sobota, 31 grudnia 2011

Wszystkiego najlepszego w Nowym 2012 roku!

W nowym roku życzę wszystkim molom książkowym wielu wyzwań czytelniczych! Nie będę robić żadnych podsumowań, gdyż uważam, że na to jeszcze za wcześnie. Życzę wam wszystkim wielu nowych inspiracji w pracy nad blogiem oraz spełnienia postanowień noworocznych!

wtorek, 27 grudnia 2011

Lech Borski – "Sezon na dziewczęta"




„Normy nie przewidywały zawodów miłosnych. Normy mówiły o małżeństwie, albo jeszcze lepiej – o podstawowej komórce rodzinnej, ale nie o miłości. Miłość była słowem zabronionym.”





Książka wydana w 1986 r. Przeszukałam Internet i nie znalazłam księgarni, która oferowałaby obecnie jej sprzedaż, jedynie antykwariaty internetowe mają ją w swojej ofercie ale też bardzo rzadko.


Jest to opowiadanie dla młodzieży ale myślę, że istnieją ciekawsze lektury, które nasza młodzież może czytać. Książka opowiada historię dwójki przyjaciół – Tomasza i Grzegorza, którzy przeżywają swoje pierwsze uczucie miłości. Bohaterowie wraz z siostrą Tomasza zostają wysłani w góry przez rodziców, którzy muszą rozwiązać swoje problemy w małżeństwie. Tam spotykają swoich rówieśników, Justynę i Lolka, którzy przedstawiają całkowicie odmienne postawy życiowe. Obiektem uczuć dwójki kolegów staje się Justyna.

Jest to opowieść o trudnych wyborach młodych ludzi wchodzących w dorosłość oraz pragnieniu przeżycia swojej pierwszej inicjacji seksualnej. Mnie ta opowieść nie zachwyciła, nie było w niej nic co skłoniłby mnie do nawet chwilowej refleksji. Bohaterowie byli dla mnie w pewnych momentach nudni i sztuczni, bez iskry życia, tak istotnej w młodym wieku.

Poszperałam w internecie i znalazłam informację o spektaklu, który powstał w 1995r. na podstawie tej książki, o tym samym tytule „Sezon na dziewczęta”. Do tego w tle spektaklu można odnaleźć muzykę zespołu T Love z albumu „Prymityw”. Jestem wielką entuzjastką spektakli telewizyjnych więc cierpliwie szukałam źródła, z którego mogłabym go obejrzeć. Niestety nie udało mi się i ubolewam nad tym, może zmieniłabym trochę zdanie o samej książce, bo do mnie jako czytelnika nie dotarła. Nie zachwyciła mnie formą, a sam przekaz jest banalny i prosty. Jak dla mnie zmarnowany pomysł. Nie polecam, szkoda czasu.

niedziela, 25 grudnia 2011

Cathy Glass – "Najsmutniejsze dziecko"




„Wiesz, że mama mnie nie chciała, Cathy? (..) Byłam wypadkiem. Próbowała się mnie pozbyć, wkładając w siebie drut od włóczki, ale się nie udało.”




Cathy Glass opiekunka zastępcza dla dzieci, matka dwojga małych dzieci, przyjmuje do siebie te, które przeżyły koszmar będąc w swojej rodzinie. Takim dzieckiem jest Donna. Spokojna i cicha jedenastolatka. Nad Donną znęcała się psychicznie i fizycznie matka oraz dwaj młodsi bracia. Cathy każdego dnia dowiaduje się coraz więcej o krzywdach wyrządzonych niewinnemu dziecku. Niekontrolowane wybuchy agresji czy obsesyjna mania sprzątania, uświadamiają opiekunce wielkość cierpienia, jakie dziewczynka przeżyła. Cathy podejmuje się pokazać Donnie inny świat. Świat, w którym rodzice kochają swoje dzieci. Świat, w którym nie ma patologii.


„Zawsze mnie to zadziwia, jak niektóre dzieci potrafią zaakceptować prawie wszystko tylko dlatego, że w tym wyrosły i nigdy nie znały niczego innego.”

Książka wzruszająca, ukazująca wielki problem jakim są patologiczne rodziny. To co teraz napisze może wydawać się szokujące ale patrząc na matkę Donny – Ritę, która jest uzależniona od alkoholu i narkotyków, zastanowiłabym się nad przymusową sterylizacją takich kobiet. Dzieciom z patologicznych rodzin nawet jeśli zostaną adoptowane, pozostaje trauma z dzieciństwa na całe życie.

