczą matką. Polecam najpierw oczywiście przeczytać książkę, a później obejrzeć serial.

"Chichot losu" to opowieść dla kobiet w każdym wieku. Polecam.

Hanna Lemańska

sobota, 21 stycznia 2012

Dorota Terakowska - "Poczwarka"



”Pan rozdaje swoje dary, nawet te nie chciane. Nic nie zostawia dla siebie.”




Z twórczością Doroty Terakowskiej spotkałam się kilka lat temu, podczas lektury książki „Tam gdzie spadają anioły”. Wiedziałam, że autorka nie pisze łatwych książek, dlatego długo zwlekałam z kupnem tej pozycji. Wiedziałam, że nie będzie łatwo.

Małżeństwo Adama i Ewy wydaje się być idealne i poukładane. Młodzi, wykształceni, zamożni ludzie, po osiągnięciu odpowiedniej stopy życiowej, czekają na przyjście dziecka, które w ich mniemaniu dopełni ich uporządkowany świat. Dziecko, które będzie idealne w każdym calu. Dziecko, które będzie napawało ich dumą w każdym dniu swojego życia. Los jednak gotuje im okrutną niespodziankę. Ewa rodzi dziewczynkę z ciężką odmianą zespołu Downa. Pojawia się szok i niedowierzanie. Pojawia się kryzys małżeństwa oraz kryzys moralności każdego z rodziców.

Czytelnik wchodzi w wewnętrzny świat Ewy, Adama oraz tytułowej Poczwarki czyli Myszki – dziecka upośledzonego nieuleczalną chorobą. Tym samym poznajemy motywy postępowania Ewy, która podejmuje decyzje o opiece nad córką, mimo sprzeciwu męża. Widzimy świat wewnętrzny, refleksje i pytania o moralność - Adama, który nie chce zaakceptować istniejącego stanu. I co chyba najważniejsze, poznajemy Myszkę. Tą prawdziwą Myszkę, ukrytą pod osłoną upośledzenia. Myszkę, której żaden człowiek nigdy nie pozna i nie zrozumie.

Autorka nazywa dzieci chore na zespół Downa – Darami Pana. Skąd taka nazwa? Chyba łatwo wydedukować, że takie dzieci mogą budzić tylko skrajne emocje. Albo się je kocha bez żadnych ograniczeń albo nie chce się mieć z nimi nic wspólnego. Terakowska napisała, że ludzie z tą chorobą paradoksalnie, nie są takie upośledzone, gdyż czegoś im brakuje. Wręcz przeciwnie, mają jeden chromoson za dużo. Ich życie emocjonalne jest o wiele bogatsze od życia „zwykłych” ludzi, takich jak my.

W książce zadawanych jest wiele pytań dotyczących naszej moralności, etyki i ogólnie szeroko rozumianego człowieczeństwa. Widać, jak skrajne mogą być postawy rodziców w stosunku do takich dzieci. Widać to świetnie na przykładzie Adama i Ewy. Smutne jest również podejście obcych ludzi do tej choroby. Brak akceptacji na inność, brak tolerancji na niektóre zachowania nie mieszczące się w normach, pokazuje jakim społeczeństwem jesteśmy. Niestety.

Warto też wspomnieć o motywie stworzenia świata, opisanym w książce. Myszka przenosi nas w świat, w którym Bóg jest twórcą, również rzeczy niedoskonałych. Posiada cechy ludzkie, może się więc mylić. Co więcej, wątpi czy to co stworzył jest rzeczywiście dobre.

Tytułowa Poczwarka - Myszka, to dla mnie motyl, który niestety nigdy nie zostanie odkryty. Nie przeobrazi się z brzydkiej poczwarki. Po lekturze, całkiem inaczej patrzę na chorobę Downa. Wierzę, że rzeczywiście takie osoby posiadają swój wewnętrzny świat, być może lepszy od naszego. Książka wzbudzała we mnie skrajne uczucia od zachwytu w pewnych momentach do obrzydzenia w innych. Bardzo realistycznie ukazane są wyrzeczenia i skutki całodobowej opieki nad takim dzieckiem. Zastanawiam się czy sama podołałabym takiemu wyzwaniu. I mam wątpliwości….

I na koniec taka ogólna refleksja jaka przyszła mi po przeczytaniu książki - nie wszystko można sobie zaplanować, a życie pisze różnorodne scenariusze.

„W każdym człowieku powinno być coś, o czym wie tylko on sam. Człowiek bez choćby jednej tajemnicy jesssst jak orzech, z którego po rozłupaniu zossstanie sssama ssskorupa. Ludzie za częsssto dbają tylko o ssskorupę.”


Dorota Terakowska

piątek, 20 stycznia 2012

"Nigdy i na zawsze" do wygrania. POLECAM!


Wydawnictwo Otwarte zaprasza do głosowania w Plebiscycie na Najbardziej Romantyczną Literacką Parę.

Zainspirowani miłością Daniela i Sophii, bohaterów międzynarodowego bestsellera Ann Brashares „Nigdy i na zawsze”, postanowiliśmy zachęcić Państwa do wytypowania literackich par, które uważają Państwo za najbardziej romantyczne – kochanków, których można uznać za wzór miłości niezwykłej i wzruszającej.