Polecam, szybko się czyta mimo, że nie jest to łatwa książka. Z niecierpliwością oczekiwałam końca. Byłam ciekawa czy Doonie uda się wejść na właściwą drogę życia. Zakończenie napawa optymizmem. „Najsmutniejsze dziecko” to jedna z wielu książek z serii Pisane przez życie. Z pewnością zajrzę do kolejnych.


Cathy Glass




Recenzja tygodnia (23.04.2012 r. - 29.04.2012 r.) na portalu:


środa, 21 grudnia 2011

Agnieszka Podolecka – "Za głosem Sangomy"




„Bóg stworzył tak idealną naturę i tak beznadziejnego człowieka.”





Agnieszka Podolecka, pisarka dotychczas mi nieznana. Absolwentka orientalistyki, dzięki spędzeniu kilku lat w RPA oraz przeżyciu wielu nowych doświadczeń, napisała swoją pierwszą powieść „Za głosem Sangomy”. Książkę, która znacznie przybliżyła mi obraz kontynentu afrykańskiego i ludzi go zamieszkujących.

Wiktoria – młoda, ambitna, robiąca karierę w biznesie kobieta, przyjeżdża do Kapsztadu, na dwa miesiące wakacji. Amerykański dziennikarz wojenny – Robert, otrzymuje przepowiednię od Sangomy. Spotka na swojej drodze błękitnookiego anioła, którym będzie musiał się opiekować. Podczas spaceru po mieście, do Wiktorii podbiega nieznajomy mężczyzna, który wciska jej w dłonie figurkę brzemiennej kobiety. Mężczyzna zostaje zabity a Wiktorię ratuje przed śmiercią Robert, który od tej pory będzie ochraniał dziewczynę zgodnie z przepowiednią.

Dagmara, siostra Wiktorii, studentka medycyny, przyjeżdża do Nairobi by pomóc siostrze będącej w tarapatach. Poznaje tam Michaela, lekarza leczącego rdzennych mieszkańców Afryki. Niemożność przedostania się do RPA z powodu zamieszek powoduje, że postanawia przez tydzień pomagać chorym zarażonym groźnym wirusem.

Dwie siostry, całkiem różne a jednak tak podobne. Dwa rodzące się uczucia na tle afrykańskiej różnorodności, gdzie bieda przeplata się z przepychem a cierpienie z uczuciem szczęścia. Bohaterki wraz ze swoimi mężczyznami przemierzają takie kraje jak RPA, Mozambik czy Etiopię. Jest to podróż o tyle ciekawa, że przeprowadzana różnymi środkami transportu – konie, samochód, samolot czy pieszo. Podróż ukazująca piękno afrykańskiej natury, obyczaje rdzennych mieszkańców różnych plemion, niekoniecznie zrozumiałe dla europejczyka.

„(...)jeśli istnieje piekło, to jedynie to, które ludzie stwarzają sobie nawzajem.”

Moim zdaniem bardzo ciekawym jest sam wątek figurki, którą musi dostarczyć Wiktoria, historia jej powstania. Dzieje Jezusa, Marii Magdaleny, Mojżesza i templariusze w Afryce – to powinno każdego zaciekawić. Mnie osobiście ta historia bardzo zainteresowała, od dawna lubuje się w zgłębianiu różnych ciekawych hipotez, które dotyczą początków chrześcijaństwa czy ogólnie wszystkich religii świata. Dlatego bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie wiele nawiązań do historii religii, niekoniecznie samego chrześcijaństwa. Kto wie czy nie było tak jak wymyśliła to Agnieszka Podolecka….

Jedynym minusem powieści jest wątek romansowy. Zbyt przesłodzony jak dla mnie, prawie harlequin. Ale biorąc pod uwagę pozostałe walory artystyczne, ten minus ginie w samych pozytywach.

Książka bardzo przybliżyła mi Afrykę, pozwoliła zrozumieć pewne aspekty życia na tym różnorodnym kontynencie. Polecam ją czytelnikom, którzy chcą podjąć się tematu afrykańskich obyczajów i afrykańskiej polityki, z wartką akcją, tajemnicą i miłością w tle.

I na koniec cytat:

„Ziemia jest najpiękniejszą planetą, jaką mogła stworzyć dla nas Matka Natura. Mamy wszystko, by być szczęśliwi. Szkoda, że ludzie nie umieją tego dostrzec.”


Agnieszka Podolecka



Za książkę dziękuję Sayuri

piątek, 16 grudnia 2011

Monika Szwaja – "Nie dla mięczaków"



„To, że mężczyzna jest łagodnego serca, nie znaczy wcale, że jest mięczakiem. Przeciwnie.”


Do książek Moniki Szwaji sięgam wtedy, gdy mam ochotę na jakąś lekką lekturę, która wprowadzi mnie w dobry nastrój, bez zagłębiania się w trudne aspekty filozoficzno - psychologiczno - obyczajowe itd. Ta krótka minipowieść, była prezentem od Empiku, dla wszystkich, którzy podczas Światowego Tygodnia Książki, zakupili jakiś egzemplarz książki w sieci Empik za minimum dwadzieścia złotych. Uważam, że to bardzo dobry pomysł promowania czytelnictwa, na Zachodzie to reguła, u nas jak na razie nowość. Pani Szwaja poproszona przez prezesa Emipku, napisała tą historię specjalnie na tą okazję. I tutaj należy się dla niej uznanie, że wzięła udział w takiej akcji.

Piotra Voigta, inżyniera z zawodu, właściciela firmy komputerowej poznajemy podczas jego spaceru po mieście. Piotr właśnie rozwiódł się z żoną i jest z tego tytułu bardzo zadowolony. Cieszy się ze zdobytej świeżo wolności. Podczas wspomnianego wyżej spaceru, poznaje Myszkę a raczej Maję. Tak zaczyna się historia bardzo krótkiej wolności… Mogę jeszcze dodać, że pojawi się wątek homoseksualizmu, bardzo optymistycznie potraktowany przez autorkę.

Jak dla mnie Pani Szwaja nie popisała się tutaj kunsztem literackim. Znam jej wcześniejsze dzieła i wiem, że stać ją na coś więcej. Postacie były mało życiowe, same sytuacje również.

Fabuła bardzo przewidywalna. Jakoś za bardzo słodko mi się zrobiło po tej lekturze. Najciekawszy był moim zdaniem wątek rozprawy sądowej, za którą studenci wylecieli z uczelni. A poza tym irytował mnie bardzo drobny druk, moje oczy już nie są takie zdrowe jak kiedyś.

Dzisiaj krótko, gdyż sama minipowieść jest krótka, a ja nie mam nic więcej do dodania. Wolałabym zużytkować ten czas na inną książkę.


Monika Szwaja

wtorek, 13 grudnia 2011

Maureen Wartski – "Uciekinierka"



„Do kłótni potrzeba dwojga (…). Do zawarcia pokoju też trzeba dwojga.”



Wydawałoby się, że to książka dla młodzieży ale po przeczytaniu stwierdziłam, że to właśnie rodzice czyli dorośli mogą tam najwięcej dla siebie znaleźć.

Sunny – zakompleksiona piętnastolatka, żyje w cieniu starszej siostry - Coral, która uciekła z domu, nie mogąc znieść ciągłej kontroli rodziców. Coral mimo obietnicy nie odzywa się do bohaterki od dłuższego czasu. Rodzice Sunny to ciekawe portrety psychologiczne, dające wiele do myślenia. Matka – myśli wyłącznie o starszej córce, która uciekła z domu. Szuka pomocy u jasnowidzki, nie zauważając, że Sunny czuje się zaniedbana i niekochana. Ojciec - typowy despota, nie uznający kompromisów, starający się surowo wychować młodszą córkę aby i jej nie stracić. Obydwoje nie zauważają, że Sunny coraz bardziej oddala się od nich, krocząc ścieżką starszej siostry.

Niezdrowe relacje w rodzinie pogłębiają się z każdą chwilą. Jak to w młodzieżowych powieściach bywa, nie zabraknie fałszywych przyjaciółek jak i pierwszego zauroczenia chłopakiem. Sunny będzie musiała zdecydować jak postąpić. Czy zostanie uciekinierką czy jednak stanie twarzą w twarz z problemami? Tego oczywiście nie zdradzę. Polecam przeczytać.

Lektura na jeden wieczór, dość wciągająca ale przede wszystkim dająca do myślenia z perspektywy rodzica. Nie zawsze to co wydaje się nam, że jest dobre dla naszego dziecka, jest w rzeczywistości dobre dla niego. Poza tym książka ukazująca jak łatwo jest nie słuchać innych, co powoduje szereg poważnych komplikacji w naszym życiu.