Na propozycje Najbardziej Romantycznych Literackich Par czekamy do końca stycznia pod adresem: konkurs@otwarte.eu

Wśród osób nadsyłających propozycje rozlosujemy 10 egzemplarzy książki „Nigdy i na zawsze” Ann Brashares. To magiczna opowieść o szansach, jakie otrzymujemy od losu, i o tym, że nie można odkładać życia na później. Historia miłości przekraczającej granice czasu. Książka, która przywraca wiarę w przeznaczenie, w to, że na każdego z nas gdzieś ktoś czeka.

Z otrzymanych propozycji stworzymy listę pięciu najczęściej wymienianych par i zaprosimy Państwa do finałowego głosowania na naszym profilu na portalu Facebook. Podczas głosowania wyłonimy Najbardziej Romantyczną Literacką Parę.

Wyniki plebiscytu ogłosimy 14 lutego 2012 roku na stronie internetowej Wydawnictwa Otwartego www.otwarte.eu oraz na profilu wydawnictwa na Facebooku.

Ja z przyjemnością wezmę udział w konkursie. Czytałam o książce "Nigdy i na zawsze" same dobre recenzje. Poza tym lubię takie historie... Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy.

czwartek, 19 stycznia 2012

Dean Koontz – "Nieznajomi"




„Poza rzucaniem wyzwań życie udziela lekcji: miłych i przykrych, łatwych i trudnych. Niektóre są druzgoczące.”



Koontz jest według mnie jedynym pisarzem, który może porównywać się z mistrzem grozy jakim jest Stephen King. Każda jego powieść jest świetną odskocznią od rzeczywistości i tak było również w przypadku „Nieznajomych”.

Lekarka miewająca nie dające się wytłumaczyć napady paniki, lunatykujący w nocy pisarz, bojący się ciemności były żołnierz, przechodzący kryzys wiary ksiądz, samotna matka bojąca się o córkę z powodu jej dziwnej obsesji księżycem, przestępca rozdający z dnia na dzień wszystkie ukradzione pieniądze i wielu innych ludzi, których męczą dziwne fobie - łączy wspólna tajemnica, którą próbują odkryć. Rozwiązanie zagadki sprowadza ich wszystkich do motelu Zacisze, w którym zatrzymali się półtora roku przed wystąpieniem tych dziwnych objawów. Jest spisek, jest matactwo rządu USA, jest miłość i jest wielka tajemnica do rozwiązania. Tajemnica, która raz odkryta na zawsze zmieni oblicze ludzkości.

Jest to najbardziej rozbudowana książka Koontza, jaką do tej pory przeczytałam. Wielowątkowość, rozbudowana fabuła do granic możliwości. Wątki przeplatają się ze sobą aby w końcu połączyć się w jedną historię wielu ludzi. Jest to z pewnością książka ukazująca dążenie do prawdy za wszelką cenę. Nie jest na pewno horrorem, raczej thrillerem z elementem fantastyki. Mimo, że dosyć szybko domyśliłam się jakie będzie zakończenie a raczej co skrywa mroczna tajemnica, to z przyjemnością przeczytałam tą historię do końca. I podoba mi się samo zakończenie, może nieco moralizatorskie ale mimo wszystko dające nadzieję.

„Nieznajomi” to książka, która powstała we wczesnym okresie twórczości pisarza, w okresie, który z pewnością ustalił jego miejsce w literaturze światowej. Ciekawą rzeczą jest Posłowie zamieszczone na końcu powieści. Polecam przeczytać, bardzo ciekawa opowieść dotycząca historii powstania samej książki jak również rady dla młodych pisarzy, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z pisarstwem. Oto fragment:

„Marzyłem o napisaniu książki, która będzie wspaniała pod względem możliwości narracyjnych i tematu, nafaszerowana ciekawymi postaciami, wciągająca czytelnika zaskakującymi zwrotami akcji i tajemnicami – która będzie NAJLEPSZĄ KSIĄŻKĄ WSZECH CZASÓW.”

Z pewnością nie jest to książka wszech czasów, ale warto ją przeczytać. Zresztą fanów Koontza nie muszę do tego przekonywać.

Dean Koontz

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Lynda Curnyn – "Życie po ( życiu z facetem )"



„Nikt nie rodzi się porzuconą dziewczyną, dziewczyną porzuconą się zostaje.”