Powieść nie kończąca się happy-endem ale za to dająca nadzieję.

Maureen Wartski

niedziela, 11 grudnia 2011

I Salon Ciekawej Książki - dzisiaj Łódź


Udało mi się pobyć chwilę na długo oczekiwanej przeze mnie imprezie - I Salon Ciekawej Książki, organizowany przez Międzynarodowe Targi Łódzkie w hali Expo. Impreza trwała od piątku a ja niestety dopiero dzisiaj mogłam tam dotrzeć, uciekłam ze szkolenia, żeby chociaż na chwilę tam zajrzeć. Jestem bardzo zaskoczona, gdyż w niedzielę po godzinie 16 było tam jeszcze mnóstwo ludzi, co oznacza, że jednak czytamy książki :) Już sobie wyobrażam jakie tłumy musiały przybyć w piątek i sobotę.
Zdjęcia niestety nie są dobrej jakości, gdyż robiłam je w biegu. Udało mi się porozmawiać z jednym Panem, który jeździ na takie targi po całej Polsce. Był bardzo zadowolony z wyników sprzedaży. Co oznacza, że Łodzi potrzebna jest taka inicjatywa.
Nigdy tego nie rozumiałam, takie duże miasto akademickie, a nie było żadnej imprezy promującej czytelnictwo. Nareszcie ktoś o tym pomyślał.
Liczyłam oczywiście na jakieś zdobycze. Oto i one.













Nie są ta na pewno nowości ale i tak jestem bardzo zadowolona. W szczególności z "Pulpecji" Małgorzaty Musierowicz. Kolekcjonuję całą serię Jeżycjady, a tę część kupiłam po naprawdę atrakcyjnej cenie. Bardzo się cieszę, że powstała taka inicjatywa. Zapraszam w przyszłym roku do Łodzi.

piątek, 9 grudnia 2011

Wolf Haas - "Kostucha"




„Przy okazji każdych mistrzostw świata myślisz o tym, że znowu minęły cztery lata, że życie jest tylko ułudą, kupujesz radio, potem telewizor, potem wideo. Następnie zamawiasz sobie faks, monter od faksu dzwoni do twoich drzwi, otwierasz, ale to nie monter przyszedł, tylko kostucha, żeby zabrać cię ze sobą.”


„Powieści z detektywem Simonem Brennerem należą do najlepszych i najzabawniejszych niemieckojęzycznych kryminałów ostatnich lat.”- to opinia magazynu „Focus” zamieszczona na okładce książki. Nie znalazłam w tym kryminale nic, co zbliżyłoby mnie do niej.

Były policjant, a obecnie prywatny detektyw - Simon Brenner, zostaje wezwany do rozwikłania zagadki na austriackiej prowincji. W jadłodajni, która specjalizuje się w podawaniu na różne sposoby kurczaków, znaleziono ludzkie kości. Znaleziono je w piwnicy, w której mielone są kości kurczaków na mączkę. Brenner zostaje poproszony o pomoc przez synową właściciela gospody, która nagle znika bez śladu. W międzyczasie w worku z piłkami zostaje znaleziona ucięta głowa jednego z napastników drużyny miejscowego klubu piłkarskiego. Zaczynają ginąć ludzie i to właśnie detektyw musi odnaleźć sprawcę.

Brenner to powolny i ponury człowiek, przypomina mi typ detektywa z kryminałów Chandlera. Nie wzbudził jednak mojej sympatii. Fabuła książki jest moim zdaniem słabo skonstruowana, brak wartkiej akcji. Na uwagę zasługuje jedynie oryginalny styl pisarski Haasa i po trosze czarny humor z elementami groteski. Wolf Haas zdobył swoimi książkami podobno wielkie uwielbienie w Austrii. W 1996 r. napisał pierwszą powieść, w której występuję detektyw Brenner - od tego czasu wydał już pięć tytułów. Cieszy się wielkim uznaniem i jest gwiazdą popkultury Austrii. Kwestia gustu.

Jak dobrze, że kupiłam tą książkę jako dodatek do gazety, inaczej żałowałabym wydanych pieniędzy. Bardzo podoba mi się opinia na okładce: „UWAGA: albo powiesz „Nigdy więcej!”, albo przeczytasz wszystkie książki Haasa jednym tchem”.