Zachęcona ostatnią lekturą z serii "Literatura w spódnicy", sięgnęłam po następną książkę z tego cyklu. Główna bohaterkę, niespełnioną pisarkę – trzydziestojednoletnią Emmę Carter poznajemy w chwili, gdy chłopak, z którym jest od dwóch lat, rzuca ją i wyjeżdża by spełniać swoje zawodowe ambicje. Od tego czasu Emma – singielka, próbuje jakoś sobie radzić w życiu w pojedynkę w Nowym Yorku. Pomagają jej w tym dwie najbliższe przyjaciółki, których perypetie życiowe również poznajemy na łamach powieści. Emma popełnia błędy, do tego jest kobietą zakompleksioną o słabym charakterze. Nawet praca młodszego redaktora w magazynie „Twój ślub” nie daje jej satysfakcji. Po rozstaniu z Derrickiem, podejmuje walkę o awans w pracy ale sama nie jest pewna czego chce od życia. Do pewnego momentu nie zdaje sobie sprawy, że źródłem jej niepowodzeń jest nastawienie do innych i brak dążenia do swoich pragnień. Praktycznie dziewięćdziesiąt procent książki to użalanie się nad sobą głównej bohaterki. Dopiero skumulowanie się porażek takich jak nieudana randka w ciemno, stracenie szansy na awans oraz beznadziejny seks, uzmysławiają Emmie, że musi zmienić swoje podejście w wielu sprawach. Nie będę oczywiście pisać jakie jest zakończenie, można się domyśleć, że szczęśliwe.

Książka jest bardzo przewidywalna i w wielu momentach po prostu nudna. Lektura typu przeczytać – odłożyć na półkę – zapomnieć. Zabrakło mi błyskotliwych dialogów, śmiesznych sytuacji i wciągającej fabuły. Po książkach z tego cyklu oczekuje, że mnie rozbawią do łez, skłonią do refleksji oraz spowodują, że zapomnę na chwilę o otaczającej mnie rzeczywistości. W tym przypadku nic takiego się nie pojawiło niestety. Doczytałam tę powieść do końca, gdyż nie lubię niedokończonych historii. Książka, którą szybko się czyta i równie szybko zapomina.

Lynda Curnyn

piątek, 13 stycznia 2012

Jasvinder Sanghera – "Córki hańby"



„Mężczyzna jest jak kawałek złota: jeśli wpadnie do błota, można go wytrzeć do czysta. Kobieta jest jak kawałek jedwabiu: jeśli wpadnie do błota, na zawsze zostaje brudna.”



Za każdym razem, gdy czytam książkę o zbliżonej tematyce, mimo znajomości tematu, jestem zadziwiona, że w XXI wieku może panować taka ciemnota wśród ludzi. W tym przypadku nie ma mowy o rozprzestrzeniającej się globalizacji, występuję jedynie zaściankowość i wiara w nieznajdującej uzasadnienia tradycji.

Autorka - Jasvinder Sanghera, obywatelka Wielkiej Brytanii, która urodziła się i wychowała w tym kraju, córka imigrantów z Azji w wieku czternastu lat miała wyjść za mąż za kompletnie nieznanego jej człowieka, którego znaleźli jej rodzice. Nie pozwoliła zniszczyć sobie życia w związku z czym uciekła z domu okrywając hańbą swoją rodzinę wśród społeczności muzułmańskiej. Karą za to jest nawet śmierć. Będąc osamotnioną Jasvinder poradziła sobie jakoś w życiu. Na podstawie swoich doświadczeń napisała pierwszą książkę pt: „Zhańbiona”. Założyła również organizację Karma Nirvana, która zajmuje się pomaganiem przede wszystkim kobietom z południowej Azji, które nie godzą się na wymuszone małżeństwa, a które przez to są ścigane przez najbliższą rodzinę.

Książka przedstawia codzienne zmagania autorki i osób pomagających jej w pracy. Poznajemy również historie wielu kobiet, które przeżyły piekło domowego terroru. Znęcanie się psychiczne i fizyczne, gwałty w wielu muzułmańskich rodzinach są na porządku dziennym. Kobieta w tej społeczności jest zerem, jest własnością mężczyzny, który może ją zabić jeśli tylko ma taki kaprys. To co mnie najbardziej zszokowało to bierna a czasem nawet przyzwalająca postawa matek, które pozwalają na to aby ich córki były katowane kijem bejsbolowym przez ojca bądź molestowane przez braci. Zabójstwa honorowe natomiast to dla mnie rzecz nie mieszcząca się w głowie. Ojca, który zabija swoją córkę nożem z powodu chęci zrobienia przez nią prawo jazdy, która w jego mniemaniu okryła hańbą rodzinę z tego powodu, nie można nazwać człowiekiem.

To co może również zaskakiwać to zabójstwa honorowe popełniane w samej Anglii. Książka Jasvinder opowiada o zdarzeniach, które nie wydarzyły się w żadnym kraju arabskim, lecz w cywilizowanej Europie. Widać, że musimy się jeszcze wiele nauczyć aby dostosować prawodawstwo do takich zbrodni. Nie można tego tłumaczyć różnicami w poglądach religijnych czy innej kulturze.

„Czasami tracę nadzieję, czy kiedykolwiek doczekam się jakiś prawdziwych zmian.”

Czytelnicy mogą też być zdziwieni faktem, że również mężczyźni zgłaszają się o pomoc do Karmy Nirvany. Jest to oczywiście bardzo mały odsetek porównując z kobietami, mimo wszystko nawet niektórzy z nich przeciwstawiają się wymuszonym małżeństwom.

Podziwiam autorkę za odwagę i możność przeciwstawieniu się rodzinie. Cena jaką zapłaciła za wolność jest wysoka. Nigdy nie może czuć się bezpiecznie i od wielu lat nie utrzymuje kontaktów z rodziną. Została wyklęta na zawsze z tej społeczności. Jej działalność i pomoc innym została doceniona poprzez tytuł Kobiety Roku, jaką przyznały jej Brytyjki.

Myślę, że dla każdego ta lektura będzie dobrym polem do chwilowej refleksji. Trzeba być świadomym, że takie zbrodnie mają miejsce po to, by w przyszłości móc odpowiednio zareagować. Wiem też, że moje potępienie i złość niczemu nie pomogą. Trzeba pokoleń aby zmienić nastawienie i mentalność społeczeństwa krajów arabskich do kobiet w szczególności. Trzeba też sobie zadać pytanie czy same kobiety nie są po trosze winne takiej sytuacji. Godzą się na wszystko, nie umieją walczyć o swoje godne życie.

Cieszę się, że mieszkam w cywilizowanym kraju, w którym mogę umalować paznokcie na czerwono. Przy takiej literaturze faktu, właśnie takie szczegóły się docenia.

Jasvinder Sanghera

środa, 11 stycznia 2012

Stephen King – "Miasteczko Salem"



„[...] Boże użycz mi pogody ducha abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić; odwagi abym zmieniał to, co mogę zmienić i szczęścia, aby mi się jedno z drugim nie popieprzyło [...]”





Odkąd poznałam twórczość Stephena Kinga, mając przed sobą jego nieprzeczytaną jeszcze przeze mnie książkę wiedziałam, że na pewno nie będę się nudzić. I tym razem się nie zawiodłam. Jednakże pewna rzecz mnie zaskoczyła. Mając przed sobą tytuł, byłam przekonana, że będzie to historia, w której na pewno pojawią się czarownice, magia itd. A tutaj niespodzianka. Powieść jest kompletnie o czym innym, co z pewnością jest pierwszym zaskoczeniem dla czytelnika.

Miasteczko Jeruzalem, potocznie zwane Salem to wydawałoby się zwykła mieścina, jakich wiele w Ameryce. Jednak to tylko pozory. Wraz z pojawieniem się w Salem, głównego bohatera, sławnego pisarza – Bena Mearsa, pojawiają się również dwie tajemnicze postacie – Kurt Barlow oraz Richard Straker. Ben przyjeżdża do Salem aby zmierzyć się z przerażającym wspomnieniem z dzieciństwa i być może napisać kolejne dzieło. Barlow i Straker kupują okryty złą sławą, stary, zaniedbany dom Marstenów. Od tego czasu w miasteczku zaczynają umierać ludzie a ich ciała tajemniczo znikać. Salem coraz bardziej się wyludnia. Jedynie w nocy słychać dziwne odgłosy, które przerażają ludzi. Przyczyną tajemniczych zgonów i znikania ciał są…. wampiry, co odkrywa Ben wraz z garstką przyjaciół i małym chłopcem Markiem. Od tej chwili decydują się na walkę z aniołami ciemności aby uratować Salem.

Nie jestem obiektywna jeśli chodzi o twórczość Stephena Kinga, mam do niego duży sentyment więc dla mnie każda jego książka jest cudowną odskocznią od szarej rzeczywistości, odskocznią na najwyższym poziomie. Mogłabym się nad jego talentem do pisania zachwycać cały czas. Nie zmienia to jednak faktu, że ta powieść troszkę mnie rozczarowała. Za dużo w niej opisów mieszkańców, nie byłam w stanie zapamiętać kto jest kim, musiałam wracać do konkretnych rozdziałów aby dopasować nazwiska do ludzi. Nastrój grozy pojawił się u mnie pod koniec czytania, ale nie w takim stopniu, w jakim się spodziewałam. Owszem, są świetnie rozbudowane wątki, dla niektórych być może aż za bardzo rozbudowane. Jest akcja trzymająca w napięciu ale pod koniec powieści. King idealnie ukazał małomiasteczkowość ludzi, wiadomo jest w tym mistrzem. Jest to jedna z pierwszych powieści pisarza i już tutaj widać późniejszy archetyp małego miasteczka.

Co tu dużo pisać, „Miasteczko Salem” to klasyka sama w sobie mimo, że dla mnie powieść mogłaby być odrobinę mniej obszerna, za dużo w niej niepotrzebnych opisów. Trudno jednak wymagać tego od Kinga, pisarz jest znany z nadmiaru słów w swoich książkach. Muszę też wspomnieć o tym, iż odetchnęłam trochę po ostatnio będących na topie historiach o dobrych wampirach bądź o wampirach, które mają wewnętrzne rozterki i problemy egzystencjonalne. W tej powieści wampir to wampir, postać nocy, postać zła do szpiku kości, postać pozbawiona uczuć, kierująca się jedynie żądzą zabijania. Jak za starych dobrych czasów. Polecam dla wszystkich, którzy lubią czytać klasykę gatunku na najwyższym poziomie.

Na podstawie powieści Kinga powstały dwa filmy o takim samym tytule „Miasteczko Salem”. Pierwszy z 1979 r. w reżyserii Tobe'a Hoopera, trzygodzinny horror, który pozwolił mi na ten czas zapomnieć o istniejącej rzeczywistości.
Dosłownie przeniosłam się do Salem. Główne role grają w nim David Soul jako Ben Mears oraz Bonnie Bedelia (znana z roli Holly McClane w Szklanej pułapce u boku Bruca Willisa) jako Susan Norton. Tak na nawiasie Bonnie Bedelia jest ciotką Macaulaya Culkina, którego chyba wszyscy znamy z roli Kevina.