Ja mówię Nigdy więcej! „Kostucha” to słaby kryminał, szkoda czasu.

Na podstawie książki powstał w 2009 r. film pod tym samym tytułem „Kostucha” produkcji austriackiej. Film trwa prawie dwie godziny zegarowe i muszę przyznać, że mnie zaciekawił. Główny wątek z książki jest zachowany ale generalnie fabuła odbiega znacznie od książki, być może dlatego film jest całkiem dobry.


Przykładowo Brenner nie jest prywatnym detektywem lecz kimś na wzór komornika. Reżyser stworzył dobry klimat prowincji. Świetna gra aktorska Josefa Hadera ( tak w nawiasie komika austriackiego) jako Brennera oraz Josefa Bierbichlera jako Löschenkohla. Film zapadnie mi w pamięć w szczególności ze względu na jedną scenę, a mianowicie gotowania ludzkiego mięsa, które potem nieświadom niczego zachwala jedząc Brenner. Film trzymający w napięciu i ukazujący pełen portret psychologiczny postaci. Warto obejrzeć, niekoniecznie czytając wcześniej książkę.





Wolf Haas

środa, 7 grudnia 2011

William Wharton - "Ptasiek"




„Każdy ma jakąś swoją prywatną szajbę. Jak z nią włazi w paradę zbyt wielu ludziom, mówią na niego wariat. Czasami człowiek sam już nie wyrabia, przyznaje się, że zwariował, i wtedy inni się nim zajmują.”




Historia o szaleństwie, przyjaźni, wojnie i pragnieniu wolności.

Odkryłam tą książkę po wielu latach na nowo. Po wcześniejszym przeczytaniu nie dostrzegłam wielowątkowości tej historii, bardziej skupiłam się na szaleństwie tytułowego Ptaśka.

Z pewnością ciekawym aspektem jest dwugłosowa narracja jaka występuje w powieści. Al Columbato, przyjaciel Ptaśka opisuje obecne i przeszłe wydarzenia. Natomiast sam bohater opowiada swoje przeżycia wewnętrzne, jakie miały miejsce od najmłodszych lat.

Al i Ptasiek to przyjaciele od dzieciństwa o czym dowiadujemy się właśnie podczas opisywania wspomnień przez bohaterów. Spotykają się w szpitalu psychiatrycznym, w którym został zamknięty Ptasiek po udziale w II wojnie światowej. Al czeka na operację plastyczną twarzy, która została uszkodzona na froncie podczas bombardowania. Z przytaczanych wspomnień dowiadujemy się, że Al był typowym nastolatkiem, interesującym się sportem i dziewczynami, Ptasiek – jego jedyną pasją były ptaki, najpierw gołębie, później kanarki. Będąc nastolatkiem chciał wiedzieć jak najwięcej o ich życiu, chciał żyć życiem ptaków – chciał być ptakiem i latać jak i one, być wolną istotą.

Bohater podczas swoich obserwacji stopniowo pogrążał się w szaleństwie, sny zaczynały mu się mieszać z jawą, wydawało mu się nawet, że jest ptakiem w swojej hodowli, ma swoją partnerkę i dzieci. Jego największym marzeniem było latanie, dlatego też robił wszystko by utrzymać minimalną wagę swojego ciała i upodobnić się do ptaka. Na początku swojej obsesji potrafił zająć się innymi sprawami razem z Alem, typowymi dla ówczesnych nastolatków. Z czasem jednak coraz bardziej pogrążał się w swoim nieosiągalnym marzeniu. Al po powrocie z frontu zostaje poproszony o pomoc w sprawie Ptaśka, dlatego też przyjeżdża do swego przyjaciela. Zastaje go w zamkniętym pokoju, w pozie ptaka. Opowiada mu o starych dziejach, próbując obudzić w nim dawnego przyjaciela – człowieka.

„Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć.”

Niezwykle trudno opisać tytułowego bohatera – Ptaśka i jego szaleństwo. Jest to postać nietuzinkowa, trudna do określenia. We mnie nie wzbudziła zbyt dużej sympatii, raczej litość z powodu dążenia do czegoś niemożliwego. Na pewno jest to postać tragiczna. Myślę również, że jego obsesja jest swoistą metaforą pragnienia wolności przez wszystkich ludzi czyli czegoś nieosiągalnego.