Reżyser znakomicie przedstawił małomiasteczkowy klimat mieściny w późnych latach 70’ w Ameryce. Wszyscy mieszkańcy się ze sobą znają i wszystko o sobie wiedzą. Doskonała scenografia, bardzo dobrze wykreowane postacie wampirów, rewelacyjna ścieżka dźwiękowa budująca nastrój grozy. Do samego Barlowa została wykorzystana postać z filmu „Nosferatu: symfonia grozy” z 1922 r. Rola, która mi najbardziej przypadła do gustu i zwróciła szczególną uwagę to rola Jamesa Masona – jako Strakera. Świetnie zagrał tą ekscentryczną i tajemniczą postać. Warto też wspomnieć, że film ten na początku był mini-serialem, który później przerobiono na film pełnometrażowy. Film jest krótszy od mini-serialu o 70 minut i różni się zakończeniem. Wiem, jakie jest zakończenie filmu i mogę wam zdradzić, że film idzie troszkę dalej niż książka. W paru momentach naprawdę się przestraszyłam (drapiące dzieci-wampiry w okno - mistrzostwo świata) co nie jest prostą rzeczą biorąc pod uwagę, że film powstał pod koniec lat 70’ i ówczesna technika filmowa może nam się wydawać nieco śmieszna. Moim zdaniem w dobrym horrorze nie chodzi o to, żeby latały co chwila kawałki ciała i były urywane głowy, lecz o nastrój grozy, bez którego nie ma dobrego filmu. I tutaj Hooperowi udało się to osiągnąć. Klasyka dobrego, starego horroru.


Druga ekranizacja powstała całkiem niedawno, w 2004 roku. Trwa trzy godziny. Tutaj analogicznie do pierwszej wersji, najpierw nakręcono mini-serial a potem film, obydwa różnią się zakończeniem. Rolę pisarza zagrał Rob Lowe. Z całkowitą odpowiedzialnością mogę napisać, że daleko jej do wersji z 1979 r., mimo bardziej zaawansowanej techniki filmowej. W tej wersji brakuje mi małomiasteczkowego klimatu, jaki świetnie został przedstawiony w pierwowzorze. Brakuje dobrej ścieżki dźwiękowej i powiem szczerze, że w żadnym momencie podczas tych trzech godzin nie przestraszyłam się. Scena z dzieckiem drapiącym, która bardzo zapadła mi w pamięć w pierwszej wersji, tutaj absolutnie nie wywarła na mnie wrażenia. Nie ma ani efektów specjalnych ani nastroju grozy. A już rola Donalda Sutherlanda jako Strakera kompletnie nie przypadła mi do gustu. Poza tym zakończenie również całkowicie odbiega od książki i filmu z 1979 r. Reżyser chciał chyba wprowadzić coś swojego do tej historii, niekoniecznie z dobrym rezultatem.
I jeszcze na koniec kilka słów o sequelu z 1987 r. pt.: „Powrót do miasteczka Salem” w reżyserii Larrego Cohena. Trwa prawie dwie godziny. Joe Weber, antropolog przyjeżdża do Salem wraz z rozpieszczonym synem. Nie ma pojęcia, że miasto jest opanowane przez wampiry, które zmuszą go spisywania ich historii, swoistej Biblii wampirów. Nie będę się za bardzo rozpisywać, jak dla mnie totalna klapa. Produkcja nie dorównująca żadnemu z dwóch wyżej wymienionych filmów. Pewne sceny zamiast straszyć rozśmieszają, aktorstwo poniżej krytyki. Przypomina mi to dzisiejsze kino grozy z niższej półki. Ciekawostką jest to, że King nigdy nie odniósł się do tego filmu mimo, że w napisach początkowych i końcowych widać informacje, że do jego powstania przyczynił się sam pisarz. Mimo tego, nie wytoczył procesu reżyserowi a napisy nie zniknęły. Jedynymi wspólnymi rzeczami jakie łączą ten film z książką to wampiry oraz samo miasteczko Salem.


Podsumowując, po przeczytaniu książki polecam obejrzenie wyłącznie pierwszej ekranizacji z 1979 r. Jeśli natomiast ktoś chce sobie porównać i skonfrontować dwie wizje filmu, to oczywiście ekranizacja z 2004 r. jak najbardziej. Nie oglądajcie natomiast sequelu z 1987 r., to strata czasu, nic nowego nie wniesie.



Stephen King

sobota, 7 stycznia 2012

Zygmunt Zeydler-Zborowski - "Krzyżówka z przekroju"




„Im to dobrze – myślał. – Mają skrzydła, mogą lecieć, gdzie chcą. Nikt ich nie zatrzyma, nikt nie zażąda paszportu. Tylko ptak może być naprawdę szczęśliwy, naprawdę wolny.”




Serię wydawniczą kryminałów z jamnikiem poznałam stosunkowo niedawno i od tej pory kolekcjonuje książki, które zostały w niej wydane nakładem wydawnictwa Czytelnik. Książki z jamnikiem były wydawane od 1959 r. do 1996 r., także jest ich całkiem sporo (220 tytuły). W serii można spotkać wydania klasycznych twórców kryminałów takich jak Agata Christie czy Raymond Chandler ale przede wszystkim polskie nazwiska Zeydler-Zborowski, Edigey czy Sekuła. Rozpoczynając swoją przygodę z tą serią, nie znałam w większości nazwisk polskich pisarzy kryminałów. Pewnie dlatego, że świetność ich przypadała na lata PRL-u. Potocznie kryminały z tamtej epoki nazywane są literaturą milicyjną bądź literaturą bezpieczniacką – z wiadomych nam względów ówczesnego ustroju i propagandy.

Zygmunt Zeydler-Zborowski ( pseud. Helner Tomasz, Zoor Emil) to mistrz powieści kryminalnej, która dotyczy okresu PRL-u. W sumie napisał 28 kryminałów, które początkowo nie miały swoich wydań książkowych, lecz były drukowane w regionalnych gazetach. Wszystkie jego kryminały doskonale ukazują stosunki społeczno-obyczajowe ówczesnych czasów.

„Krzyżówka z przekroju” (1976 r.) to typowy przykład literatury milicyjnej. Głównym bohaterem jest w niej wiejski chłopak -Wojciech Kalina, który po wyjściu po trzech latach z więzienia, próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Niestety spotyka dawnego kolegę, przez którego siedział w więzieniu i sprawy zaczynają się komplikować. Kalina zostaje wciągnięty w szeroko zakrojoną intrygę, którą rozwiązać mogą jedynie funkcjonariusze milicji obywatelskiej – porucznik Olszewski oraz Kociuba. Są morderstwa, jest namiętność, jest intryga – wszystko co musi się znajdować w dobrym kryminale. Poza tym świetnie ukazany rys obyczajowy doby socjalizmu jest wielkim plusem.

Mimo tego, że w kryminałach z serii Jamnik, zazwyczaj funkcjonariusze ówczesnej MO są postaciami bez skazy, ukazani jako idealni stróże porządku oraz sprawiedliwości, a wiemy przecież, że niekoniecznie tak było myślę, że warto je poczytać aby przenieść się w lata szmuglowania dewiz, wymiany dolarowej, propagandy „złego” Zachodu itd. W szczególności jest to dobry rys historyczny dla młodszych czytelników, którzy lata socjalizmu znają tylko z lekcji historii bądź opowiadań rodziców.



Odkrywając serię tych kryminałów, nie spodziewałam się takiego zainteresowania z mojej strony. Każdy kryminał to około dwie godzinki intensywnego czytania ale za to czytania, które w tym czasie przenosi mnie w lata socjalizmu. W czasy, które były patrząc z mojej perspektywy groteskowe i śmieszne ale zarazem trudne i bardzo niebezpieczne. Jest to z pewnością wielka gratka dla wielbicieli literatury i kina doby PRL-u. Polecam.

czwartek, 5 stycznia 2012

Maggie O’Farrell – “Zniknięcia Esme Lennox”






„(…) jesteśmy tylko naczyniami, które służą kolejnym tożsamościom: użycza nam się rysów twarzy, gestów, nawyków, a potem oddajemy je innym ludziom. Nic do nas nie należy. Przychodzimy na świat jako anagramy naszych przodków.”




Do tej pory, po przeczytaniu wielu opinii na temat „Zniknięć…” nie wiem dlaczego autorka właśnie tak zatytułowała tą powieść. I do tej pory mam w stosunku do niej ambiwalentne uczucia. Ale może zacznę od początku.

Nie czytałam wcześniejszych książek autorki ale wiem, że nie jest to jej debiutancka powieść (magia internetu). Pani O’Farrell jest brytyjską pisarką powieści obyczajowych, na co dzień związana z dziennikarstwem. Z pewnością omawiana książka jest powieścią obyczajową, nie da się temu zaprzeczyć.

„Zniknięcia Esme Lennox” (2006 r.) to historia trzech kobiet i wielkiego dramatu, który wpłynął na losy bohaterek. Iris, nowoczesna kobieta, mająca romans z żonatym mężczyzną i niesklasyfikowane relacje z przyrodnim bratem, dowiaduje się o istnieniu ciotecznej babki – Esme Lennox, która została zamknięta w zakładzie psychiatrycznym w latach trzydziestych dwudziestego wieku na sześćdziesiąt lat. Gdyby nie likwidacja placówki, bohaterka nigdy nie dowiedziałaby się o jej istnieniu. Jednocześnie poznajemy babcię Iris czyli siostrę Esme- Kitty, która zachorowała na alzheimera i w związku z czym, przebywa w domu spokojnej starości. Wraz z powrotem Esme po tylu latach do społeczeństwa, z każdą kartką książki poznajemy tajemnicę, która była niewyobrażalną tragedią.