„Wybudowaliśmy dla siebie klatkę – cywilizację – gdyż byliśmy zdolni do myślenia a teraz nie musimy myśleć, ponieważ jesteśmy zamknięci w klatce.”


Ten cytat zapadł mi w pamięć, jest on w naszych czasach chyba jeszcze bardziej aktualny.

Na pewno Wharton świetnie przedstawił rozwój i dalszy przebieg niezwykłej choroby psychicznej, chociaż nie do końca jestem pewna, czy to rzeczywiście była choroba. Każdy sam może sobie odpowiedzieć na to pytanie, czytając książkę. Przestrzegam jednak przed drastycznymi opisami zabijania psów oraz działań na froncie, mnie naprawdę podwyższyły ciśnienie swoim realizmem.

Polecam tą książkę dla osób, które chcą przeczytać coś oryginalnego i inaczej spojrzeć na ludzi zwanych „wariatami”. Wyczytałam, że kontynuacją „Ptaśka” jest powieść „Al”, zamierzam ją również przeczytać i was zachęcam do sprawdzenia jak potoczą się losy bohaterów.

„Kto wygrywa? Co znaczy wygrać? Najlepszy sposób, żeby przegrać, to wiedzieć, że się musi wygrać.”

Wspomnę też o ekranizacji filmowej powieści Whartona, która powstała w 1984 r. Głównych bohaterów zagrali w nim Matthew Modine (Ptasiek) i Nicolas Cage (Al). Jedyną znaczącą różnicą jest wojna, w filmie jest to Wietnam, w książce natomiast II wojna światowa. Film trwa prawie dwie godziny, jest więc co oglądać. Myślę, że jest to świetnym uzupełnieniem książki, nie nudziłam się ani przez chwilę podczas oglądania filmu. Reżyser całkiem dobrze wychwycił najważniejsze i najbardziej istotne momenty powieści, doskonale je zobrazował. Poza tym lubię Nicolasa Cage, kreacja przyjaciela Ptaśka przypadła mi do gustu.

Znalazłam parę ciekawostek dotyczących filmu. Ścieżka dźwiękowa (w nawiasie muzykę do filmu tworzył Peter Gabriel) powstała w jeden weekend. I co najważniejsze, sama to przeoczyłam ani w książce ani filmie nigdy nie jest ukazane prawdziwe imię Ptaśka. Ciekawe dlaczego?

Uważam, że zarówno film jak i książka to dzieła nieprzeciętne, które obrazują szereg wartości ale także pytań, na które nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. Warto więc do nich zajrzeć, to klasyka gatunku



William Wharton

niedziela, 4 grudnia 2011

Mary Higgins Clark – "Moja słodka Sunday"





“Strzeżcie się gniewu cierpliwego człowieka.”



Widząc na okładce nazwisko Pani Clark, bardzo się ucieszyłam, że przeczytam jej kolejną książkę. Po lekturze „Na ulicy gdzie mieszkasz” – świetnej powieści, która trzyma w napięciu do ostatniej kartki, pozostały we mnie bardzo pozytywne emocje w stosunku do tej pisarki.

Ten tytuł jest całkowicie odmienny od przytoczonej przeze mnie wyżej książki. Tym razem na jego treść składają się cztery opowiadania, w których głównymi bohaterami są Henry Parker Britland IV – czterdziestoczteroletni, były prezydent Stanów Zjednoczonych pozostający na emeryturze oraz jego świeżo poślubiona małżonka Sunday – prawniczka oraz członkini Kongresu USA. Henry i Sunday stanowią zgraną parę w życiu oraz znakomicie odnajdują się w rozwiązywaniu zagadek, które dotyczą ich przeszłości i teraźniejszości. Niejednokrotnie grozi im niebezpieczeństwo w związku z ich detektywistyczną działalnością jednakże nie hamuje to ich dalszych poczynań. Smaczku opowiadań dodaje fakt, że Sunday jest aż dwanaście lat młodsza od swego męża.

Autorka znakomicie pokazuje polskiemu czytelnikowi jak funkcjonuje aparat ochrony byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych w tym kraju, jest to z pewnością duży plus. Na pewno nie można zarzucić opowiadaniom za mało wartkiej akcji, gdyż akurat tego jest w nadmiarze. Jednakże po lekturze książki miałam bardzo mieszane uczucia. Naszła mnie taka refleksja – bohaterowie są zbyt idealni. Sunday – piękna, wykształcona, pracowita, inteligentna….. można pisać i pisać. Z kolei Henry – przystojny, wspaniałomyślny, inteligentny i tak do znudzenia. Małżeństwo idealne – nie ma takich w prawdziwym życiu. Nie jest to zbyt wiarygodne jak dla mnie.