Książka porusza problem społeczny jakim było w przeszłości zamykanie kobiet w zakładach psychiatrycznych, tylko dlatego, że nie przestrzegały przyjętych norm zwyczajowych bądź chciały same decydować o swoim życiu. Esme zostaje zamknięta w takim zakładzie, mając szesnaście lat. Jest to wiek, w którym życie dziewczyny powinno dopiero się rozpocząć a nie tak tragicznie „skończyć”. Bohaterka wychodzi jako staruszka, która całe życie spędziła w jednym budynku.

Dość ciekawym elementem powieści jest trzyosobowa narracja. Czytamy wspomnienia Esme z jej dzieciństwa i młodości, następnie przechodzimy płynnie do teraźniejszości, gdzie dowiadujemy się o życiu Iris. Do tego, przeplatają się urywane myśli i wspomnienia Kitty. Wszystko to jest ze sobą dokumentnie wymieszane, co może w pewnych momentach zmylić czytelnika. Teraźniejszość przeplata się w przeszłością.

Opowieść jest dość krótka ale muszę przyznać, że mimo wszystko mnie wciągnęła. Dlaczego mimo wszystko? Mimo tego, że domyśliłam się zakończenia w połowie lektury. Mimo tego, że nie zachwyca formą. Z pewnością na uwagę zasługuje sam temat obyczajowy, o którym pisałam wcześniej. Myślę, że książka byłaby idealnym tworzywem do filmu. Z chęcią obejrzałabym taką ekranizację.

Jeśli będziecie mieli okazję przeczytać „Zniknięcia Esme Lennox”, nie czytajcie na początek okładki książki z opisem. Wydawca niepotrzebnie się rozwinął, zdradzając tajemnicę Esme i Kitty. Ja na szczęście opisu nie przeczytałam.

Myślę, że warto zajrzeć do tej książki. Bardzo szybko się ją czyta. Jest to lektura na jeden wieczór. Ja z pewnością nie żałuję czasu, jaki na nią poświęciłam. Przynajmniej doceniłam czasy w jakich żyję.

Maggie O'Farrell

niedziela, 1 stycznia 2012

Margaret Mitchell – "Przeminęło z wiatrem"




„Pomyślę o tym wszystkim jutro, w Tarze. Zniosę to wtedy lepiej. Jutro pomyślę, jak go odzyskać. Mimo wszystko, życie się dzisiaj nie kończy.”



Ten cytat odkąd pierwszy raz przeczytałam książkę, nieodłącznie pojawia się w mojej głowie na każdą wzmiankę o Scarlett. „Przeminęło z wiatrem” – romans wszech czasów - można go nigdy w życiu nie przeczytać, a i tak się o tej powieści usłyszy i to nie raz. Dlaczego? Dlatego, że jest to książka kultowa, klasyka literatury światowej, która wzrusza kolejne pokolenia czytelników bez względu na płeć. Każdy znajdzie w tej opowieści coś dla siebie i każdy coś z niej wyniesie, posiada wiele wymiarów i warstw. Wielowątkowość, bardzo rozbudowana fabuła, tło historyczne to podstawowe zalety książki.

Główna bohaterka, a raczej antybohaterka to osławiona Scarlett O’Hara. Poznajemy ją jako szesnastoletniego podlotka, najpiękniejszą pannę z kilku powiatów, córkę państwa O’Harów pochodzących z elity ówczesnego społeczeństwa Południa. Scarlett to flirciara. Jest bardzo próżna, samolubna oraz krótkowzroczna. Z pewnością jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w literaturze światowej, gdyż nie jest to typowa bohaterka o szlachetnym sercu i czystej duszy. Jest raczej symbolem tych negatywnych cech jakie mogą pojawić się w każdym z nas. Autorka pokazuje w pełni ignorancję Scarlett, jej niedouczenie i przywiązanie do materialnej sfery życia. Młodzi kawalerowie wprost zabijają się o jej wdzięki a sama bohaterka uwielbia być w centrum zainteresowania. Mimo wszystkich flirtów, nikt nie zdaje sobie sprawy, że w jej sercu jest miejsce tylko dla jednego mężczyzny – Ashleya. Dlatego też dowiadując się o jego zaręczynach z Melanią, Scarlett bezpowrotnie wkracza na ścieżkę, z której nie sposób zejść. W niesprzyjających dla siebie okolicznościach poznaje intrygującego mężczyznę – Reta Butlera, który w przyszłości bardzo namiesza w jej życiu. Tak to bywa, że im coś jest dla nas bardziej niedostępne, tym bardziej jest dla nas drogie. Scarlett pod wpływem impulsu i z chęci zemsty wychodzi za mąż za niekochanego przez siebie mężczyznę – brata Melani. Tymczasem rozpoczyna się wojna Północ-Południe, która na zawsze odmienia jej życie i obraz Południa. Ale to dopiero początek tej barwnej historii.

„Wszystkie wojny są w rzeczywistości walką o pieniądze. Tylko, że na nieszczęście niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę.”

W tle romansu ujrzymy kawałek historii Stanów Zjednoczonych – wojnę secesyjną, ówczesne obyczaje elit społecznych oraz ich upadek. Nieodłączną częścią jest również obraz niewolnictwa, w zasadzie nie tak straszny jakby można było się spodziewać. Powieść jest pełna ciekawych postaci, doskonale ukazane portrety psychologiczne tylko podkreślają wyjątkowość książki. Oczywiście najbardziej skomplikowaną bohaterką jest sama Scarlett, która na łamach kolejnych kartek przechodzi przemianę, niestety do ostatniej chwili nie potrafi zrozumieć co jest tak naprawdę dla niej ważne w życiu. Wie, że ważna jest dla niej ukochana ziemia w Tarze i to ją właśnie trzyma przy życiu w najtrudniejszych momentach, pozwala jej walczyć o godna egzystencję, nawet niegodnymi czynami. Scarlett żyje marzeniami i obrazami wykreowanymi we własnej wyobraźni, nie konfrontując ich z prawdziwym życiem.

„Ziemia jest jedyną rzeczą w świecie, która jest coś warta (…) O tym nie zapominaj! To jedyna rzecz, dla której warto pracować, warto walczyć i warto umierać.”

Z drugiej strony postać Retta, moim zdaniem uosobienie męskości – silny, stanowczy, dowcipny ale też kochający do granic możliwości. Doskonale pasujący do głównej bohaterki.

„Póki człowiek nie starci reputacji, nie zdaje sobie sprawy, jakim była ona ciężarem i czym jest prawdziwa wolność.”

Warto również odnieść się do samego tytułu "Gone with the wind", czyli "Przeminęło z wiatrem". Jest to oczywiście metafora, którą autorka genialnie umiejscowiła. Można ją przypisać dwóm rzeczom. Po pierwsze świat Południa, po wojnie przeminął niczym za podmuchem wiatru. Ówcześni plantatorzy, dumni oraz nieprzystępni stracili swoją pozycję społeczną, dawna ich świetność odeszła w zapomnienie. Drugie dno to oczywiście miłość Reta do Scarlett. Aczkolwiek tak nie do końca jestem przekonana, że przeminęła z wiatrem. Autorka zostawia tutaj czytelnikom pole do wyobraźni i własnego zakończenia książki. Myślę też, że gdyby ich miłość zakończyła się happy-endem, to powieść nie byłaby tak popularna od tylu lat. Czytelnicy przyzwyczajeni są do szczęśliwych zakończeń a tu taka niespodzianka i lekki niedosyt, przynajmniej dla mnie. Podczas czytania czterech tomów w żadnym momencie nie nudziłam się. Książka ma tyle wymiarów, że szkoda o niej czytać, trzeba po prostu ją samą przeczytać. Naprawdę warto.

Wyczytałam, że Aleksandra Ripley napisała kontynuację „Przeminęło z wiatrem”, książkę pt. "Scarlett". Może kiedyś się odważę do niej zajrzeć.

Będąc wielką miłośniczką literatury i kina nie zapomniałam również o filmie „Przeminęło z wiatrem” z 1939 r., w którym główne role zagrali Vivien Leigh jako Scarlett i Clark Gable jako Rett. Trzy i pół godzinny film na którym nie sposób się nudzić. Wspaniałe kostiumy, cudowna sceneria i moim zdaniem genialna gra aktorska Clarka Gabla. Myślę, że jest bardzo dobrym uzupełnieniem książki, mimo braku nawiązania do wielu jej wątków, czemu wcale się nie dziwię. Film musiałby trwać chyba z 10 godzin, kto by to wytrzymał.
Na koniec kilka ciekawostek z filmu:

-Na planie pracowało 3 ważnych reżyserów. Na początku był George Cukor, ale po 10 dniach zrezygnował po kłótni z Selznickiem na temat scenariusza (który ostatecznie Selznick potem zaakceptował). Potem był Victor Fleming i to on nakręcił 45% filmu, dlatego figuruje w planszach jako reżyser. Pod koniec kręcenia zrezygnował ze względu na problemy zdrowotne, dzieło dokończył Sam Wood.

-Hattie McDaniel była pierwszą czarnoskórą laureatką Oscara. Otrzymała tę nagrodę za najlepszą rolę drugoplanową w "Przeminęło z wiatrem".

-Przesłuchano 1400 aktorek do odtwórczyni roli Scarlett O'Hary. Wśród nich znalazły się takie sławy jak: Bette Davis, Joan Crawford, Claudette Colbert, Carole Lombard, Katharine Hepburn, Margaret Sullavan i Tallulah Bankhead.

-Gary Cooper odrzucił rolę Rhetta Butlera, błędnie prorokując, że "Przeminęło z wiatrem" będzie największą klapą w historii Hollywood.

-Miesiąc po opublikowaniu powieści Margaret Mitchell, producent filmowy David O. Selznick kupił prawa do filmu.

-Stacja telewizyjna CBS zapłaciła 35 milionów dolarów za możliwość wyemitowania "Przeminęło z wiatrem" na swojej antenie - była to najwyższa suma zapłacona za prawa do emisji pojedynczego obrazu w historii telewizji.
Źródło ( Wikipedia)

Przeczytajcie książkę i obejrzyjcie film. Warto, chociaż na chwilę przenieść się w czasy prawdziwych dam i prawdziwych dżentelmenów.


Margaret Mitchell