Na myśl przychodzą mi obecnie modne romanse historyczne, w których bohaterowie też zazwyczaj są idealni, bez skazy. Ale być może tak właśnie miało być, może o to chodziło autorce. Moim zdaniem najbardziej zapadające w pamięć opowiadanie to „Wszyscy uganiają się za żoną prezydenta”, ale jest to moja subiektywna opinia.

Gdybym kupiła ten tytuł w księgarni, żałowałabym wydanych pieniędzy, gdyż nie ma w tej książce niczego, co wniosłoby coś świeżego dla mnie. Do przeczytania na jeden wieczór.


Mary Higgins Clark


sobota, 3 grudnia 2011

Podziękowania dla Sayuri

Dopiero rozpoczynam swoją przygodę z blogowaniem i wiem, że długa droga przede mną, więc nie spodziewałam się takiego wyróżnienia. Wygrałam konkurs mikołajkowy organizowany przez sayuri w postaci książki Agnieszki Podoleckiej – "Za głosem sangomy". Jest to dla mnie duże wyróżnienie oraz wielka motywacja do dalszej pracy nad swoim blogiem. Chciałabym bardzo podziękować sayuri i wszystkim, którzy czytają moje przemyślenia dotyczące książek. Cieszę się, że będę mogła przeczytać tę powieść i dodać ją do mojej kolekcji, tym bardziej, że recenzja sayuri wskazuje na interesującą lekturę. A teraz zabieram się do czytania, kawa już czeka w mojej ulubionej filiżance.....:)

czwartek, 1 grudnia 2011

Tony Vigorito - "Już za parę dni"




„Dlaczego na jabłka nie mówi się czerwone?”



Muszę przyznać, że do zakupu tej książki zachęciła mnie okładka, w szczególności napisy na niej: „Fenomen niezależnej sceny literackiej” i „Seria kultowa”. Po jej przeczytaniu nie zgadzam się z wyżej wymienionymi pochwałami, na pewno nie zaliczyłabym tej powieści do serii kultowych. Nie jest też żadnym fenomenem.

„Już za parę dni” to opowieść o stworzeniu wirusa, który nie zabija ludzi, jedynie niszczy te funkcje mózgu, które odpowiedzialne są za poprawne odczytywanie symboli, w tym ludzkiej mowy. Głównym bohaterem jest Dr Fontanna Flake, który zostaje wplątany w tajny program, celem opracowania szczepionki niwelującej skutki działania wirusa. Niespodziewanie, eksperyment wymyka się spod kontroli i wirus zostaje wypuszczony na zewnątrz, tym samym powodując nie dające się przewidzieć konsekwencje dla ludzkości. Jeśli po tych paru zdaniach sądzicie, że jest to typowa powieść sensacyjna ze znanym w literaturze wątkiem apokalipsy, to jesteście w dużym błędzie. Trudno znaleźć w książce wątek sensacyjny oraz dobrze rozbudowaną akcję. Za to wszędzie roi się od (muszę to przyznać) ciekawych dialogów na temat ewolucji człowieka, filozofii życiowej i wielu egzystencjonalnych problemów ludzkości.

„Widzisz, paradoks to tylko sprzeczność założeń. Zmieniając założenia, pozbywasz się paradoksu.”

Historia Flake nie kończy się. Nie wiadomo jak poradził sobie z nowym świecie, w którym ludzie komunikują się na głębszym poziomie niż dotychczas. Czytelnik sam może sobie dopisać jego dalsze losy.

Z pewnością autor zaprezentował oryginalny styl pisania. Mnie jednak on nie zachwycił. Jedyna rzecz, która w moim mniemaniu zasługuje na podkreślenie to odniesienie do apokalipsy – zagłady świata. Wbrew tysiącom książek, w których czytamy o końcu świata i ludzkości, pisarz zaprezentował odmienny punkt widzenia. Apokalipsa może oznaczać przejście na wyższy stopień ewolucji a niekoniecznie zagładę. I to moim zdaniem najważniejsza teza książki wzbudzająca nadzieję, że rzeczywiście może być to prawda.

Pomysł na fabułę był ciekawy ale gorzej poszło z jej wykonaniem.




Tony Vigorito